Przepraszam, że tyle musieliście czekać, ale chciałam wrzucić rozdział 4 jako całość... Mam nadzieję, że mimo wszystko lektura będzie dla Was przyjemna ;)
4.
A
wydawało się, że to będzie taki radosny dzień! Na norhethańskim dworze
królewskim właśnie obchodzono trzecie urodziny Marysi, pałac był ozdobiony
kwiatami, wstążkami i serpentynami, a sama jubilatka, pulchna, rumiana i
roześmiana, siedziała w swej strojnej sukience w kolorze fuksji za stołem i z
radością wpychała sobie do ust kolejne porcje tortu z kremem. W pewnym momencie
Maria, nieco tylko ociężała, zaczęła z piskiem gonić o półtora roku starszą
Helenę, a ich sześciomiesięczna siostrzyczka Antonina dopingowała im ze
śmiechem z fotelika, przewracając błyszczącymi oczkami i przenosząc wzrok z
jednej na drugą dziewczynkę. Wtedy to właśnie nad pałacem zawisło nieszczęście.
Goniec, przybywszy na zamek, uwiązał
swego konia w stajni i, uzyskując zezwolenie stróża, wkroczył do gmaszyska.
Podążył korytarzem dziwnym trafem akurat
we właściwym kierunku, a po chwili dotarł do Różowej Jadalni znajdującej się w
lewym skrzydle, gdzie odbywało się przyjęcie. Chłopak, przerywając królowej
ulubioną czynność, jaką było obserwowanie córek, szepnął Katarzynie coś do ucha,
a mina władczyni momentalnie zrzedła. Małgosia i Iris, siedzące cicho w kąciku
i grzecznie jedzące ciasto, od razu to zauważyły. Ruda postanowiła przejąć
inicjatywę i spytać się mamy, co ją tak strapiło.
- Co się stało? – zapytała się
dziewczynka, przytulając się bokiem do Katarzyny, która zdążyła już ukryć twarz
w dłoniach.
Kobieta, słysząc pytanie przybranej
córki, szybko obtarła spływające po bladych policzkach łzy i spojrzała się na
Gosię nagle zmęczonymi oczami.
- Chcesz wiedzieć, co się stało? –
zaczęła Katarzyna, jednak nie dała rady dokończyć – do jej oczu znowu napłynęły
łzy. – Powiedz jej! – rzuciła gońcowi jękliwym tonem, nie kryjąc już płaczu.
- Jego Wysokość król Nerwanii oraz Południowej
Lerii Stanisław IV, Waszej Wysokości znany jako ojciec Jej Wysokości królowej
Grodenii Katarzyny, zmarł wczorajszego ranka – oznajmił Małgosi młodzieniec,
zgodnie z kodeksem dobrego gońca mówiąc głośno, wyraźnie i bez żadnych emocji w
głosie.
- Dziadek Stanisław! – jęknęła
dziewczynka. Podczas swojego pobytu w Nerwanii przed pięcioma laty bardzo
polubiła sympatycznego ojca Katarzyny, i jak się okazało, więź emocjonalna nie
zanikła z biegiem czasu. Już po chwili zarówno matka, jak i córka płakały
rzewnie, padając sobie w objęcia i dzieląc się swoją rozpaczą. Empatyczna Tosia
też wkrótce zalała się łzami, choć nie miała zielonego pojęcia, o co chodzi. A
Iris wciąż jadła ciasto.
Helena i Maria zainteresowały się
płaczącymi i na chwilkę przerwały hałaśliwą gonitwę po sali. Poprawiły
rozczochrane włosy, wytrzepały sukienki z kurzu, a po chwili ustawiły się
równym rządkiem i chórem spytały:
- Co się stało, kochana mamusiu?
Brak odpowiedzi. Królowa chyba nawet
nie usłyszała pytania swoich córek, tak była zaabsorbowana płaczem. Goniec,
który do tej pory nie wyszedł z sali, uznał za stosowne podzielić się z
dziewczynkami informacją, z którą przybył na grodeński dwór.
- Jego Wysokość król Nerwanii oraz
Południowej Lerii… - zaczął.
- Te, Hela, o co chodzi? – spytała się
Marysia, która z dotychczas siedmiowyrazowej wypowiedzi gońca zrozumiała tylko
słowa „król” i „oraz”.
- Cicho bądź, bo nie słyszę! – zbyła
Marię Helena, zirytowana.
- … Stanisław IV, Waszym Wysokościom
znany jako ojciec Jej Wysokości królowej Grodenii Katarzyny… - kontynuował młodzieniec,
nie zwracając uwagi na rozmawiające królewny.
- Ej, ale o co chodzi? Bo ja ciągle nie
rozumiem! – wyżaliła się Marysia i zaczęła ciągnąć siostrę za rękaw niebieskiej
sukienki. Helena, zezłoszczona, wyrwała tkaninę z dłoni Marii i po raz kolejny
uciszyła małolatę.
-
… zmarł wczorajszego ranka – skończył goniec.
-
No, to powiesz mi w końcu, o co chodzi? – spytała się trzeci raz Marysia, a jej
dziecięca twarzyczka wyrażała głębokie oburzenie zachowaniem siostry. Tymczasem
goniec, który nie miał zielonego pojęcia, co ma ze sobą zrobić, chyłkiem opuścił
salę.
-
Nie rozumiesz? Tata naszej mamy zmarł, to znaczy nasz dziadek – wyłożyła
siostrze Helena, która w przeciwieństwie do Marii przejawiała czasami śladowe
ilości logicznego myślenia, inteligencji i umiejętności radzenia sobie z
nieznajomymi wyrazami.
-
A, o to chodziło! – pojęła wreszcie Marysia. – No bo on używał jakichś dziwnych
słów, że ja nie wiedziałam! – jęła się usprawiedliwiać dziewczynka.
-
Nieważne już – przerwała jej Hela i, korzystając z nieuwagi siostry, klepnęła
ją w ramię. – Ty gonisz! – krzyknęła, a po chwili dziewczynki znów biegały po
sali, piszcząc i obijając się o meble.
No bo dlaczego niby miałaby je obchodzić
śmierć dziadka, którego nigdy na oczy nie widziały, ba! – o którym właśnie
usłyszały pierwszy raz w życiu?
A
Iris wciąż jadła ciasto.
***
Wkrótce
zamek częściowo się wyludnił. Na pogrzeb nerwańskiego króla Stanisława
pojechały najbardziej załamane Katarzyna i Małgosia z nagle zainteresowanymi
podróżą Heleną i Marią oraz Antoniną, która nie miała żadnego wyjścia i musiała
być cały czas przy matce, gdyż ta ostatnia nie lubiła i nie chciała się z nią
rozdzielać. Dodatkowo żeńskiej gromadce towarzyszył pokaźny orszak służby, od
najlichszych kuchcików przez szanowną guwernantkę królewien do najbardziej
zaufanych władczyni dam dworu. Królowa bardzo chciała, by Bolesław również
stawił się na pogrzebie swojego teścia, jednak monarcha był w owym czasie
zajęty projektowaniem nowej ustawy; uwielbiał to robić i zawsze wkładał mnóstwo
serca i uwagi w pisanie kolejnych punktów. Choć nikt nigdy tego na głos nie
powiedział, wszyscy mieszkańcy miasta doskonale wiedzieli, że to z pewnością
trudno tak skonstruować zdania, by doradcy przeglądający dokument przed daniem
go do zatwierdzenia nie zorientowali się, że w gruncie rzeczy cel dekretu jest
tylko jeden – podwyższenie wszystkich podatków, danin, myt, ceł i ogólnie
wszystkiego, co sprawiało, że do królewskiego skarbca płynęły pieniądze.
Władczyni, którą nudziły polityka i zarządzanie państwem i która nigdy nie
wtrącała się w te sprawy, wzięła za dobrą monetę wymówki męża i pojechała bez
niego. W domu została również Iris, która już od jakiegoś tygodnia miała katar
sienny - Katarzyna uznała, że wiecznie smarkające dziecko nie będzie zbyt
elegancko wyglądać na uroczystym pogrzebie i stypie, w dodatku brązowowłosa niezbyt
dobrze się czuła.
Również
profesor chciał się udać na pożegnanie swego imiennika, dawnego pracodawcy i
przyjaciela, jednak i on musiał z tego zrezygnować – już od kilku miesięcy
bolały go kości, a od około tygodnia dokuczać zaczęło mu też serce; Stanisław
ledwo wstawał z łóżka bądź fotela, nie mógł nawet udzielać lekcji, a o
kilkudniowym wyjeździe z długą uroczystością w planach nie było żadnej mowy.
Pałac
stał się prawie całkowicie pusty. Z osób wyżej położonych w nadwornej
hierarchii zostali król, profesor, Iris oraz Mirosława, dodatkowo od czasu do
czasu ze swych kantorków wychodziło kilka pokojówek, które po wmieceniu części
kurzu pod dywany i pościeleniu kilku łóżek z powrotem chowały się w kanciapach;
stróż nie ruszał się ze swojego stanowiska przy wrotach, a kucharki i
pomywaczki jak zwykle nie ruszały się z kuchni. Korytarze, i tak zresztą na co
dzień pustawe, wyludniły się całkowicie, a w pałacu zapanowała martwa cisza –
ucichło nawet echo dziecięcego śmiechu, który to dźwięk zdawał się nie nigdy
nie ustawać od kilku dobrych lat (o Iris można by powiedzieć wiele, ale na
pewno nie to, że jest hałaśliwym dzieckiem).
Był właśnie jeden z tych nieznośnie
nudnych dni, kiedy Stanisław ze złością pomyślał, że zaraz dostanie
klaustrofobii od tego ciągłego a bezczynnego leżenia w średnio przestronnej
komnacie. Niestety, o wstaniu z łóżka nie było mowy – gdy tylko profesor
spróbował podnieść się i usiąść na brzegu posłania, poczuł tak rwący ból w
nogach, że natychmiast opadł bezwładnie na poduszki, prawie płacząc z bezsilnej
wściekłości. Obok łóżka zamontowany został sznurek, który po pociągnięciu
wprawiał w ruch duży dzwonek. Stanisław już miał wezwać nim służbę, by chociaż ktoś
poprawił mu kołdrę i podał książkę z półki, jednak po namyśle zrezygnował. Na
pamięć znał już wszystkie pozycje w swojej biblioteczce i ponowne ich czytanie
przywoływało tylko wspomnienia z czasów młodości profesora, a te z kolei
sprawiały, że nauczyciel wpadał w wysoce melancholijny nastrój i ogarniała go
uderzająca prosto w obolałe serce nostalgia.
Stanisław miał już serdecznie dosyć
bycia starym. Dopóki jego zdrowie się nie pogorszyło, wszystko było w porządku,
ale potem? Ech, nie warto nawet o tym mówić. Profesor wręcz z pogardą myślał
wtedy o tych wszystkich młodzikach i ludziach w średnim wieku, którzy głosili,
że to dopiero po sześćdziesiątce człowiek staje się wartościowy i to właśnie
staruszkowie powinni być dla wszystkich wzorem.
- Na co niby przydają nam się te
osławione doświadczenie i mądrość życiowa – gorzko kontynuował w myślach swój
wywód profesor, którego sześćdziesiąta siódma wiosna właśnie minęła i który
zaobserwował, że przez minione dwadzieścia lat nie stał się ani trochę
mądrzejszy – skoro i tak choroba nie pozwala nam nawet na wstanie z przeklętego
łóżka?! Do fizycznej pracy i kreatywności najlepsi są ludzie młodzi, do
myślenia ci w średnim wieku, a ci starzy potrafią jedynie wpychać w swe
bezzębne paszcze jakieś papki i być ciężarem dla bliskich!
Takim mniej więcej torem biegły myśli
pana profesora. A gdy tak człowiek leży i myśli, gapiąc się w sufit, nawet nie
czuje, gdy morzy go sen. Stanisław również tego nie zauważył. W pewnym momencie
po prostu zasnął, rozchylając lekko wargi, jak to miał w zwyczaju od
najmłodszych lat.
***
Iris zawsze lubiła położenie pokoju,
który dzieliła z Małgosią, ale tamtego tygodnia aż zachłysnęła się jego cudowną odludnością i niesamowitym spokojem panującym w jego okolicach. Ostatni raz,
gdy jakakolwiek pokojówka pojawiła się w promieniu kilkudziesięciu metrów, był
jakieś trzy lata temu! A w tamte pięć czy sześć dni (szczęśliwi czasu nie
liczą, a brązowowłosa była wtedy ewidentnie szczęśliwa) pod nieobecność Gosi
królewna mogła całymi dniami przebywać w idealnej ciszy, nie ruszając się nawet
z pokoju!
Nie widywano wówczas szatynki na
śniadaniach, obiadach bądź kolacjach, może dlatego zresztą, że pod nieobecność
królowej nie było zorganizowanych posiłków jako takich. Jeszcze kilka dni temu
dzwonek wzywający wszystkich spóźnialskich na poranny posiłek, bezlitosny w
swej nieprzerwanej sumienności, umilkł, i tym samym pałac na te kilka dni
stracił jedno z niewielu źródeł jakiegokolwiek hałasu, pogrążając się
ostatecznie w martwej ciszy. A tak w sumie, dla kogo niby miałyby być te
posiłki? Król jadł wtedy, gdy miał na to ochotę, przykutemu do łóżka
profesorowi przynoszono coś co przegryzienia (choć raczej powinnam była
powiedzieć: wepchnięcia łyżeczką w usta), a służba z Mirosławą na czele
balowała w kuchni całymi dniami i zaprawdę dość była opita i obżarta, by
zignorować fakt, że nadeszła pora, w której winno się jeść kolację. Iris jak
zwykle nikogo nie obchodziła, zresztą i tak sama sobie poradziła z kwestią
żywienia. Rankiem, gdy kucharki chrapały jeszcze w swych kanciapach,
dziewczynka chyłkiem wchodziła do spiżarni, chwytała bochenek chleba, pęto
kiełbasy i coś do picia, a potem wracała do swej komnaty i tyle ją za dnia
widzieli. W zaciszu swojego pokoju dziewczynka bez reszty oddawała się
lekturze, podjadając a to po okruszku chleba, a to po plasterku suchej
czosnkowej, a potem popijając łyczkiem napoju (zwykle było to mleko, tylko to
można było dostać o piątej rano w pałacowej spiżarce). Nawet katar, notabene
wyjątkowo jak na katar dokuczliwy, aż tak jej wtedy nie przeszkadzał.
Nad Norhethanem powoli, bo powoli, ale
nieubłaganie dzień chylił się ku końcowi. Słońce zniżało się, przybliżając się
do horyzontu, a niebo nabrało wspaniałych ciepłych barw. Iris skończyła właśnie
arcyciekawą książkę, znalezioną w owej tajemniczej komnatce za małymi
drzwiczkami. Dziewczynkę bardzo przekonała teoria autora na temat budowy
Wszechświata, aczkolwiek różniła się ona od tego, czego uczono brązowowłosą;
królewna postanowiła, że w najbliższej przyszłości porozmawia o tym z
profesorem.
Gdybym
powiedziała, że dziewczynka żałowała tego, iż lekcje zostały wstrzymane, skłamałabym,
a raczej nie byłabym do końca precyzyjna – szatynka nie życzyła źle
Stanisławowi i współczuła mu jego choroby, ale jednocześnie nie mogła przestać
cieszyć się z powodu nagłego zyskania mnóstwa czasu wolnego. Podczas zajęć
profesor skupiał się raczej na wykładaniu im nauk, które w ogóle nie pociągały
Iris, na przykład historii czy językoznawstwa. Gdy nauczyciel mówił o bitwach
sprzed kilku wieków, dziewięciolatka słuchała jednym uchem, znudzona.
-
Co mnie to obchodzi, czy jakiś mój pra razy wstaw odpowiednią liczbę dziadek
wygrał lub przegrał jakąś wojnę? – myślała wtedy ze złością i z pokpiwaniem
patrzyła się na Stanisława, który wydawał jej się śmieszny ze swoim
zafascynowaniem historią naiwną wiarą w to, że jego słuchaczki je podzielają.
Dziewczynka
wstała z łóżka, w którym spędziła cały miniony dzień, i wyjrzała przez okno.
Widząc, że wkrótce zajdzie słońce, szatynka chwyciła pusty dzbanek po mleku i
wyszła z komnaty. Gdy już pozbyła się brudnego naczynia, przemykając
niezauważenie koło chrapiącej twardo po popijawie służby, skierowała swe kroki
do biblioteki. Tam z jak zawsze mocno bijącym z podniecenia sercem wkroczyła do
ukrytego pomieszczenia i odłożyła przeczytaną książkę na półkę. Potem zaczęła
szukać następnej lektury, czegoś, czego jeszcze nie znała, a to nie było takim
łatwym zadaniem, biorąc pod uwagę fakt, że od tych kilku lat od okrycia
drzwiczek Iris intensywnie zapoznawała się z kolejnymi pozycjami ze średnią
prędkością jednej książki na dwa dni, a zasób nieprzeczytanych książek leżących
na regale, malał w oczach w zastraszającym tempie, choć na początku wydawał się
taki ogromny. Można by pomyśleć, że przecież dziewczynka miała też mnóstwo
innych książek poza ukrytą komnatą, lecz zdecydowana większość z tych ostatnich
była jakimiś nudnymi poematami bądź, o zgrozo, historycznymi dziełami, a tych
królewna nie cierpiała z całego serca i unikała ich jak ognia. Zdecydowanie
wolała wciągające pozycje o fizyce lub medycynie, a te stanowiły ponad połowę
zbioru ukrytych książek.
Na
szczęście tym razem dziewczynka nie była jeszcze skazana na powieści i roczniki
– znalazła w kącie regału jeden zapomniany wolumin, którego nie miała jeszcze
przyjemności przeczytać. Iris mogła to stwierdzić, patrząc tylko na grzbiet
publikacji i nie zerkając na okładkę, gdyż książka była obita
charakterystyczną, zabarwioną na niebiesko skórę, wyróżniającą się wśród
monotonnych brązów, czerni i szarości innych okładek. Kolor obicia nieco już
wyblakł, a sama księga miała pożółkłe okładki i wyraźnie była nadgryziona zębem
czasu. Dziewczynka zdjęła ją z półki, odruchowo zerknęła na okładkę i zamarła.
Już
sam fakt, że tytuł był napisany w łacińskim alfabecie, nie zszokował
dziewczynki - w skrytce znajdowała już całkowicie niemagiczne książki, na
przykład wspomniane pozycje o fizyce, dziwne natomiast było to, JAK brzmiał
tytuł napisany łacińskimi literami. A brzmiał on, słowo w słowo, „Stworzenia
magiczne”. Iris przekartkowała książkę. Każda strona zapisana była od góry do
dołu jak najbardziej ludzkim językiem, ba! - znalazłoby się też tam parę
ładnych, ozdobnych, kolorowych ilustracji.
-
Czarownice i czarodzieje to – czytała dziewczynka drżącym głosem – przeciwnie
do naszych wyobrażeń bardzo do rodzaju ludzkiego podobne istoty. Wyglądem nie
różnią się oni od nas wcale, acz istotną częścią ich ciał są oczy, które
odpowiednio zabarwione informują…
A
gdy tak czytała, przypominała sobie krzyki palonych przez Bolesława na stosie
czarownic, kamienowanych przez pełnych uciechy mieszkańców. I salę tortur,
położoną głęboko pod ziemią, pełną najrozmaitszych przyrządów, większości
których zastosowanie stanowiło zagadkę dla dziewczynki, z których to lochów co
jakiś czas dobiegały jęki i płacz rozrywanych na strzępy stworzeń. I jakoś nie
potrafiła logicznie połączyć tych faktów. Królewna zerknęła jeszcze na miejsce
napisania książki, które powinno się znajdować na stronie tytułowej każdej
szanującej się publikacji.
Cera
– tylko tyle było tam napisane. Nic dziewczynce nie mówiła ta nazwa.
-
Gdybym tylko bardziej uważała na lekcjach geografii! – jęknęła dziewczynka. – W
każdym razie – pomyślała – miasto Cera z pewnością nie znajduje się w Grodenii
– tu przecież oprócz Norhethanu nie ma żadnego miasta, a na wsi nie byłoby
przecież drukarni!
To
ją trochę uspokoiło i też wyjaśniło wiele.
-
W innych krajach mogą przecież lubić czarownice, prawda? – powiedziała sama do
siebie, choć i tak cała ta sytuacja wydawała jej się dziwna, a książka – wysoce
interesująca, nie omieszkała więc zabrać jej ze sobą, gdy wychodziła z ukrytej
komnaty. Miała wrażenie, że ten wolumin będzie w jej życiu w jakiś sposób
ważny, tyle tylko, że jej niespełna dziesięcioletnia osoba nie miała żadnego
pojęcia, na czym ta ważność miałaby polegać.
Dziewczynka
wyszła z biblioteki, pogrążona w rozmyślaniach, lecz nie przeszła nawet
dziesięciu kroków, gdy nagle usłyszała dobiegający z jej prawej strony dziwnie
bezpłciowy głos, mówiący:
-
Witaj, księżniczko!
Iris
odwróciła się, by zobaczyć, kto zadał też pytanie, a gdy go ujrzała, zamarła.
Książka wysunęła jej się spod pachy i głośnym plaśnięciem uderzyła o kamienną
posadzkę.
***
Jakiś
hałas na korytarzu zbudził profesora, a ten, nagle wyrwany ze snu, po chwili
zdezorientowania z niezadowoleniem stwierdził, że przez uchylone wargi wyciekło
mu trochę śliny i znaczna część poduszki jest teraz mokra. Nauczyciel wytarł
sobie dolną część twarzy chustką i jął ratować obślinioną poszewkę, lecz po
chwili dał sobie z tym spokój.
- Jak widać – profesor znów pogrążył
się w czarnych myślach – zdziadziałem już całkowicie i nic nie jest w stanie
tego zmienić…
Nagle Stanisław zdał sobie z czegoś
sprawę, a gdy to sobie uświadomił, mokra poduszka nie miała już dla niego
żadnego znaczenia. Profesor poruszył powoli jedną nogą, potem drugą, a gdy to
się stało, prawie podskoczył na łóżku z radości.
- Hurra! Co za szczęście! – wykrzykiwał
w myślach, a na jego twarz wstąpił błogi uśmiech. – Nogi w końcu przestały mnie
boleć!
Postanowił jednak nie dać się
całkowicie zawładnąć emocjom.
- Spokojnie, powolutku, bo jeszcze
sobie coś nadwerężysz! – uspokajał sam siebie profesor, siadając na brzegu
łóżka. Jednak zmiana pozycji na siedzącą wcale nie zadowoliła Stanisława,
przeciwnie wręcz – była jedynie przekąską podsycającą i tak już ogromny apetyt.
Nauczyciel chwycił drżącą z podniecenia
dłonią drewnianą laskę i, na niej się opierając, powoli podniósł się na nogi.
Kości cicho chrupnęły, dawno niewykorzystywane mięśnie potrzebowały chwilki na
przyzwyczajenie się do nowej sytuacji, ale ogólnie profesor czuł się jak nowo
narodzony. Stanisław nieco chybotliwym krokiem przemierzył pokój i usiadł na
fotelu znajdującym się koło regału. Wyciągnął jedną z książek i otworzył ją na
chybił-trafił. Nie przeczytał jednak więcej niż ze dwa akapity, gdy doszło do
niego, że nie czerpie z tego żadnej przyjemności, a jedynie wchłania kolejne
zdania, nie zwracając za bardzo uwagi na ich treść. Wtedy przyszła mu do głowy
pewna szalona koncepcja. Nauczyciel nabrał wręcz dzikiej ochoty na wyjście z
komnaty. Choć zdawał sobie sprawę, że to może się źle skończyć, że może
zasłabnąć w trakcie spacerku albo, nie daj Boże, dostanie zawału, jednak
bagatelizował te możliwości.
- Ostatecznie – myślał Stanisław
buntowniczo – żyje się tylko raz, a mnie niewiele czasu pozostało. Idę!
I jak postanowił, tak zrobił. Chociaż
potrzebował chwilki na poradzenie sobie z ciężkimi drzwiami, to gdy pokonał tą
przeszkodę, wszystko zaczęło mu iść jak po maśle. Już po przejściu kilku kroków
chód jego stał się płynniejszy i bardziej sprężysty, a po kolejnej chwili laska
była dlań raczej niepotrzebnym akcesorium niż niezbędnym wsparciem. Radosny
profesor podniósł głowę i, miast na swe cudem ozdrowiałe nogi, zaczął patrzeć
przez siebie.
Pierwszą
rzeczą, jaka rzuciła mu się w oczy, była scena, której z początku nie rozumiał.
To dziecko, Iris, stało przy oknie i rozmawiało z kimś, jednak nauczyciel nie
mógł wcale dostrzec rozmówcy dziewczynki. Podszedł bliżej, zaintrygowany, a po
chwili zamarł, zdumiony i przerażony.
Na
wyciągniętym palcu wskazującym prawej dłoni brązowowłosej oparł swe nóżki
wróbel. Ptak ćwierkał coś po swojemu, a szatynka, jakby go rozumiejąc,
odpowiadała mu po ludzku, z tym tylko wyjątkiem, że w nieznanym, bardzo
charakterystycznym w swym dziwacznym acz płynnym brzmieniu języku.
Tylko
jedne skojarzenie przyszło profesorowi do głowy.
-
Czarownica! – pomyślał z przestrachem. – Rozumie mowę zwierząt i mówi w tym
szatańskim języku! Wiedźma! Po prostu wiedziałem, że coś jest z nią nie tak, że
to dziecko jest jakieś niedobre, i proszę! – ciągnął swój wewnętrzny wywód
nauczyciel.
-
Co ty, dziecko, najlepszego wyprawiasz?! – huknął wreszcie Stanisław,
zdradzając swoją obecność. Szatynka natychmiast odwróciła się w jego stronę, a
wróbel, przestraszony, odfrunął.
Z
szarych oczu dziewczynki bił niewypowiedziany strach. Choć nie wyglądały one
jak należące do wcielenia czystego zła, profesor mało się tym przejmował, był
zbyt oburzony.
-
Czarownica! – rzucił obelgą Stanisław, a królewna jak oparzona rzuciła się do
ucieczki. Profesor bez zastanowienia zaczął gonić dziewczynkę, całkowicie
zapominając o tym, że jeszcze kilka godzin wcześniej czuł się prawie jak na
łożu śmierci. Tymczasem dziecko zdążyło już dobiec do pobliskiej biblioteki;
Stanisław dopadł drzwi komnaty chwilę później. Nauczyciel zdążył jeszcze dostrzec
brązową głowę dziewczynki znikającą za rogiem, ale gdy skręcił tak jak Iris w
lewo, natrafił na koniec korytarza zamknięty regałem. Nie było żadnej
możliwości, żeby szatynka mogła stąd uciec, a przecież profesor dokładnie
widział, jak królewna skręcała w tę stronę.
Wzburzenie
profesora powoli ustępowało lękowi. Zdesperowany Stanisław przesunął nawet
kilka książek na biblioteczce, by zobaczyć, co za nimi jest, ale zgodnie ze
swoimi przewidywaniami nie znalazł tam niczego prócz drewnianej ścianki zamykającej
regał. Robiąc to, czuł się głupio, bo przecież wiedział, że Iris nie schowałaby
się między lub za woluminami.
-
Diabelskie sztuczki! – krzyknął na odchodnym przerażony profesor i czym prędzej
wybiegł z biblioteki.
Musiał
komuś powiedzieć, co właśnie zobaczył, po prostu musiał. Niestety, jedynej po
śmierci króla Nerwanii prawdziwie zaufanej mu osoby – Katarzyny – nie było
obecnie w Grodenii, więc Stanisław skierował swe kroki do gabinetu osoby,
której co prawda nie znał osobiście, ale która była blisko związana z jego byłą
uczennicą.
-
Ostatecznie – myślał nauczyciel, przemierzając szybkim krokiem kolejne metry
korytarza – Kasia nie poślubiłaby gbura, chama lub prostaka, prawda?
Wreszcie
Stanisław dotarł do komnaty zwanej Brzozowym Gabinetem, w której król spędzał
od kilku dni większość czasu, zajęty pisaniem ustawy. Nauczyciel zapukał do
drzwi, licząc na to, że władca jeszcze nie udał się na wieczerzę i nie doznał
zawodu – po chwili usłyszał przeciągłe i pełne irytacji „Proszę!” dobiegające
zza drzwi. Stanisław bez chwili zwłoki nacisnął klamkę, wkroczył do komnaty i
ukłonił się zwyczajowo.
-
Racz mi wybaczyć najście, Wasza Wysokość – zaczął grzecznie profesor – ale
właśnie byłem świadkiem wielce dziwnego i niepokojącego zdarzenia i uznałem, że
Wasza Wysokość jest najodpowiedniejszą osobą, by ją o tym poinformować.
-
Doprawdy? – krzaczaste brwi Bolesława uniosły się o kilkanaście milimetrów.
Król utracił już większość ze swej młodzieńczej urody – kiedyś dość przystojna,
teraz twarz władcy była pokryta zmarszczkami powstałymi od ciągłych grymasów
gniewu, otłuszczona i czerwona, a włosy, niegdyś bujne i ciemnobrązowe, teraz
zaczynały już powoli siwieć i wypadać. Niezmienne pozostały jedynie przenikliwe
szare oczy, właśnie skupione na profesorze. Nauczyciel był pewien, że
identyczny kolor tęczówek widział już u kogoś, i to stosunkowo niedawno, jednak
za nic nie potrafił sobie przypomnieć, u kogo, toteż przestał o tym myśleć i
skupił się na tym, z czym przyszedł do monarchy.
-
Widziałem Waszej Wysokości i Jej Wysokości królowej Katarzyny przybraną córkę,
Iris, rozmawiającą z wróblem.
-
Czyżby? – rzucił król ironicznie.
-
Tak, o panie. Ptak mówił w swoim języku, a dziewczynka rozumiała go i
odpowiadała mu po ludzku, tyle tylko, że nie był to język, w którym my rozmawiamy,
o nie. To był TEN język, Wasza Wysokość. – rzekł profesor zniżając wyraźnie
głos przy ostatnim zdaniu.
-
Fielme? – władca wyprostował się, nagle zainteresowany.
-
Tak, panie, to była ta diabelska mowa! – rzucił nauczyciel już prawie szeptem.
– Zwróciłem jej uwagę, zdumiony, a ona wtedy uciekła do pobliskiej biblioteki.
Ja, oczywiście, podążyłem za nią, ale zdążyłem tylko dostrzec, jak znika za
rogiem, a później, gdy sam skręciłem w tamtą stronę, natrafiłem na korytarz
zamknięty regałem, a po Iris nie było nawet śladu, zupełnie jakby rozpłynęła
się w powietrzu… Jak dla mnie, Wasza Wysokość, jest to niepodważalny znak, że
Iris jest czarownicą! – wyrzucił z siebie Stanisław i z bijącym sercem czekał
na reakcję Bolesława.
Ten,
ku jego zdumieniu, zdawał się nie być przerażony ani zdumiony, tylko raczej
niezadowolony i jakby zdegustowany. Zapadła cisza. Profesor nagle poczuł się
nieswojo, jakby znalazł się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie.
Nagle poczuł przeszywający ból w sercu i trudem powstrzymał się od głośnego
syknięcia. Nerwowo przełknął ślinę i wtedy właśnie przypomniał sobie, u kogo
widział identyczny kolor oczu – u Iris. Nie zdążył jednak połączyć logicznie
obu faktów, cała reszta zdarzyła się tak szybko.
W
pewnym momencie na twarzy władcy ukazał się ironiczny półuśmiech, a zaraz po
tym król wstał – nie, zerwał się na równe nogi, a następnie przeskoczył masywne
brzozowe biurko z zaskakującą lekkością i znalazł się po stronie profesora, a
cała ta akcja nie zajęła mu więcej niż dwie sekundy. Nauczyciel nie miał
pojęcia, po co ten cały pośpiech i co władca zamierza zrobić, jednak gdy kątem
oka dostrzegł błysk stalowej klingi, było już za późno – ostrze właśnie wbijało
mu się w okolice jamy brzusznej, niszcząc po drodze kilka istotnych narządów
wewnętrznych, powodując natychmiastowy krwotok i prawie równie natychmiastowy zgon.
-
Szkoda – mówił sam do siebie Bolesław, ocierając zakrwawioną klingę o białą
płócienną płachtę znalezioną gdzieś w kącie – wydawał się nawet poczciwy, ale
cóż, zobaczył zbyt wiele. To wszystko oczywiście jej wina. – dorzucił ze
stoickim spokojem.
Kiedy
już schował czyściutki i błyszczący miecz do pochwy, z kieszeni kaftana
wyciągnął drewniany gwizdek, nieco już podniszczony od prawie dwudziestoletniej
eksploatacji. A gdy po kilku minutach przybyli chłopcy, Bolesław wręczył im
brudną od krwi płachtę, dla zasady
wskazał zwłoki leżące na ziemi i rzekł:
-
To, co zwykle, załatwcie też mały aranż pogrzebu – a następnie wyszedł z
komnaty i skierował swe kroki do biblioteki.
***
Iris
w ostatniej chwili pchnęła małe drzwiczki i najszybciej, jak potrafiła,
wczołgała się do pomieszczenia, do krwi prawie obcierając sobie dłonie i
kolana. Następnie na oślep zatrzasnęła drzwi, cofnęła się w głąb komnatki i z
bijącym sercem czekała, starając się oddychać jak najciszej i modląc się, by
nie zaczęło jej się lać z nosa .
Po
chwili usłyszała kroki po drugiej stronie drzwiczek. Wzdrygnęła się i cofnęła
jeszcze kawałek, chowając się za regałem stojącym na środku pomieszczenia.
Przerażona, zwinęła się w kłębek i schowała twarz w dłoniach, czekając na
najgorsze. Ale ku jej zdziwieniu nic takiego się nie wydarzyło.
Osoba
za drzwiami, jakby nie widząc wejścia do komnatki, miotała się pomiędzy
regałami. Iris cichutko przyczołgała się do biblioteczki oddzielającej ukryte
pomieszczenie od reszty księgozbioru. Regał ten nie miał żadnej ścianki
kończącej półki albo oddzielającej obie strony biblioteczki; były to po prostu
cztery kawałki drewna ułożone w prostopadłościan bez dwóch ścian bocznych
poprzedzielany poziomo kilkoma deskami, tak że dziewczynka mogła zobaczyć, co
jest po drugiej stronie, patrząc pomiędzy książkami.
Profesor
zdawał się być przerażony. Rozglądał się na wszystkie strony, jakby bał się, że
za chwilę coś spadnie na niego z sufitu. Nagle nauczyciel podbiegł do
właściwego regału i, zanim królewna zdążyła cokolwiek zrobić, wsunął dłoń
pomiędzy książki i zdecydowanym ruchem odgarnął kilka woluminów na jedną
stronę, tworząc sporą szparę pomiędzy książkami akurat na wysokość twarzy
szatynki. Iris automatycznie cofnęła się, jednak zdawała sobie sprawę, że już
jest na to za późno – nawet ktoś tak mało spostrzegawczy jak profesor z
pewnością dostrzegłby doskonale widoczną twarz dziewczynki w tak dużej dziurze
pomiędzy książkami, tym bardziej, że na szparze właśnie nauczyciel miał
skupiony wzrok.
Królewna
czekała na okrzyk w stylu „Ha, mam cię!” czy „A, tu się schowałaś, mała
diablico!”, ale nic takiego nie dobiegło z ust profesora. Zamiast tego
Stanisław trzymał w szparze pomiędzy książkami dziwnie płasko rozłożoną dłoń,
jakby oparł ją o jakąś niewidzialną ściankę kończącą regał od strony komnatki i
Iris. Po chwili zwinął dłoń w pięść i postukał w ową niewidoczną ściankę.
Rozległ się charakterystyczny dźwięk uderzania o cienką drewnianą deskę.
Profesor
cofnął dłoń z miną, jakby dokładnie tego się spodziewał, jakby stukanie w
niewidzialne ścianki było jego chlebem powszednim, a po chwili rozejrzał się
jeszcze raz z przestrachem na wszystkie strony i krzyknął:
-
Diabelskie sztuczki! – i wybiegł z biblioteki, pozwalając drzwiom głośno się za
nim zatrzasnąć.
Zostawił
Iris samą, skuloną, przestraszoną i zdumioną; Iris, która właśnie zrozumiała,
dlaczego nikt jej nigdy nie powiedział o ukrytej komnatce i czemu za małymi
drzwiczkami znajdują się książki takiej, a nie innej treści.
***
-
Zostaw mnie! Puść! – wrzeszczała Iris, nagle złapana za ucho i część włosów tuż
po wyjściu z biblioteki.
Bolesław
nie miał w sumie pewności, że znajdzie tam swoją córkę – dobrze wiedział, jakie
są zdolności niektórych czarownic, i że ta mała mogła odziedziczyć talent do
teleportacji po swojej na nieszczęście ciągle nie świętej pamięci matce. Król
Grodenii dawno już zauważył, że w zasadzie każde ze sworzeń magicznych
specjalizuje się w jakiejś konkretnej dziedzinie – jedno wszystko podpala,
drugie steruje wodą, a jeszcze inne gada z nietoperzami. Talenty ich jednak
często się powtarzają, co sprawiałoby możliwość zdolności Iris do teleportacji
całkiem prawdopodobną, lecz intuicja podpowiadała Bolesławowi, że jego
najstarsza córka nie jest do tego zdolna, po prostu to czuł. Podświadomie
wiedział, że dziewczynka ciągle jest w bibliotece, dlatego właśnie tam się
udał. Jak się okazało, słusznie postąpił – trafił akurat na moment, gdy Iris
bezgłośnie wymykała się z czytelni i miał idealne warunki do schwytania
dziewczynki.
Królewna
wiła się i darła, głównie z bólu i wściekłości. Krzyki i szarpanina jednak na
nic się nie zdały – chwyt monarchy był wyjątkowo silny, a sam władca – odporny
na tego rodzaju komunikaty. Rozwrzeszczana przechadzka nie trwała długo – już
po przebyciu kilkunastu metrów Bolesław pchnął jakieś drzwi i wrzucił swą córkę
do pustej jak większość pomieszczeń w zamku komnaty. W tym właśnie momencie
dziewczynka wbiła swe w połowie jeszcze mleczne zęby w przegub monarchy. Króla
wyprowadziło to nieco z równowagi.
-
Słuchaj, gówniaro! – krzyknął, machnąwszy ręką tak, że Iris, jeszcze chwilę
wcześniej uczepiona do niej zębami, odleciała na kilka metrów. – Jeszcze jeden
taki występ jak ten z profesorem i będziesz mogła pożegnać się ze swoim
niezasłużenie godnym życiem! Będę mieć w dupie więzy rodzinne i własnoręcznie
wypruję ci flaki, a resztę spalę na stosie – będzie skwierczało aż miło!
-
Co to ma wszystko znaczyć?! – odwrzasnęła Iris, rozczochrana i wściekła, jednak
nie uzyskała odpowiedzi – Bolesław, powiedziawszy to, co miał do powiedzenia,
wyszedł z komnaty, zatrzaskując za sobą drzwi i zamykając je na klucz.
-
Wypuść mnie! – wrzasnęła dziewczynka, która niewiele myśląc rzuciła się do
zamkniętego wyjścia – Masz mi wszystko wyjaśnić! – dodała, a każdemu jej słowu
towarzyszyło huknięcie jej dłoni o solidne drewniane deski drzwi.
Przy
ostatnim uderzeniu, notabene najmocniejszym ze wszystkich, rozległ się też inny
dźwięk – tłuczonego szkła w głębi pokoju. Iris odwróciła się, zdziwiona –
okazało się, że coś, najprawdopodobniej wiatr, wybiło szybę w jednym oknie od
zewnątrz, tak że na podłodze walały się teraz odłamki szkła o różnych
rozmiarach. Królewna podeszła do okna i przyjrzała mu się z bliska. W ramie
zostało niewiele szkła – ostało się go tylko trochę w rogach i po bokach
okiennicy, a że ta była dosyć duża, przez powstałą dziurę bez problemu mógłby
przejść ktoś rozmiarów dziewczynki.
Nagle
szatynka zauważyła wróbla, który przysiadł sobie na zewnętrznym parapecie okna,
chyba tego samego, z którym dziewczynka rozmawiała niecałe pół godziny temu.
-
Na co czekasz? – spytało się cierpko zwierzę swoim charakterystycznym, dziwnie
bezpłciowym głosem.
Iris
nie odpowiedziała. Podkasała natomiast lekko sukienkę, wdrapała się na parapet
i, niewiele myśląc o tym, co robi, przeszła przez dziurę w szybie. Wróbel
odleciał, robiąc jej miejsce, a dziewczynka oparła stopy na jakimś detalu
architektonicznym, złapała się za jakiś inny detal i zaczęła się powoli
wspinać. Łapała się za wystające kamienie, haki, daszki nad oknami, ogólnie za
wszystko, co się do tego nadawało, tak samo było z opieraniem stóp. Wiatr wiał
jej prosto w twarz, miała całkowicie podrapane dłonie, lało jej się z nosa, nie
wspominając już o zalewającym ją pocie, ale i tak nie zawahała się ani na
chwilę, tylko pięła się coraz to wyżej i wyżej, jakby pchała ją jakaś niewidzialna
ręka, jak na jakiejś zabójczej ściance wspinaczkowej na placu zabaw.
W
końcu jakoś wdrapała się na wielospadowy dach, sama nie wiedząc, jak tego
dokonała. Trafiła na jakiś stosunkowo płaski kawałek powierzchni i zatrzymała
się. Wiatr owionął ją całą. Stała tak, patrząc się na znikające za horyzontem
słońce, oblewające pomarańczowym blaskiem ją, zamek i całą Gwiazdę, odwróciła
się, popatrzyła na niedostępne wierzchołki gór pokryte świerkowym lasem i
pomyślała, że życie jest piękne. Wicher jakby się wzmógł, ale dziewczynce wcale
to nie przeszkadzało. Katar, męczący ją od tygodnia, jakimś magicznym sposobem
znikł. Słuchała zawodzącego szumu wiatru i czuła się szczęśliwa. Wicher dął
coraz mocniej i głośniej, a Iris nagle wszystko zrozumiała. Wiedziała już, co
ma robić, a czego nie, rozwiązały się wszystkie jej dylematy i rozwiały
wątpliwości, i mimo tego, że większość z tej prawdy nie zwiastowała wcale
szczęścia i radości, królewna uśmiechnęła się. Jak pewnie zresztą każdy, kto
poznaje swoje przeznaczenie – jej akurat powiedział o nim wiatr.