wtorek, 11 listopada 2014

Scenariusz pt. "Boże Narodzenie w okolicach wałbrzyskich"

Scenariusz ten był pisany dla konkretnej osoby, a mianowicie nauczycielki niemieckiego (ci, co chodzą ze mną do szkoły, to wiedzą, o kogo mowa, a tym, co nie chodzą i tak za wiele nazwisko nie powie, więc po co je wymieniać, zwłaszcza jeśli sama nauczycielka nie wyraziłaby zgody na zamieszczanie jej nazwiska?) i z założenia jest przystosowany do tłumaczenia na tenże język. Jak możecie zauważyć, pierwsza scena to w zasadzie li i jedynie moja personalna wstawka i nie ma większego sensu, żeby była ta scena odgrywana przez jakąś grupę teatralną, która nie miała żadnego związku z tworzeniem scenariusza, bo przecież byłoby to po prostu kłamstwo, gdyby jakaś dziewoja wyszła i zaczęła prawić o tym, jak to nie lubi tradycyjnych jasełek etc. i że ona napisze swój własny scenariusz. To znaczy, niech pisze scenariusz, ale niech nie przywłaszcza sobie mojego. Takie małe podsumowanko z uwzględnieniem uczciwości akademickiej.
Można scenariusz wykorzystać pod warunkiem wspomnienia twórcy. Byłoby miło, gdyby osoba zainteresowana napisała do mnie i uzgodniła wszystko, może też byłaby możliwość, żebym miała mały udział w realizacji? To zawsze wielka przyjemność móc uczestniczyć w realizacji własnego scenariusza.
Czuję się, jakbym pisała do kilkutysięcznego tłumu, a przecież jest 99,99% szansy, że nikt tego sam z siebie nie przeczyta, a szansy, ze ktoś zechce ten scenariusz wykorzystać, nie ma prawie w ogóle. Ale oszczędności nie zawadzi, niezbędne formalności muszą być.
To tyle ode mnie, miłego czytania (i interpretowania) :)





Postaci:

Narrator, jegomość od zegarków, dziewczę 1, dziewczę 2, Artysta , Żona Artysty, Ania, Przyjaciółka Ani, Mama Ani, Brat Ani , Ciotka Ani.
 


Scena I

Scena prawie pusta, stoją na niej jedynie stolik i odpowiednia ilość krzeseł. Na krzesłach siedzi cała trupa teatralna, dwa krzesła są wolne. Młodzież przegląda książki, uczy się, dyskutuje. Po chwili wchodzi Barbara.

Barbara (lekko niepewnym głosem): Chyba trochę się spóźniłam, wybaczcie mi, proszę…

Osoba nr 1  : Niezbyt. I tak jeszcze nie ma pani profesor.

B. (siadając przy stole): OK, to zanim pani przyjdzie, mogę się was o coś zapytać?

 Osoba nr 2 (przytakując): Yhy.

B.: Dobrze, chciałam się was spytać o scenariusz. Bo wiecie, ja nieszczególnie przepadam za klasycznymi jasełkami, a zresztą ten motyw jest potwornie oklepany. Nie za bardzo też przekonują mnie spektakle typu zmodernizowane, wiecie, anioły w supermarkecie i diabły z kryzysem wieku średniego, po prostu to do mnie nie przemawia. Ja lubię pisać o ludziach, ich problemach i radościach, o ich życiu. Czy przeszkadzało by wam, gdybym napisała scenariusz we właśnie takim stylu?

Osoba nr 3 : Skąd, tak będzie chyba nawet lepiej!

Osoba nr 4 : Ale żeby było dużo postaci!

Osoba nr 5 : I żeby było dużo do mówienia!

B. : Oczywiście, nie ma ŻADNEGO problemu! (uśmiecha się pod nosem)

Kurtyna. Na scenie zmiana dekoracji. Gra wesoła, kilkunastosekundowa muzyczka, na miejsce przed kurtyną wchodzi kilka osób, każda z kartką z odrębnym członem tytułu („BOŻE |  NARODZENIE |  W…”). Ustawiają się w odpowiedniej kolejności, a potem schodzą ze sceny.





Scena II

Scena wciąż zasłonięta kurtyną. Wychodzi narrator, nie wchodząc na scenę, a pozostając pod nią (przy schodkach).

Narrator: Boże Narodzenie. Zwane także Gwiazdką lub, przez mniej obeznanych z chrześcijaństwem ludzi, zimowymi świętami. Uwielbiane przez gatunek homo sapiens zwłaszcza w latach dziecięcych, w wieku dorosłym bywa z tym różnie. W handlu, zwłaszcza super i hipermarketowym, rozpoczynają się już na początku listopada, tuż po przecenieniu podwiędłych chryzantem  i potłuczonych zniczy.

Rozsuwa się kurtyna. Na scenę wchodzą jegomość od zegarków w podniszczonym prochowcu i dziewczę 1 z dziewczęciem 2 z przeciwnej strony.

Jegomość (cicho, rozsuwając poły płaszcza): Ej, panieneczki, może świąteczny zegareczek?

Dziewczę 1: Spływaj pan!

Dziewczę 2: A tak w ogóle, który jest dzisiaj?

D. 1: Piąty? Szósty? Listopada, oczywiście. (dodaje po chwili)

D. 2: Masakra z tymi sprzedawcami, nie? Ledwie minęły Zaduszki, a oni już o świętach!

D. 1: No! (wychodzą)

Narrator: Jak już wspominałam, różnie na święta reagują dorośli. Spowodowane to jest najczęściej presją wywieraną przez otoczenie, tyczącą się sprzątania domu, mordowania karpia, stawiania choinki i wydawania pieniędzy.

Wchodzi Artysta trzymający kartkę papieru i pędzel, a za nim drepcze Żoną Artysty.

Żona Artysty (zmartwiona): Kochanie, niedługo święta, może kupiłbyś już prezenty dla dzieci, trzeba też znaleźć jakąś choinkę. O, i bombki się latem potłukły, musimy je dokupić!

Artysta (jednocześnie wściekły i zrozpaczony): Kobieto, ty mi tu gadasz o tak przyziemnych sprawach, a ja nie mam natchnienia! Od tygodnia niczego nie namalowałem, rozumiesz, OD TYGODNIA!

Żona Artysty (zmartwiona): Rozumiem, ale trzeba coś zrobić, przynajmniej kup choinkę!

Artysta: Nie, właśnie o to chodzi, że nie rozumiesz! Po prostu zostaw mnie samego i nie przeszkadzaj mi, dobra?!

Żona Artysty (naiwnie): Ale mogę ci kupić trochę natchnienia pod choinkę, tylko ją kup!

Artysta: (teatralnie się załamuje)

Kurtyna.



Scena III

Narrator: Jest też okres przejściowy, pomiędzy dzieckiem a dorosłym. Gimnazjaliści są różni – jedni udają, że są jak dorośli, drudzy są trochę bardziej szczerzy wobec samych siebie, a większość z nich nie ma tak naprawdę zdania o  samych świętach, bo oczywiście każdy lubi świąteczne ferie i prezenty. Choć i nie wszystkie prezenty – te dostane na wigiliach klasowych rzadko spotykają się z aprobatą.



Narrator wychodzi. Kurtyna się rozsuwa. Na scenę wchodzą Ania z Przyjaciółka Ani. Są ubrane w zimowe stroje, z torebkami prezentowymi

Przyjaciółka Ani: Co dostałaś na wigilię klasową? Czy ty w ogóle ją otworzyłaś? (widzi nieotwartą torebkę Ani)

Ania: Nie, ale i tak wiem, co jest w środku – szampon i żel pod prysznic, tak jakby to miała być jakaś dyskretna sugestia!

P.A.: A tak w ogóle, kto cię wylosował?

A.: (znacząco) Kowalska!

P.A.: (kładzie dłoń na jej ramieniu) Współczuję, naprawdę.

A.: No nie? Masakra! (chwila ciszy) Którędy idziesz?

P.A.: Pójdę z tobą, a później się rozdzielimy, OK?

A.: Jasne.

Wychodzą, po chwili wychodzi tylko Ania. Stoi przy otwartych drzwiach, sztucznie uśmiechnięta, macha do koleżanki.

A.: Pa pa! Wesołych świąt! Będę tęsknić! (zatrzaskuje drzwi i siada na podłodze) Boże, dobrze, że już są ferie!

Wchodzi Mama Ani.

Mama Ani (dziarsko i szorstko): No, dobrze, że już jesteś! Mamy mnóstwo roboty, trzeba umyć okna i podłogi…

Ania: Przecież są czyste…

M.A.: Nie dyskutuj, dziecko, tylko bierz się do roboty…

A.: Nie jestem twoim niewolnikiem, nie dam ci sobą pomiatać!

M.A.: Jeżeli uznajesz pomoc w prowadzeniu domu za niewolniczą pracę, to może ucięcie kieszonkowego trochę cię orzeźwi?

A.: No dobra, niech ci będzie! (wstaje) Ale NA PEWNO muszę myć okna? (prosząco)

M.A.: Tak! Choć za mną, w kuchni czeka na ciebie wiadro i ścierka! (wychodzi)

A.: (załamuje się) Tylko nie mycie okien!                                                   
Kurtyna, zmiana dekoracji.



Scena IV

Na scenie stoi stół, przy nim siedzi zrezygnowana i znudzona Ania. Koło stołu krząta się jej mama z listą.

M.A.: Podłogi umyte?

A.: Tak.

M.A.: Zakwas na barszcz zrobiony?

A.: Tak.

M.A.: Okna umyte?

A.: Owszem.

M.A.: Karp kupiony?

A.: Tak.

M.A.: Farsz na uszka zrobiony?

A.: Jakżeby inaczej.

M.A.: Mak zmielony?

A.: Nie…

M.A. (zdenerwowana): Jak to?! O, Boże, nie zdążymy!

A.: Co ty się tak stresujesz, przecież zrobi się to w pięć minut…

M.A.: W pięć minut?! Chyba sobie żartujesz! Jak mogłaś to przeoczyć, jak JA mogłam to przeoczyć?! Boże, mamusia pewnie się w grobie przewraca - Wigilia bez kutii i makowca!

A.: Szczerze mówiąc, doskonale rozumiem, dlaczego tata się od nas wyniósł.

M.A. (cedząc słowa): Jest jeszcze jedno nieumyte okno, to w piwnicy. Masz tam iść i je umyć, natychmiast. I nie śmiej więcej wspominać twojego ojca w mojej obecności!

Wchodzi Brat Ani.

M.A.: Gdzieś ty się włóczył cały ranek?

Brat Ani: Byłem z kolegami, nie czepiaj się, dobra?

M.A.: Jak ty się zwracasz do matki?

B.A.: Normalnie, daj mi spokój, chcę odpocząć…

M.A.: Nie, nie będzie lenienia się w moim domu! Marsz do salonu i ścieraj kurze, a ty, moja panno, co tu jeszcze robisz? Do piwnicy myć okno, liczę do pięciu!

A.: No dobra, już idę! (ostentacyjnie wstaje i wychodzi, podobnie jej brat)

M.A. (siada przy stole, uspokaja się, po chwili w jej oczach pojawiają się łzy): Czemu oni zawsze muszą to robić przed świętami, co ja takiego złego robię? (nagle sobie coś przypomina) Mak! (wybiega)

Kurtyna, zmiana dekoracji.



Scena V

Na scenie stoi choinka i stół, przy którym siedzą Ania, Brat Ani, Mama Ani, i Ciocia Ani. Wigilijna wieczerza. Wszyscy jedzą, panuje sztywna atmosfera. Matka jest wyraźnie zmęczona, Ania i jej brat – zbuntowani, a Ciocia – wesoła, jak gdyby nic nie zauważała.

M.A. (widząc, że wszyscy już zjedli): No, czas na prezenty.

Młodzież sięga pod choinkę, są tam tylko trzy prezenty – dla Ani, jej brata i cioci. Prezenty są rozpakowywane, są w nich głównie czapki i szaliki.

A. (cicho, patrząc na swoją czapkę): Masakra…

M.A.:  (słyszy to, ale nie ma siły zareagować)

C. A.: A co tam u tego twojego, jak mu tam, Janka, miałaś od niego ostatnio jakieś wieści?

M.A.: Nie, i nie chcę, żebyś go wspominała, dobrze?

C. A.: Tylko się spytałam…

A.: Właśnie, mamo, ciocia tylko się spytała, czemu od razu tak się wściekasz.

M.A.: Ania, proszę, nie dyskutuj…

A.: A czemu niby? Chyba mam prawo wiedzieć, co z moim ojcem?

M.A.: Anno!

A.: Czemu cały czas zmieniasz temat, gdy się o niego pytam? Czemu cały czas każesz mi o to nie pytać?

M.A.: Anka!

A.: To, że ty z nim zerwałaś, nie znaczy, że my nie mamy prawa do kontaktu z nim!

M.A.: Przestań!

Zapada cisza.

B.A.: Dobra, jeśli chcecie się dłużej żreć, to ja spadam. (wychodzi)

M.A.: Przepraszam cię za nią, ona nie chciała… (do Cioci)

A.(butnie): Skąd, powiedziałam to najzupełniej świadomie.

M.A.: Lepiej już sobie idź, wiesz? I najlepiej nie pokazuj mi się na oczy do jutra!

A.: W porządku, z przyjemnością. (demonstracyjnie wychodzi)

C.A.: To ja już lepiej pójdę… (również wychodzi)

M.A.: (zostaje sama, próbuje się uspokoić, a w końcu wybucha płaczem)

Kurtyna.



Scena VI

Taka sama scenografia, co w poprzedniej scenie. Przy stole siedzi Ania, robi coś na telefonie, nagle ktoś do niej dzwoni.

Ania (odbiera): No hej, co tam u ciebie?

Przyjaciółka Ani (wychodzi w innym miejscu, także trzyma telefon): Spoko, co u ciebie?

A.: Kiepsko. Wczoraj była draka na Wigilii…

P.A.: Serio, co ty gadasz…?

A.: Tak w zasadzie, to ja ją zaczęłam. Matka się wściekła i się nie odzywa, a mój brat jak zwykle poszedł palić z kolegami. Ogólnie, to nuda.

P.A.: Ja też się nudzę. U mnie matka się obraziła na ojca, bo się wczoraj spóźnił na kolację, więc też jest nieciekawie...

A.: Ej, możesz wyjść? Siedzenie pod jednym z moją matką jest potwornie męczące…

P.A.: Raczej tak, o ile ta tyranka znowu nie wymyśliła mi jakiegoś szlabanu. To co, za pół godziny na Słowackiego?

A.: Jasne, już się ubieram! (rozłącza się, wychodzi)

Kurtyna, ze sceny są usuwane wszelkie dekoracje.



Scena VII

Wychodzi Narrator.

Narrator: Jak już mówiłam, różnie to bywa z podejściem młodzieży do świąt Bożego Narodzenia. Różnie także bywa z podejściem dorosłych do owych świąt. Dla niektórych są to zwykłe dni, kojarzące się tylko i wyłącznie z natężeniem stresu i kłótni w domu, co jest, przynajmniej dla mnie, smutne. Naprawdę smutne. Czy naprawdę nie można chociaż przez jeden wieczór, jedną stosunkowo krótką kolację być miłym dla rodziny? Pomyślcie proszę, nim zasiądziecie do wigilijnego stołu, co jest dla was ważniejsze – prezenty czy pokój? Radość czy kłótnia? Ilość czy jakość? I co moim zdaniem najważniejsze – miłość czy postawienie na swoim?

Rozsuwa się kurtyna, na scenie stoją wszyscy aktorzy.

Narrator: Pomyślcie o tym, proszę. Zróbcie to dla nas.
Aktorzy kłaniają się.       

czwartek, 31 lipca 2014

"Księżniczka Wiatru" Rozdział IV

Przepraszam, że tyle musieliście czekać, ale chciałam wrzucić rozdział 4 jako całość... Mam nadzieję, że mimo wszystko lektura będzie dla Was przyjemna ;)



4.
         A wydawało się, że to będzie taki radosny dzień! Na norhethańskim dworze królewskim właśnie obchodzono trzecie urodziny Marysi, pałac był ozdobiony kwiatami, wstążkami i serpentynami, a sama jubilatka, pulchna, rumiana i roześmiana, siedziała w swej strojnej sukience w kolorze fuksji za stołem i z radością wpychała sobie do ust kolejne porcje tortu z kremem. W pewnym momencie Maria, nieco tylko ociężała, zaczęła z piskiem gonić o półtora roku starszą Helenę, a ich sześciomiesięczna siostrzyczka Antonina dopingowała im ze śmiechem z fotelika, przewracając błyszczącymi oczkami i przenosząc wzrok z jednej na drugą dziewczynkę. Wtedy to właśnie nad pałacem zawisło nieszczęście.
         Goniec, przybywszy na zamek, uwiązał swego konia w stajni i, uzyskując zezwolenie stróża, wkroczył do gmaszyska. Podążył korytarzem  dziwnym trafem akurat we właściwym kierunku, a po chwili dotarł do Różowej Jadalni znajdującej się w lewym skrzydle, gdzie odbywało się przyjęcie. Chłopak, przerywając królowej ulubioną czynność, jaką było obserwowanie córek, szepnął Katarzynie coś do ucha, a mina władczyni momentalnie zrzedła. Małgosia i Iris, siedzące cicho w kąciku i grzecznie jedzące ciasto, od razu to zauważyły. Ruda postanowiła przejąć inicjatywę i spytać się mamy, co ją tak strapiło.
         - Co się stało? – zapytała się dziewczynka, przytulając się bokiem do Katarzyny, która zdążyła już ukryć twarz w dłoniach.
         Kobieta, słysząc pytanie przybranej córki, szybko obtarła spływające po bladych policzkach łzy i spojrzała się na Gosię nagle zmęczonymi oczami.
         - Chcesz wiedzieć, co się stało? – zaczęła Katarzyna, jednak nie dała rady dokończyć – do jej oczu znowu napłynęły łzy. – Powiedz jej! – rzuciła gońcowi jękliwym tonem, nie kryjąc już płaczu.
         - Jego Wysokość król Nerwanii oraz Południowej Lerii Stanisław IV, Waszej Wysokości znany jako ojciec Jej Wysokości królowej Grodenii Katarzyny, zmarł wczorajszego ranka – oznajmił Małgosi młodzieniec, zgodnie z kodeksem dobrego gońca mówiąc głośno, wyraźnie i bez żadnych emocji w głosie.
         - Dziadek Stanisław! – jęknęła dziewczynka. Podczas swojego pobytu w Nerwanii przed pięcioma laty bardzo polubiła sympatycznego ojca Katarzyny, i jak się okazało, więź emocjonalna nie zanikła z biegiem czasu. Już po chwili zarówno matka, jak i córka płakały rzewnie, padając sobie w objęcia i dzieląc się swoją rozpaczą. Empatyczna Tosia też wkrótce zalała się łzami, choć nie miała zielonego pojęcia, o co chodzi. A Iris wciąż jadła ciasto.
         Helena i Maria zainteresowały się płaczącymi i na chwilkę przerwały hałaśliwą gonitwę po sali. Poprawiły rozczochrane włosy, wytrzepały sukienki z kurzu, a po chwili ustawiły się równym rządkiem i chórem spytały:
         - Co się stało, kochana mamusiu?
         Brak odpowiedzi. Królowa chyba nawet nie usłyszała pytania swoich córek, tak była zaabsorbowana płaczem. Goniec, który do tej pory nie wyszedł z sali, uznał za stosowne podzielić się z dziewczynkami informacją, z którą przybył na grodeński dwór.
         - Jego Wysokość król Nerwanii oraz Południowej Lerii… - zaczął.
         - Te, Hela, o co chodzi? – spytała się Marysia, która z dotychczas siedmiowyrazowej wypowiedzi gońca zrozumiała tylko słowa „król” i „oraz”.
         - Cicho bądź, bo nie słyszę! – zbyła Marię Helena, zirytowana.
         - … Stanisław IV, Waszym Wysokościom znany jako ojciec Jej Wysokości królowej Grodenii Katarzyny… - kontynuował młodzieniec, nie zwracając uwagi na rozmawiające królewny.
         - Ej, ale o co chodzi? Bo ja ciągle nie rozumiem! – wyżaliła się Marysia i zaczęła ciągnąć siostrę za rękaw niebieskiej sukienki. Helena, zezłoszczona, wyrwała tkaninę z dłoni Marii i po raz kolejny uciszyła małolatę.
- … zmarł wczorajszego ranka – skończył goniec.
- No, to powiesz mi w końcu, o co chodzi? – spytała się trzeci raz Marysia, a jej dziecięca twarzyczka wyrażała głębokie oburzenie zachowaniem siostry. Tymczasem goniec, który nie miał zielonego pojęcia, co ma ze sobą zrobić, chyłkiem opuścił salę.
- Nie rozumiesz? Tata naszej mamy zmarł, to znaczy nasz dziadek – wyłożyła siostrze Helena, która w przeciwieństwie do Marii przejawiała czasami śladowe ilości logicznego myślenia, inteligencji i umiejętności radzenia sobie z nieznajomymi wyrazami.
- A, o to chodziło! – pojęła wreszcie Marysia. – No bo on używał jakichś dziwnych słów, że ja nie wiedziałam! – jęła się usprawiedliwiać dziewczynka.
- Nieważne już – przerwała jej Hela i, korzystając z nieuwagi siostry, klepnęła ją w ramię. – Ty gonisz! – krzyknęła, a po chwili dziewczynki znów biegały po sali, piszcząc i obijając się o meble. 
 No bo dlaczego niby miałaby je obchodzić śmierć dziadka, którego nigdy na oczy nie widziały, ba! – o którym właśnie usłyszały pierwszy raz w życiu?
A Iris wciąż jadła ciasto.
***
Wkrótce zamek częściowo się wyludnił. Na pogrzeb nerwańskiego króla Stanisława pojechały najbardziej załamane Katarzyna i Małgosia z nagle zainteresowanymi podróżą Heleną i Marią oraz Antoniną, która nie miała żadnego wyjścia i musiała być cały czas przy matce, gdyż ta ostatnia nie lubiła i nie chciała się z nią rozdzielać. Dodatkowo żeńskiej gromadce towarzyszył pokaźny orszak służby, od najlichszych kuchcików przez szanowną guwernantkę królewien do najbardziej zaufanych władczyni dam dworu. Królowa bardzo chciała, by Bolesław również stawił się na pogrzebie swojego teścia, jednak monarcha był w owym czasie zajęty projektowaniem nowej ustawy; uwielbiał to robić i zawsze wkładał mnóstwo serca i uwagi w pisanie kolejnych punktów. Choć nikt nigdy tego na głos nie powiedział, wszyscy mieszkańcy miasta doskonale wiedzieli, że to z pewnością trudno tak skonstruować zdania, by doradcy przeglądający dokument przed daniem go do zatwierdzenia nie zorientowali się, że w gruncie rzeczy cel dekretu jest tylko jeden – podwyższenie wszystkich podatków, danin, myt, ceł i ogólnie wszystkiego, co sprawiało, że do królewskiego skarbca płynęły pieniądze. Władczyni, którą nudziły polityka i zarządzanie państwem i która nigdy nie wtrącała się w te sprawy, wzięła za dobrą monetę wymówki męża i pojechała bez niego. W domu została również Iris, która już od jakiegoś tygodnia miała katar sienny - Katarzyna uznała, że wiecznie smarkające dziecko nie będzie zbyt elegancko wyglądać na uroczystym pogrzebie i stypie, w dodatku brązowowłosa niezbyt dobrze się czuła.
Również profesor chciał się udać na pożegnanie swego imiennika, dawnego pracodawcy i przyjaciela, jednak i on musiał z tego zrezygnować – już od kilku miesięcy bolały go kości, a od około tygodnia dokuczać zaczęło mu też serce; Stanisław ledwo wstawał z łóżka bądź fotela, nie mógł nawet udzielać lekcji, a o kilkudniowym wyjeździe z długą uroczystością w planach nie było żadnej mowy.
Pałac stał się prawie całkowicie pusty. Z osób wyżej położonych w nadwornej hierarchii zostali król, profesor, Iris oraz Mirosława, dodatkowo od czasu do czasu ze swych kantorków wychodziło kilka pokojówek, które po wmieceniu części kurzu pod dywany i pościeleniu kilku łóżek z powrotem chowały się w kanciapach; stróż nie ruszał się ze swojego stanowiska przy wrotach, a kucharki i pomywaczki jak zwykle nie ruszały się z kuchni. Korytarze, i tak zresztą na co dzień pustawe, wyludniły się całkowicie, a w pałacu zapanowała martwa cisza – ucichło nawet echo dziecięcego śmiechu, który to dźwięk zdawał się nie nigdy nie ustawać od kilku dobrych lat (o Iris można by powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest hałaśliwym dzieckiem).
         Był właśnie jeden z tych nieznośnie nudnych dni, kiedy Stanisław ze złością pomyślał, że zaraz dostanie klaustrofobii od tego ciągłego a bezczynnego leżenia w średnio przestronnej komnacie. Niestety, o wstaniu z łóżka nie było mowy – gdy tylko profesor spróbował podnieść się i usiąść na brzegu posłania, poczuł tak rwący ból w nogach, że natychmiast opadł bezwładnie na poduszki, prawie płacząc z bezsilnej wściekłości. Obok łóżka zamontowany został sznurek, który po pociągnięciu wprawiał w ruch duży dzwonek. Stanisław już miał wezwać nim służbę, by chociaż ktoś poprawił mu kołdrę i podał książkę z półki, jednak po namyśle zrezygnował. Na pamięć znał już wszystkie pozycje w swojej biblioteczce i ponowne ich czytanie przywoływało tylko wspomnienia z czasów młodości profesora, a te z kolei sprawiały, że nauczyciel wpadał w wysoce melancholijny nastrój i ogarniała go uderzająca prosto w obolałe serce nostalgia.
         Stanisław miał już serdecznie dosyć bycia starym. Dopóki jego zdrowie się nie pogorszyło, wszystko było w porządku, ale potem? Ech, nie warto nawet o tym mówić. Profesor wręcz z pogardą myślał wtedy o tych wszystkich młodzikach i ludziach w średnim wieku, którzy głosili, że to dopiero po sześćdziesiątce człowiek staje się wartościowy i to właśnie staruszkowie powinni być dla wszystkich wzorem.
         - Na co niby przydają nam się te osławione doświadczenie i mądrość życiowa – gorzko kontynuował w myślach swój wywód profesor, którego sześćdziesiąta siódma wiosna właśnie minęła i który zaobserwował, że przez minione dwadzieścia lat nie stał się ani trochę mądrzejszy – skoro i tak choroba nie pozwala nam nawet na wstanie z przeklętego łóżka?! Do fizycznej pracy i kreatywności najlepsi są ludzie młodzi, do myślenia ci w średnim wieku, a ci starzy potrafią jedynie wpychać w swe bezzębne paszcze jakieś papki i być ciężarem dla bliskich!
         Takim mniej więcej torem biegły myśli pana profesora. A gdy tak człowiek leży i myśli, gapiąc się w sufit, nawet nie czuje, gdy morzy go sen. Stanisław również tego nie zauważył. W pewnym momencie po prostu zasnął, rozchylając lekko wargi, jak to miał w zwyczaju od najmłodszych lat.
***
         Iris zawsze lubiła położenie pokoju, który dzieliła z Małgosią, ale tamtego tygodnia aż zachłysnęła się jego cudowną odludnością i niesamowitym spokojem panującym w jego okolicach. Ostatni raz, gdy jakakolwiek pokojówka pojawiła się w promieniu kilkudziesięciu metrów, był jakieś trzy lata temu! A w tamte pięć czy sześć dni (szczęśliwi czasu nie liczą, a brązowowłosa była wtedy ewidentnie szczęśliwa) pod nieobecność Gosi królewna mogła całymi dniami przebywać w idealnej ciszy, nie ruszając się nawet z pokoju!
         Nie widywano wówczas szatynki na śniadaniach, obiadach bądź kolacjach, może dlatego zresztą, że pod nieobecność królowej nie było zorganizowanych posiłków jako takich. Jeszcze kilka dni temu dzwonek wzywający wszystkich spóźnialskich na poranny posiłek, bezlitosny w swej nieprzerwanej sumienności, umilkł, i tym samym pałac na te kilka dni stracił jedno z niewielu źródeł jakiegokolwiek hałasu, pogrążając się ostatecznie w martwej ciszy. A tak w sumie, dla kogo niby miałyby być te posiłki? Król jadł wtedy, gdy miał na to ochotę, przykutemu do łóżka profesorowi przynoszono coś co przegryzienia (choć raczej powinnam była powiedzieć: wepchnięcia łyżeczką w usta), a służba z Mirosławą na czele balowała w kuchni całymi dniami i zaprawdę dość była opita i obżarta, by zignorować fakt, że nadeszła pora, w której winno się jeść kolację. Iris jak zwykle nikogo nie obchodziła, zresztą i tak sama sobie poradziła z kwestią żywienia. Rankiem, gdy kucharki chrapały jeszcze w swych kanciapach, dziewczynka chyłkiem wchodziła do spiżarni, chwytała bochenek chleba, pęto kiełbasy i coś do picia, a potem wracała do swej komnaty i tyle ją za dnia widzieli. W zaciszu swojego pokoju dziewczynka bez reszty oddawała się lekturze, podjadając a to po okruszku chleba, a to po plasterku suchej czosnkowej, a potem popijając łyczkiem napoju (zwykle było to mleko, tylko to można było dostać o piątej rano w pałacowej spiżarce). Nawet katar, notabene wyjątkowo jak na katar dokuczliwy, aż tak jej wtedy nie przeszkadzał.
         Nad Norhethanem powoli, bo powoli, ale nieubłaganie dzień chylił się ku końcowi. Słońce zniżało się, przybliżając się do horyzontu, a niebo nabrało wspaniałych ciepłych barw. Iris skończyła właśnie arcyciekawą książkę, znalezioną w owej tajemniczej komnatce za małymi drzwiczkami. Dziewczynkę bardzo przekonała teoria autora na temat budowy Wszechświata, aczkolwiek różniła się ona od tego, czego uczono brązowowłosą; królewna postanowiła, że w najbliższej przyszłości porozmawia o tym z profesorem.
Gdybym powiedziała, że dziewczynka żałowała tego, iż lekcje zostały wstrzymane, skłamałabym, a raczej nie byłabym do końca precyzyjna – szatynka nie życzyła źle Stanisławowi i współczuła mu jego choroby, ale jednocześnie nie mogła przestać cieszyć się z powodu nagłego zyskania mnóstwa czasu wolnego. Podczas zajęć profesor skupiał się raczej na wykładaniu im nauk, które w ogóle nie pociągały Iris, na przykład historii czy językoznawstwa. Gdy nauczyciel mówił o bitwach sprzed kilku wieków, dziewięciolatka słuchała jednym uchem, znudzona.
- Co mnie to obchodzi, czy jakiś mój pra razy wstaw odpowiednią liczbę dziadek wygrał lub przegrał jakąś wojnę? – myślała wtedy ze złością i z pokpiwaniem patrzyła się na Stanisława, który wydawał jej się śmieszny ze swoim zafascynowaniem historią naiwną wiarą w to, że jego słuchaczki je podzielają.
Dziewczynka wstała z łóżka, w którym spędziła cały miniony dzień, i wyjrzała przez okno. Widząc, że wkrótce zajdzie słońce, szatynka chwyciła pusty dzbanek po mleku i wyszła z komnaty. Gdy już pozbyła się brudnego naczynia, przemykając niezauważenie koło chrapiącej twardo po popijawie służby, skierowała swe kroki do biblioteki. Tam z jak zawsze mocno bijącym z podniecenia sercem wkroczyła do ukrytego pomieszczenia i odłożyła przeczytaną książkę na półkę. Potem zaczęła szukać następnej lektury, czegoś, czego jeszcze nie znała, a to nie było takim łatwym zadaniem, biorąc pod uwagę fakt, że od tych kilku lat od okrycia drzwiczek Iris intensywnie zapoznawała się z kolejnymi pozycjami ze średnią prędkością jednej książki na dwa dni, a zasób nieprzeczytanych książek leżących na regale, malał w oczach w zastraszającym tempie, choć na początku wydawał się taki ogromny. Można by pomyśleć, że przecież dziewczynka miała też mnóstwo innych książek poza ukrytą komnatą, lecz zdecydowana większość z tych ostatnich była jakimiś nudnymi poematami bądź, o zgrozo, historycznymi dziełami, a tych królewna nie cierpiała z całego serca i unikała ich jak ognia. Zdecydowanie wolała wciągające pozycje o fizyce lub medycynie, a te stanowiły ponad połowę zbioru ukrytych książek. 
Na szczęście tym razem dziewczynka nie była jeszcze skazana na powieści i roczniki – znalazła w kącie regału jeden zapomniany wolumin, którego nie miała jeszcze przyjemności przeczytać. Iris mogła to stwierdzić, patrząc tylko na grzbiet publikacji i nie zerkając na okładkę, gdyż książka była obita charakterystyczną, zabarwioną na niebiesko skórę, wyróżniającą się wśród monotonnych brązów, czerni i szarości innych okładek. Kolor obicia nieco już wyblakł, a sama księga miała pożółkłe okładki i wyraźnie była nadgryziona zębem czasu. Dziewczynka zdjęła ją z półki, odruchowo zerknęła na okładkę i zamarła.
Już sam fakt, że tytuł był napisany w łacińskim alfabecie, nie zszokował dziewczynki - w skrytce znajdowała już całkowicie niemagiczne książki, na przykład wspomniane pozycje o fizyce, dziwne natomiast było to, JAK brzmiał tytuł napisany łacińskimi literami. A brzmiał on, słowo w słowo, „Stworzenia magiczne”. Iris przekartkowała książkę. Każda strona zapisana była od góry do dołu jak najbardziej ludzkim językiem, ba! - znalazłoby się też tam parę ładnych, ozdobnych, kolorowych ilustracji.
- Czarownice i czarodzieje to – czytała dziewczynka drżącym głosem – przeciwnie do naszych wyobrażeń bardzo do rodzaju ludzkiego podobne istoty. Wyglądem nie różnią się oni od nas wcale, acz istotną częścią ich ciał są oczy, które odpowiednio zabarwione informują…
A gdy tak czytała, przypominała sobie krzyki palonych przez Bolesława na stosie czarownic, kamienowanych przez pełnych uciechy mieszkańców. I salę tortur, położoną głęboko pod ziemią, pełną najrozmaitszych przyrządów, większości których zastosowanie stanowiło zagadkę dla dziewczynki, z których to lochów co jakiś czas dobiegały jęki i płacz rozrywanych na strzępy stworzeń. I jakoś nie potrafiła logicznie połączyć tych faktów. Królewna zerknęła jeszcze na miejsce napisania książki, które powinno się znajdować na stronie tytułowej każdej szanującej się publikacji.
Cera – tylko tyle było tam napisane. Nic dziewczynce nie mówiła ta nazwa.
- Gdybym tylko bardziej uważała na lekcjach geografii! – jęknęła dziewczynka. – W każdym razie – pomyślała – miasto Cera z pewnością nie znajduje się w Grodenii – tu przecież oprócz Norhethanu nie ma żadnego miasta, a na wsi nie byłoby przecież drukarni!
To ją trochę uspokoiło i też wyjaśniło wiele.
- W innych krajach mogą przecież lubić czarownice, prawda? – powiedziała sama do siebie, choć i tak cała ta sytuacja wydawała jej się dziwna, a książka – wysoce interesująca, nie omieszkała więc zabrać jej ze sobą, gdy wychodziła z ukrytej komnaty. Miała wrażenie, że ten wolumin będzie w jej życiu w jakiś sposób ważny, tyle tylko, że jej niespełna dziesięcioletnia osoba nie miała żadnego pojęcia, na czym ta ważność miałaby polegać.
Dziewczynka wyszła z biblioteki, pogrążona w rozmyślaniach, lecz nie przeszła nawet dziesięciu kroków, gdy nagle usłyszała dobiegający z jej prawej strony dziwnie bezpłciowy głos, mówiący:
- Witaj, księżniczko!
Iris odwróciła się, by zobaczyć, kto zadał też pytanie, a gdy go ujrzała, zamarła. Książka wysunęła jej się spod pachy i głośnym plaśnięciem uderzyła o kamienną posadzkę.
***
Jakiś hałas na korytarzu zbudził profesora, a ten, nagle wyrwany ze snu, po chwili zdezorientowania z niezadowoleniem stwierdził, że przez uchylone wargi wyciekło mu trochę śliny i znaczna część poduszki jest teraz mokra. Nauczyciel wytarł sobie dolną część twarzy chustką i jął ratować obślinioną poszewkę, lecz po chwili dał sobie z tym spokój.
         - Jak widać – profesor znów pogrążył się w czarnych myślach – zdziadziałem już całkowicie i nic nie jest w stanie tego zmienić…
         Nagle Stanisław zdał sobie z czegoś sprawę, a gdy to sobie uświadomił, mokra poduszka nie miała już dla niego żadnego znaczenia. Profesor poruszył powoli jedną nogą, potem drugą, a gdy to się stało, prawie podskoczył na łóżku z radości.
         - Hurra! Co za szczęście! – wykrzykiwał w myślach, a na jego twarz wstąpił błogi uśmiech. – Nogi w końcu przestały mnie boleć!
         Postanowił jednak nie dać się całkowicie zawładnąć emocjom.
         - Spokojnie, powolutku, bo jeszcze sobie coś nadwerężysz! – uspokajał sam siebie profesor, siadając na brzegu łóżka. Jednak zmiana pozycji na siedzącą wcale nie zadowoliła Stanisława, przeciwnie wręcz – była jedynie przekąską podsycającą i tak już ogromny apetyt.
         Nauczyciel chwycił drżącą z podniecenia dłonią drewnianą laskę i, na niej się opierając, powoli podniósł się na nogi. Kości cicho chrupnęły, dawno niewykorzystywane mięśnie potrzebowały chwilki na przyzwyczajenie się do nowej sytuacji, ale ogólnie profesor czuł się jak nowo narodzony. Stanisław nieco chybotliwym krokiem przemierzył pokój i usiadł na fotelu znajdującym się koło regału. Wyciągnął jedną z książek i otworzył ją na chybił-trafił. Nie przeczytał jednak więcej niż ze dwa akapity, gdy doszło do niego, że nie czerpie z tego żadnej przyjemności, a jedynie wchłania kolejne zdania, nie zwracając za bardzo uwagi na ich treść. Wtedy przyszła mu do głowy pewna szalona koncepcja. Nauczyciel nabrał wręcz dzikiej ochoty na wyjście z komnaty. Choć zdawał sobie sprawę, że to może się źle skończyć, że może zasłabnąć w trakcie spacerku albo, nie daj Boże, dostanie zawału, jednak bagatelizował te możliwości.
         - Ostatecznie – myślał Stanisław buntowniczo – żyje się tylko raz, a mnie niewiele czasu pozostało. Idę!
         I jak postanowił, tak zrobił. Chociaż potrzebował chwilki na poradzenie sobie z ciężkimi drzwiami, to gdy pokonał tą przeszkodę, wszystko zaczęło mu iść jak po maśle. Już po przejściu kilku kroków chód jego stał się płynniejszy i bardziej sprężysty, a po kolejnej chwili laska była dlań raczej niepotrzebnym akcesorium niż niezbędnym wsparciem. Radosny profesor podniósł głowę i, miast na swe cudem ozdrowiałe nogi, zaczął patrzeć przez siebie.
Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła mu się w oczy, była scena, której z początku nie rozumiał. To dziecko, Iris, stało przy oknie i rozmawiało z kimś, jednak nauczyciel nie mógł wcale dostrzec rozmówcy dziewczynki. Podszedł bliżej, zaintrygowany, a po chwili zamarł, zdumiony i przerażony.
Na wyciągniętym palcu wskazującym prawej dłoni brązowowłosej oparł swe nóżki wróbel. Ptak ćwierkał coś po swojemu, a szatynka, jakby go rozumiejąc, odpowiadała mu po ludzku, z tym tylko wyjątkiem, że w nieznanym, bardzo charakterystycznym w swym dziwacznym acz płynnym brzmieniu języku.
Tylko jedne skojarzenie przyszło profesorowi do głowy.
- Czarownica! – pomyślał z przestrachem. – Rozumie mowę zwierząt i mówi w tym szatańskim języku! Wiedźma! Po prostu wiedziałem, że coś jest z nią nie tak, że to dziecko jest jakieś niedobre, i proszę! – ciągnął swój wewnętrzny wywód nauczyciel.
- Co ty, dziecko, najlepszego wyprawiasz?! – huknął wreszcie Stanisław, zdradzając swoją obecność. Szatynka natychmiast odwróciła się w jego stronę, a wróbel, przestraszony, odfrunął.
Z szarych oczu dziewczynki bił niewypowiedziany strach. Choć nie wyglądały one jak należące do wcielenia czystego zła, profesor mało się tym przejmował, był zbyt oburzony.
- Czarownica! – rzucił obelgą Stanisław, a królewna jak oparzona rzuciła się do ucieczki. Profesor bez zastanowienia zaczął gonić dziewczynkę, całkowicie zapominając o tym, że jeszcze kilka godzin wcześniej czuł się prawie jak na łożu śmierci. Tymczasem dziecko zdążyło już dobiec do pobliskiej biblioteki; Stanisław dopadł drzwi komnaty chwilę później. Nauczyciel zdążył jeszcze dostrzec brązową głowę dziewczynki znikającą za rogiem, ale gdy skręcił tak jak Iris w lewo, natrafił na koniec korytarza zamknięty regałem. Nie było żadnej możliwości, żeby szatynka mogła stąd uciec, a przecież profesor dokładnie widział, jak królewna skręcała w tę stronę.
Wzburzenie profesora powoli ustępowało lękowi. Zdesperowany Stanisław przesunął nawet kilka książek na biblioteczce, by zobaczyć, co za nimi jest, ale zgodnie ze swoimi przewidywaniami nie znalazł tam niczego prócz drewnianej ścianki zamykającej regał. Robiąc to, czuł się głupio, bo przecież wiedział, że Iris nie schowałaby się między lub za woluminami.
- Diabelskie sztuczki! – krzyknął na odchodnym przerażony profesor i czym prędzej wybiegł z biblioteki.
Musiał komuś powiedzieć, co właśnie zobaczył, po prostu musiał. Niestety, jedynej po śmierci króla Nerwanii prawdziwie zaufanej mu osoby – Katarzyny – nie było obecnie w Grodenii, więc Stanisław skierował swe kroki do gabinetu osoby, której co prawda nie znał osobiście, ale która była blisko związana z jego byłą uczennicą.
- Ostatecznie – myślał nauczyciel, przemierzając szybkim krokiem kolejne metry korytarza – Kasia nie poślubiłaby gbura, chama lub prostaka, prawda?
Wreszcie Stanisław dotarł do komnaty zwanej Brzozowym Gabinetem, w której król spędzał od kilku dni większość czasu, zajęty pisaniem ustawy. Nauczyciel zapukał do drzwi, licząc na to, że władca jeszcze nie udał się na wieczerzę i nie doznał zawodu – po chwili usłyszał przeciągłe i pełne irytacji „Proszę!” dobiegające zza drzwi. Stanisław bez chwili zwłoki nacisnął klamkę, wkroczył do komnaty i ukłonił się zwyczajowo.
- Racz mi wybaczyć najście, Wasza Wysokość – zaczął grzecznie profesor – ale właśnie byłem świadkiem wielce dziwnego i niepokojącego zdarzenia i uznałem, że Wasza Wysokość jest najodpowiedniejszą osobą, by ją o tym poinformować.
- Doprawdy? – krzaczaste brwi Bolesława uniosły się o kilkanaście milimetrów. Król utracił już większość ze swej młodzieńczej urody – kiedyś dość przystojna, teraz twarz władcy była pokryta zmarszczkami powstałymi od ciągłych grymasów gniewu, otłuszczona i czerwona, a włosy, niegdyś bujne i ciemnobrązowe, teraz zaczynały już powoli siwieć i wypadać. Niezmienne pozostały jedynie przenikliwe szare oczy, właśnie skupione na profesorze. Nauczyciel był pewien, że identyczny kolor tęczówek widział już u kogoś, i to stosunkowo niedawno, jednak za nic nie potrafił sobie przypomnieć, u kogo, toteż przestał o tym myśleć i skupił się na tym, z czym przyszedł do monarchy.
- Widziałem Waszej Wysokości i Jej Wysokości królowej Katarzyny przybraną córkę, Iris, rozmawiającą z wróblem.
- Czyżby? – rzucił król ironicznie.
- Tak, o panie. Ptak mówił w swoim języku, a dziewczynka rozumiała go i odpowiadała mu po ludzku, tyle tylko, że nie był to język, w którym my rozmawiamy, o nie. To był TEN język, Wasza Wysokość. – rzekł profesor zniżając wyraźnie głos przy ostatnim zdaniu.
- Fielme? – władca wyprostował się, nagle zainteresowany.
- Tak, panie, to była ta diabelska mowa! – rzucił nauczyciel już prawie szeptem. – Zwróciłem jej uwagę, zdumiony, a ona wtedy uciekła do pobliskiej biblioteki. Ja, oczywiście, podążyłem za nią, ale zdążyłem tylko dostrzec, jak znika za rogiem, a później, gdy sam skręciłem w tamtą stronę, natrafiłem na korytarz zamknięty regałem, a po Iris nie było nawet śladu, zupełnie jakby rozpłynęła się w powietrzu… Jak dla mnie, Wasza Wysokość, jest to niepodważalny znak, że Iris jest czarownicą! – wyrzucił z siebie Stanisław i z bijącym sercem czekał na reakcję Bolesława.
Ten, ku jego zdumieniu, zdawał się nie być przerażony ani zdumiony, tylko raczej niezadowolony i jakby zdegustowany. Zapadła cisza. Profesor nagle poczuł się nieswojo, jakby znalazł się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie. Nagle poczuł przeszywający ból w sercu i trudem powstrzymał się od głośnego syknięcia. Nerwowo przełknął ślinę i wtedy właśnie przypomniał sobie, u kogo widział identyczny kolor oczu – u Iris. Nie zdążył jednak połączyć logicznie obu faktów, cała reszta zdarzyła się tak szybko.
W pewnym momencie na twarzy władcy ukazał się ironiczny półuśmiech, a zaraz po tym król wstał – nie, zerwał się na równe nogi, a następnie przeskoczył masywne brzozowe biurko z zaskakującą lekkością i znalazł się po stronie profesora, a cała ta akcja nie zajęła mu więcej niż dwie sekundy. Nauczyciel nie miał pojęcia, po co ten cały pośpiech i co władca zamierza zrobić, jednak gdy kątem oka dostrzegł błysk stalowej klingi, było już za późno – ostrze właśnie wbijało mu się w okolice jamy brzusznej, niszcząc po drodze kilka istotnych narządów wewnętrznych, powodując natychmiastowy krwotok i prawie równie natychmiastowy zgon.
- Szkoda – mówił sam do siebie Bolesław, ocierając zakrwawioną klingę o białą płócienną płachtę znalezioną gdzieś w kącie – wydawał się nawet poczciwy, ale cóż, zobaczył zbyt wiele. To wszystko oczywiście jej wina. – dorzucił ze stoickim spokojem.
Kiedy już schował czyściutki i błyszczący miecz do pochwy, z kieszeni kaftana wyciągnął drewniany gwizdek, nieco już podniszczony od prawie dwudziestoletniej eksploatacji. A gdy po kilku minutach przybyli chłopcy, Bolesław wręczył im brudną od krwi płachtę,  dla zasady wskazał zwłoki leżące na ziemi i rzekł:
- To, co zwykle, załatwcie też mały aranż pogrzebu – a następnie wyszedł z komnaty i skierował swe kroki do biblioteki.
***
Iris w ostatniej chwili pchnęła małe drzwiczki i najszybciej, jak potrafiła, wczołgała się do pomieszczenia, do krwi prawie obcierając sobie dłonie i kolana. Następnie na oślep zatrzasnęła drzwi, cofnęła się w głąb komnatki i z bijącym sercem czekała, starając się oddychać jak najciszej i modląc się, by nie zaczęło jej się lać z nosa   .
Po chwili usłyszała kroki po drugiej stronie drzwiczek. Wzdrygnęła się i cofnęła jeszcze kawałek, chowając się za regałem stojącym na środku pomieszczenia. Przerażona, zwinęła się w kłębek i schowała twarz w dłoniach, czekając na najgorsze. Ale ku jej zdziwieniu nic takiego się nie wydarzyło.
Osoba za drzwiami, jakby nie widząc wejścia do komnatki, miotała się pomiędzy regałami. Iris cichutko przyczołgała się do biblioteczki oddzielającej ukryte pomieszczenie od reszty księgozbioru. Regał ten nie miał żadnej ścianki kończącej półki albo oddzielającej obie strony biblioteczki; były to po prostu cztery kawałki drewna ułożone w prostopadłościan bez dwóch ścian bocznych poprzedzielany poziomo kilkoma deskami, tak że dziewczynka mogła zobaczyć, co jest po drugiej stronie, patrząc pomiędzy książkami.
Profesor zdawał się być przerażony. Rozglądał się na wszystkie strony, jakby bał się, że za chwilę coś spadnie na niego z sufitu. Nagle nauczyciel podbiegł do właściwego regału i, zanim królewna zdążyła cokolwiek zrobić, wsunął dłoń pomiędzy książki i zdecydowanym ruchem odgarnął kilka woluminów na jedną stronę, tworząc sporą szparę pomiędzy książkami akurat na wysokość twarzy szatynki. Iris automatycznie cofnęła się, jednak zdawała sobie sprawę, że już jest na to za późno – nawet ktoś tak mało spostrzegawczy jak profesor z pewnością dostrzegłby doskonale widoczną twarz dziewczynki w tak dużej dziurze pomiędzy książkami, tym bardziej, że na szparze właśnie nauczyciel miał skupiony wzrok.
Królewna czekała na okrzyk w stylu „Ha, mam cię!” czy „A, tu się schowałaś, mała diablico!”, ale nic takiego nie dobiegło z ust profesora. Zamiast tego Stanisław trzymał w szparze pomiędzy książkami dziwnie płasko rozłożoną dłoń, jakby oparł ją o jakąś niewidzialną ściankę kończącą regał od strony komnatki i Iris. Po chwili zwinął dłoń w pięść i postukał w ową niewidoczną ściankę. Rozległ się charakterystyczny dźwięk uderzania o cienką drewnianą deskę.
Profesor cofnął dłoń z miną, jakby dokładnie tego się spodziewał, jakby stukanie w niewidzialne ścianki było jego chlebem powszednim, a po chwili rozejrzał się jeszcze raz z przestrachem na wszystkie strony i krzyknął:
- Diabelskie sztuczki! – i wybiegł z biblioteki, pozwalając drzwiom głośno się za nim zatrzasnąć.
Zostawił Iris samą, skuloną, przestraszoną i zdumioną; Iris, która właśnie zrozumiała, dlaczego nikt jej nigdy nie powiedział o ukrytej komnatce i czemu za małymi drzwiczkami znajdują się książki takiej, a nie innej treści.

***
- Zostaw mnie! Puść! – wrzeszczała Iris, nagle złapana za ucho i część włosów tuż po wyjściu z biblioteki.
Bolesław nie miał w sumie pewności, że znajdzie tam swoją córkę – dobrze wiedział, jakie są zdolności niektórych czarownic, i że ta mała mogła odziedziczyć talent do teleportacji po swojej na nieszczęście ciągle nie świętej pamięci matce. Król Grodenii dawno już zauważył, że w zasadzie każde ze sworzeń magicznych specjalizuje się w jakiejś konkretnej dziedzinie – jedno wszystko podpala, drugie steruje wodą, a jeszcze inne gada z nietoperzami. Talenty ich jednak często się powtarzają, co sprawiałoby możliwość zdolności Iris do teleportacji całkiem prawdopodobną, lecz intuicja podpowiadała Bolesławowi, że jego najstarsza córka nie jest do tego zdolna, po prostu to czuł. Podświadomie wiedział, że dziewczynka ciągle jest w bibliotece, dlatego właśnie tam się udał. Jak się okazało, słusznie postąpił – trafił akurat na moment, gdy Iris bezgłośnie wymykała się z czytelni i miał idealne warunki do schwytania dziewczynki.
Królewna wiła się i darła, głównie z bólu i wściekłości. Krzyki i szarpanina jednak na nic się nie zdały – chwyt monarchy był wyjątkowo silny, a sam władca – odporny na tego rodzaju komunikaty. Rozwrzeszczana przechadzka nie trwała długo – już po przebyciu kilkunastu metrów Bolesław pchnął jakieś drzwi i wrzucił swą córkę do pustej jak większość pomieszczeń w zamku komnaty. W tym właśnie momencie dziewczynka wbiła swe w połowie jeszcze mleczne zęby w przegub monarchy. Króla wyprowadziło to nieco z równowagi.
- Słuchaj, gówniaro! – krzyknął, machnąwszy ręką tak, że Iris, jeszcze chwilę wcześniej uczepiona do niej zębami, odleciała na kilka metrów. – Jeszcze jeden taki występ jak ten z profesorem i będziesz mogła pożegnać się ze swoim niezasłużenie godnym życiem! Będę mieć w dupie więzy rodzinne i własnoręcznie wypruję ci flaki, a resztę spalę na stosie – będzie skwierczało aż miło!
- Co to ma wszystko znaczyć?! – odwrzasnęła Iris, rozczochrana i wściekła, jednak nie uzyskała odpowiedzi – Bolesław, powiedziawszy to, co miał do powiedzenia, wyszedł z komnaty, zatrzaskując za sobą drzwi i zamykając je na klucz.
- Wypuść mnie! – wrzasnęła dziewczynka, która niewiele myśląc rzuciła się do zamkniętego wyjścia – Masz mi wszystko wyjaśnić! – dodała, a każdemu jej słowu towarzyszyło huknięcie jej dłoni o solidne drewniane deski drzwi.
Przy ostatnim uderzeniu, notabene najmocniejszym ze wszystkich, rozległ się też inny dźwięk – tłuczonego szkła w głębi pokoju. Iris odwróciła się, zdziwiona – okazało się, że coś, najprawdopodobniej wiatr, wybiło szybę w jednym oknie od zewnątrz, tak że na podłodze walały się teraz odłamki szkła o różnych rozmiarach. Królewna podeszła do okna i przyjrzała mu się z bliska. W ramie zostało niewiele szkła – ostało się go tylko trochę w rogach i po bokach okiennicy, a że ta była dosyć duża, przez powstałą dziurę bez problemu mógłby przejść ktoś rozmiarów dziewczynki.
Nagle szatynka zauważyła wróbla, który przysiadł sobie na zewnętrznym parapecie okna, chyba tego samego, z którym dziewczynka rozmawiała niecałe pół godziny temu.
- Na co czekasz? – spytało się cierpko zwierzę swoim charakterystycznym, dziwnie bezpłciowym głosem.
Iris nie odpowiedziała. Podkasała natomiast lekko sukienkę, wdrapała się na parapet i, niewiele myśląc o tym, co robi, przeszła przez dziurę w szybie. Wróbel odleciał, robiąc jej miejsce, a dziewczynka oparła stopy na jakimś detalu architektonicznym, złapała się za jakiś inny detal i zaczęła się powoli wspinać. Łapała się za wystające kamienie, haki, daszki nad oknami, ogólnie za wszystko, co się do tego nadawało, tak samo było z opieraniem stóp. Wiatr wiał jej prosto w twarz, miała całkowicie podrapane dłonie, lało jej się z nosa, nie wspominając już o zalewającym ją pocie, ale i tak nie zawahała się ani na chwilę, tylko pięła się coraz to wyżej i wyżej, jakby pchała ją jakaś niewidzialna ręka, jak na jakiejś zabójczej ściance wspinaczkowej na placu zabaw.
W końcu jakoś wdrapała się na wielospadowy dach, sama nie wiedząc, jak tego dokonała. Trafiła na jakiś stosunkowo płaski kawałek powierzchni i zatrzymała się. Wiatr owionął ją całą. Stała tak, patrząc się na znikające za horyzontem słońce, oblewające pomarańczowym blaskiem ją, zamek i całą Gwiazdę, odwróciła się, popatrzyła na niedostępne wierzchołki gór pokryte świerkowym lasem i pomyślała, że życie jest piękne. Wicher jakby się wzmógł, ale dziewczynce wcale to nie przeszkadzało. Katar, męczący ją od tygodnia, jakimś magicznym sposobem znikł. Słuchała zawodzącego szumu wiatru i czuła się szczęśliwa. Wicher dął coraz mocniej i głośniej, a Iris nagle wszystko zrozumiała. Wiedziała już, co ma robić, a czego nie, rozwiązały się wszystkie jej dylematy i rozwiały wątpliwości, i mimo tego, że większość z tej prawdy nie zwiastowała wcale szczęścia i radości, królewna uśmiechnęła się. Jak pewnie zresztą każdy, kto poznaje swoje przeznaczenie – jej akurat powiedział o nim wiatr.