3.
Od czasu wesela Bolesława i
Katarzyny w Norhethanie na dobre zagościł wiatr. A dął on zawsze, w każdą porę
roku, w słońce, deszcz, grad, śnieg, deszcz ze śniegiem i w każdą inną możliwą
pogodę - niezależnie od niczego.
Dziwnym trafem, prawie zawsze wiał on w kierunku pałacu królewskiego, czasami
nawet wybijał szyby w oknach zamku. Dwór
jednak nie uważał tego za jakąś niepokojącą anomalię, co najwyżej za pechowe
zrządzenie losu. Mieszkańcy miasta, przyzwyczajeni do gorących letnich
miesięcy, chłodniejszych i nieco deszczowych jesiennych, odrobinę surowych i
śnieżnych zimowych i przepięknych, ciepłych wiosennych dni, z początku byli
wichrem zdziwieni, potem zaczął ich coraz bardziej irytować, aż w końcu
przestali na niego zwracać uwagę.
Lud wiedział o przybranych
dzieciach Katarzyny, które oficjalnie otrzymały tytuły królewien (choć jako
adoptowane według grodeńskiego prawa nie były następczyniami tronu, chyba że
król w testamencie jasno wyraziłby na to zgodę), jednak nikt z poddanych tak
naprawdę nie uznawał Iris i Małgorzaty za swoje władczynie. Norhethańczycy byli
wobec dziewczynek raczej niechętni, szczególnie ich rówieśnicy i rodzice tych ostatnich. Zazdrościli im tego, że one
mieszkają teraz w pałacu i żyją w luksusie, a oni, identycznego pochodzenia,
muszą ciężko pracować na swoje utrzymanie, dodatkowo jeszcze ciągle płacąc
coraz wyższe podatki i daniny. Gdy trzeba było, mieszczanie mówili do Iris i
Małgosi „Wasza Wysokość” lub ,,królewno”, jednak unikali tego typu sytuacji jak ognia.
Gdy po roku od zaślubin na świat przyszła pierwsza córka pary królewskiej,
którą ochrzczono jako Helenę, poddani ucieszyli się, gdyż w końcu mogli kogoś z
czystym sumieniem i bez niechęci tytułować królewną Grodenii, jednocześnie po
chichu wzdychając z ulgą, iż to nie jest chłopiec i istnieje jakaś szansa na
to, by ktoś z innej dynastii objął tron i uwolnił choćby w niewielkim stopniu
lud od podatkowego ucisku.
Mijały miesiące. Helenka rosła
zdrowo, bezspornie obejmując stanowisko dworskiego pieszczocha i promyczka
rozświetlającego ponure mroki szarej codzienności. Cała służba ją uwielbiała,
plus oczywiście matka dziewczynki (ojciec jakoś niespecjalnie lubić okazywać,
że kocha swoje dziecko), mimo tego, że królewną wcale łatwo się nie opiekowało.
Helena darła się potężnie, gdy coś jej nie odpowiadało, a gdy opanowała trudną
sztukę samodzielnego poruszania się na czterech, a później na dwóch nogach, do
rzeczy powodujących jej płacz dołączyły wszelkiego rodzaju kolizje, upadki i
niespodziewane kontakty z podłogą, a tego typu wypadki maluchowi wiecznie
poruszającemu się w zawrotnym tempie przytrafiały się średnio co pięć minut. W
tamtym czasie więc po pałacu echem roznosiły się Helenine krzyki, mimo
nieustannej opieki służby nad królewną.
Jednak nadszedł moment, w którym zainteresowanie
dworu przeniosło się na kogoś innego – a mianowicie na nowo narodzoną córkę
Katarzyny i Bolesława, Marię. Helenka, wówczas półtoraroczna, będąc wielce
oburzona utratą publiczności i zazdroszcząc siostrze uwagi i uwielbienia
służby, postanowiła zawalczyć o te rzeczy. Zaczęła regularnie biegać po pałacu,
drąc się niemiłosiernie, nie robiąc sobie nic z próśb i błagań pokojówek oraz
próbującej odpocząć po porodzie matki. Szczęśliwym trafem mała Marysia przez
prawie cały czas była pogrążona w głębokim śnie, z którego nic jej nie mogło
wybudzić – inaczej pewnie obudziłaby się przy pierwszym krzyku starszej siostry
i jęłaby donośnie płakać, gotując przez to prawdziwe piekło i tak już
wycieńczonej służbie.
Helenine manifestacje ustały w
końcu dzięki Bolesławowi, który to, mocno zirytowany, pewnego pięknego dnia
złapał swoją córkę na korytarzu podczas jednego z jej rozkrzyczanych rajdów po
pałacu. Nie wiadomo, co dokładnie zrobił król – czy na Helenę solidnie
nawrzeszczał, wlepił jej kilka ojcowskich klapsów czy też może skarcił ją w
jakiś inny sposób, znany natomiast jest skutek tej kary - królewna siedziała
potem bite dwa tygodnie w swoim pokoju, grzeczniutka jak nigdy, uprzejma nawet
dla jeszcze niedawno znienawidzonych służących. Od tamtego czasu dziewczynka
patrzyła się na swojego ojca z nieukrywanym respektem. W zamku zapanował
względny spokój.
***
Było już grubo po północy, lecz
Lilii wcale to nie przeszkadzało. Już dawno nauczyła się doceniać noc. Było też
dość chłodno, jednak czarownica i do tego przywykła. Zresztą, późna jesień
nigdy nie rozpieszczała Grodeńczyków wysoką temperaturą i słoneczną pogodą.
Przez cały czas wędrówki kobieta była owiewana przez porywisty, pachnący
deszczem wiatr. Ruch powietrza, dmący prosto w jej plecy, pchał ją w stronę
miasta, jednak i bez nadającego kierunek ruchu wiatru Lilia bezwiednie by tam
zmierzała.
Ciągnęło ją tam co rok, w każdą
rocznicę tamtej nocy. Czuła się trochę nieswojo, zostawiając swoje dziecko samo
w domu, w dodatku w jego własne urodziny, jednak nie mogła już dłużej ignorować
swojego instynktu, pchającego ją prosto do Norhethanu. Tym bardziej, że w
zeszłym roku kobieta nie mogła się tam udać z powodu ślubu swojego (no cóż –
pomyślała Lilia –żaden sakrament nie został unieważniony, ale biorąc pod uwagę obecny stan rzeczy trzeba go
już raczej uznać za byłego) męża i związanego z tym wydarzeniem ogólnego
zamieszania w mieście. Ulice były wtedy stale patrolowane przez wielu
strażników i było zbyt duże ryzyko zauważenia przez nich czarownicy oraz
pojmania jej. Prawdę mówiąc, Lilia miała w głębokim poważaniu to, że jej
małżonek właśnie ożenił się po raz drugi (w życiu nie wróciłaby do tego
człowieka po tym, jak ją potraktował pięć lat temu, nawet gdyby błagał o jej
powrót na klęczkach), bardziej interesowała się jego nową wybranką. Miała
naprawdę szczerą nadzieję, że nie jest ona jakimkolwiek stworzeniem magicznym i
Bolesław nie postąpi z nią tak, jak ze swoją pierwszą współmałżonką.
Tymczasem kobieta doszła już prawie
do południowej bramy miasta. Bezszelestnie podbiegła do wrót i spojrzeniem
oceniła sytuację. Wszystko wskazywało na to, że teren jest czysty. Nigdzie nie
widziała ani jednego stróża (leniwe bydlaki – odezwał się jej dawny, królewski
sposób myślenia – za co im płacą?). Lilia ostrożnie weszła do Norhethanu, a
następnie najszybciej jak się da pokłusowała w stronę znajomej bocznej uliczki.
Gdy już w nią wkroczyła, poczuła się bezpiecznie – nigdzie nie było żadnego
okna ani ogródka, z którego ktoś mógłby ją zobaczyć. Rozluźniła się i
uśmiechnęła.
To był jej coroczny rytuał –
każdego listopada przychodziła popatrzeć na Iris. Tak jak kochająca matka przez
pójściem spać idzie zajrzeć do pokoju swojego dziecka i obserwuje przez chwilę
jego sen, tak ona co roku przychodziła, by zobaczyć swoją pozostawioną u
Katarzyny starszą córeczkę. Lilia widziała, jak z roku na rok Iris rośnie
zdrowo i coraz mniej przypomina słabą i chorowitą siebie z okresu tuż po
narodzinach. Kobieta w głębi duszy czuła, że nadszedł już czas, by dziecko
wróciło do swojej biologicznej matki. Zastanawiała się, jak to wszystko wyjaśni
obu swoim córkom (nie mówiła Terwinii nic o jej siostrze, słusznie przewidując,
że tak mała dziewczynka nie zrozumiałaby, dlaczego mama zostawiła Iris u
jakiejś pani). Po cichu liczyła na pomoc swojej nieocenionej przyjaciółki w tej
sprawie.
Nagle niepokój wyrwał Lilię z
rozmyślań. Gdy patrzyła z daleka na dom Katarzyny, kobiecie zdawało się, że coś
jest z nim nie tak. Przyśpieszyła kroki, od razu kierując się w stronę okna w
pokoju Iris. Było zabite deskami. Tak samo okno obok, i wszystkie w całym domu.
Zszokowana i prawie nieprzytomna ze
strachu, czarownica pobiegła do frontowych drzwi. Żółta pieczęć. Rozpoznała
system oznakowania domów, który sama wymyśliła w trakcie swojego panowania.
Kolor żółty oznaczał śmierć właściciela we wnętrzu budynku z powodu choroby
zakaźnej. W przypadku tego typu wypadków i braku zgłoszenia się pełnoletniego
członka rodziny zmarłego do urzędu domostwo trafiało w ręce władz miasta i
najczęściej było zabijane deskami, gdyż nikt nie chciałby kupić takiego
budynku.
Pod Lilią ugięły się kolana.
Sytuacja po prostu ją przerosła. Z trudem powstrzymała się od wrzaśnięcia na
cały głos imienia swojego zaginionego dziecka. W głowie kobiety kłębiło się
mnóstwo pytań oraz wyrzutów w stylu „Po co ją w ogóle u niej zostawiałaś,
idiotko?!”, czarownicza czuła też ogromny żal po stracie swojej jedynej
prawdziwej przyjaciółki. Wśród kompletnego chaosu w jej obolałym łbie pojawiła
się też jednak jedna bardzo konkretna myśl, którą Lilia wypowiedziała, wolno
cedząc słowa przez zaciśnięte wargi:
- Znajdę moje dziecko, choćbym
miała przy tym zginąć!
***
Małgosia głośno chrapnęła w łóżku
obok i właśnie to obudziło Iris. Dziewczynka otworzyła i przetarła oczy. Mogło
być około szóstej rano. Zwykle królewna budziła się trochę później, ale
ponieważ już się wybudziła, postanowiła wstać z łóżka. Przez chwilę dziewczynka
chciała wyrwać z objęć Morfeusza także i swoją siostrę, by mieć kompana do
zabawy, jednak w końcu postanowiła, że da uwielbiającej spać Gosi wykonywać
swoją ulubioną czynność jeszcze przez kilka godzin. Iris ubrała się i uczesała,
następnie wyszła z komnaty na jak zwykle ciemny korytarz.
O tej porze zamek był jeszcze uśpiony.
Służba zazwyczaj zaczynała pracę około siódmej, nawet hiperaktywna Helenka nie
zdążyła jeszcze wstać. Iris zaczęła spokojnie spacerować korytarzem. Znała już
pałac jak własną kieszeń i potrafiła się po nim poruszać, nie gubiąc się,
niezależnie od tego, czy było ciemno, czy jasno. A przez zdecydowanie większą
część czasu zamek był pogrążony w ciemnościach.
Siedmiolatka łaziła po pałacu, gdyż
po prostu nie miała co robić w swoim pokoju. Wszystkie zabawki jej i Małgosi
zostały w dawnym domu Elżbiety, a Katarzyna od czasu ślubu nie miała za bardzo
czasu na zainteresowanie się tym i zakupieniem nowych – najpierw z powodu
ciąży, później narodzin Helenki… Zwłaszcza że dziewczynki nic jej o tym nie
mówiły, bo jak zwykle nie chciały się narzucać. Radziły sobie same. Po
zamieszkaniu w grodeńskim pałacu Gosia odkryła swoją pasję, czyli sprzątanie i
pomaganie w kuchni. Podczas gdy dawniej ruda była nieco niezdarna, okazało się,
że w wykonywaniu tych czynności jest wyjątkowo dokładna i zręczna. Zresztą, Iris
ogólnie się zdawało, że jej starsza o kilka tygodni przybrana siostra wyrasta
już ze swojej dziecięcej fajtłapowatości. Największym przełomem było, gdy
pewnego dnia Małgorzata, jeszcze nieświadoma nowo nabytej umiejętności,
zupełnie poprawnie wymówiła swoje imię, a także wszystkie wyrazy z wcześniej
dla niej niemożliwą do wypowiedzenia głoską „r”.
Służba była z początku zdumiona
kilkuletnią królewną latającą po zamku z miotełką i pomagająca zwykłym
kucharkom w kuchni. Z biegiem czasu jednak przyzwyczaili się do jej obecności,
aż w końcu przestali ją nawet traktować jak kogoś wyższego pochodzenia, kim
zresztą wcale nie była i nie chciała być.
Iris natomiast nie zmieniła się
zbytnio. Wyzbyła się wszystkich typowo dziecięcych cech jeszcze w czasach, gdy
mieszkała u Elżbiety, więc nie miała już z czego wyrastać. Niestety, nie
podzielała nowego hobby siostry i siedząc bezczynnie w pokoju skazywała się na
wieczną nudę. Postanowiła więc wziąć sprawy w swojej ręce i wzorem Małgosi
znaleźć sobie jakieś zajęcie. Z resztek sukienkowych tkanin i odrobiny pierza z
poduszki zrobiła sobie szmacianą lalkę, jednak zabawy nią szybko jej się
znudziły, zwłaszcza że kukiełka była nieco pokraczna (dziewczynka nigdy nie
miała talentu do prac ręcznych). Iris wydawało się, że już nie ma żadnej
nadziei na znalezienie jakiegoś ciekawego zajęcia, gdy nagle, nie dalej jak
przed tygodniem, królewna odkryła miejsce, które zapewniało zajęcie przez cały
dzień, a w dodatku było prawie całkowicie niemożliwe do wyczerpania; zaletę
stanowiło też to, że Bolesław nie zaglądał tam od jakichś piętnastu lat.
Właśnie tam brązowowłosa zmierzała o szóstej rano korytarzem uśpionego zamku.
Dziewczynka pchnęła ciężkie
drewniane drzwi i weszła do ciemnej komnaty pachnącej kurzem i starością. Iris
z uśmiechem podeszła do najbliższego regału i wyciągnęła znajomy wolumin. Była
to pierwsza książka z tego pomieszczenia, jaką zaczęła czytać, a w bibliotece
były ich dziesiątki, może nawet setki tysięcy. Królewna nie zdążyła jeszcze
wyeksplorować całego ogromnego pomieszczenia, poprzedzielanego dziesiątkami
regałów wypełnionych od góry do dołu księgami i, szczerze mówiąc, nie miała na
to na razie ochoty. Nigdy w życiu nie widziała tylu książek w jednym miejscu, a
i tak miała świadomość, że jest ich o wiele więcej, niż jej się wydaje na
pierwszy rzut oka. Elżbieta miała ich w domu tylko kilka, i to właśnie z nich
Iris nauczyła się czytać.
Królewna wyciągnęła z ukrycia
świecę, jedną z tych przyniesionych przez nią wcześniej, tuż po tym, jak
odkryła bibliotekę. Zapaliła ją od świeczki płonącej na korytarzu – sama trochę
się bała korzystać z krzesiwa. Usiadła na podłodze, położyła źródło światła na
metalowej podstawce leżącej na ziemi i otworzyła książkę. Było to jakieś
botaniczne dzieło, składało się głównie z rycin roślin i opisów ze
skomplikowanymi pojęciami. Iris niewiele rozumiała z treści księgi, ale i tak z
fascynacją czytała ją od tygodnia.
Po jakimś czasie dziewczynka
dotarła do opisu pewnej rośliny, wyglądającej trochę tak, jak gdyby ktoś w
grubą zieloną łodygę powbijał mnóstwo szpilek z okrągłymi łebkami. Przeczytała
już prawie sto stron księgi i zaczynała wgłębiać się w kolejną pokrytą tekstem
kartę, gdy nagle usłyszała jakiś hałas i śmiech dziecka dobiegający z oddali.
Żołądek jej podpowiedział, że już musi być koło ósmej i nadeszła pora na
śniadanie. Iris wstała i właśnie miała zgasić płomień świecy, kiedy nagle jakiś
impuls sprawił, że odwróciła głowę w lewo. Pchana intuicją, królewna poszła w
tamtą stronę. W pewnym momencie zauważyła coś, czego wcześniej nie widziała, co
było dziwne, bo dziewczynka już była w tej części biblioteki. Rzeczą, która
zwróciła jej uwagę, były małe, drewniane drzwiczki o wysokości mniej więcej
osiemdziesięciu centymetrów i szerokości pół metra, zamontowane w samym centrum
jednego z regałów. Iris, niewiele myśląc, klęknęła i dotknęła ciemnego drewna. Było
zadziwiająco gładkie i jakby nierealne. Gdy dziewczynka nacisnęła klamkę, drzwi
otworzyły się bez najcichszego nawet skrzypnięcia. Trochę starszą osobę mogłoby
to zaniepokoić, jednak królewna nie przejmowała się takimi szczegółami i bez
wahania przeszła przez otwór w regale.
Znalazła się na kawałku podłogi o
powierzchni około czterech metrów kwadratowych, oddzielonym ze wszystkich stron
regałami. W centrum pokoiku stała pojedyncza biblioteczka, niższa i węższa od
reszty regałów, w całości wypełniona książkami. Iris wyciągnęła pierwszą z
brzegu i otworzyła ją na stronie tytułowej. Słowa, które tam widniały, nie były
zapisane łacińskimi literami, ani też w żadnym innym ludzkim alfabecie. Mimo
tego dziewczynka potrafiła je odczytać.
- Ramintnijas id Seme… Semecotes –
przeczytała królewna, wahając się nieco. Pismo wyblakło i brakowało niektórych
części znaków, dlatego odczytanie go było nieco trudnym zadaniem.
Znaczenie oraz wymowa zapisanych
słów, ku jej zdziwieniu, po prostu znajdowały się w jej głowie. Iris nigdy w
życiu nie słyszała nikogo mówiącego w tym języku, a potrafiła go poprawnie
odczytać i zrozumieć. Trochę dziwnie się czuła, gdy jak zza mgły zapomnienia
wracała do niej wiedza, której nabycia wcale nie pamiętała, a nawet nie była
tej umiejętności wcale świadoma.
- Czarownice i … - królewna
doskonale wiedziała, co znaczą dwa pierwsze słowa, ale niezbyt rozumiała
trzecie. Podświadomie czuła, że chyba nie znalazłaby odpowiednika tego wyrazu w
żadnym z ludzkich języków. Dziewczynka przewróciła więc kartkę, by na podstawie
treści wywnioskować, co znaczy tajemnicze trzecie słowo.
- Ramintnijas – przeczytała
nagłówek. Następnie przez kilkanaście stron ciągnął się opis czarownic, ich
wyglądu, zwyczajów, cech charakterystycznych i innych szczegółów, które w
tamtej chwili mało interesowało królewnę. Iris szybko przewertowała księgę w
poszukiwaniu innych nazw.
- Semnrijas – odczytywała
znalezione nagłówki. – Merdates, Laves, Collandros…
Wtem usłyszała dźwięk dzwonu.
Początkowo nie zwróciła na niego uwagi, jednak gdy już przebrzmiał, jego
znaczenie prawie sparaliżowało dziewczynkę. Był to sygnał, który oznaczał, że
wszyscy domownicy z rodziny królewskiej (poza królem, który wstawał, kiedy mu
się to żywnie podobało) mają się natychmiastowo stawić na śniadaniu, jeśli
jeszcze tego nie zrobili. Królewna już kiedyś raz spóźniła się na poranny
posiłek i dobrze wiedziała, że Katarzynie w takich sytuacjach daleko do
codziennej łagodności.
Iris szybko odłożyła książkę na
miejsce, opuściła ukryte za drzwiczkami pomieszczenie i wybiegła z biblioteki,
a zaraz po tym wpadła na Małgosię, która właśnie chciała wejść do komnaty.
- No, przynajmniej tyle, że nie
muszę cię stamtąd siłą wyciągać! – zaczęła Gosia, wzburzona. – Ileż można w
tych książkach siedzieć?! Katarzyna mnie po ciebie wysłała, jest naprawdę
wściekła! – zaczęły iść korytarzem. – Będziesz mieć przechlapane!
- Poczekaj na mnie chwilę –
poprosiła brązowowłosa, odwróciła się i zaczęła biec. Małgorzata coś do niej
krzyknęła, ale ona już nie słyszała – była już prawie w bibliotece.
Już po przebyciu kilku kroków Iris
doznała bardzo silnego przeczucia, że powinna wziąć ze sobą książkę o
czarownicach, bo później nie będzie mieć do niej dostępu. Nie miała pojęcia,
dlaczego niby tak miałoby się stać, ale mimo wszystko postanowiła zawrócić.
Dziewczynka piorunem dopadła dziwnych drewnianych drzwiczek i chwyciła znajomy
wolumin, następnie zatrzymała się, odkrywając słaby punkt swojego planu – a
mianowicie nie miała gdzie schować książki. Choć księga nie miała zbyt wielu
stron, to była oprawiona w skórę i ozdobiona metalowymi ozdobami, co czyniło ją
naprawdę ciężką. Biblioteka nie wchodziła w grę (to właśnie do niej według
intuicji Iris dziewczynka miała później nie mieć dostępu), pobliskie
pomieszczenia były jej bliżej nieznane, a do pokoju dziewczynek było dosyć
daleko. Królewna stała więc, będąc w kropce, i nie miała zielonego pojęcia, co
robić, gdy nagle kątem oka wychwyciła lśnienie żelaznej kołatki. Brązowowłosa w
mgnieniu oka klęknęła i pociągnęła za metalowe kółko, a po chwili uśmiechnęła
się na widok kwadratowego tunelu z drabiną wiodącą w dół. Wnęka w kamieniu
znajdowała się dosłownie pół metra poniżej klapy. Iris z ulgą włożyła tam
księgę, a potem jak najszybciej zatrzasnęła właz i wybiegła z biblioteki, by
dołączyć do naprawdę zdenerwowanej siostry i jak najmniej spóźnić się na
posiłek.
Jak się później okazało, intuicja
wcale nie zwiodła dziewczynki na manowce i po raz kolejny udowodniła swoją
niezawodność. Gdy Małgosia i Iris przyszły w końcu na śniadanie, Katarzyna
spojrzała się gniewnie na brązowowłosą, ale nie odezwała się ani słowem. Dziwne
było to, że została z przybranymi córkami, podczas gdy zwykle opuszczała je na
czas posiłku, a gdy z talerzy zniknęło już jedzenie, królowa wstała i
powiedziała dziewczynkom, żeby za nią poszły. Gosia i Iris podążyły za nią,
zaintrygowane i trochę przerażone, zwłaszcza ta druga zaczęła wymyślać
najczarniejsze scenariusze dotyczące potencjalnej kary za spóźnienie.
Małgorzata właśnie miała obiecać brązowowłosej rychłe spranie za spowodowanie
tej sytuacji, kiedy nagle Katarzyna zatrzymała się i otworzyła drzwi prowadzące
do komnaty, którą obie dziewczynki nazywały drzewną, przez znajdujące się w
niej ogromne drzewo genealogiczne panującej dynastii, pokrywające w całości
jedną ze ścian.
Pokój był w pełni urządzony, co
zdziwiło królewny, gdyż wcześniej, nie licząc fresku i dawno nierozpalanego kominka,
komnata świeciła pustkami. W tamtym momencie natomiast stało tam kilka
biblioteczek pełnych książek, o ścianę w kącie opierały się mapy zwinięte w
rulon, w kominku wesoło buzował ogień, a w centrum pomieszczenia znajdował się
duży, sosnowy stół, a przy nim cztery krzesła. Na jednym z nich siedział
sympatycznie wyglądający staruszek, o bujnej, zadbanej, siwej czuprynie,
takiejż brodzie oraz wąsach. Mężczyzna był pogrążony w lekturze, lecz gdy
usłyszał dźwięk otwieranych drzwi, podniósł wzrok i uśmiechnął się.
- Witaj, Kasiu! – pozdrowił królową
ciepłym, nieco zachrypniętym głosem.
- Dzień dobry, panie profesorze! –
odpowiedziała mu Katarzyna i uścisnęła go serdecznie. – Dziewczynki, to jest
Stanisław, profesor, który uczył mnie przez całe moje dzieciństwo. Całą moją
obecną wiedzę zawdzięczam naukom pana profesora!
-
Oj, Kasiu, nie przesadzaj, ja tylko przeczytałem ci kilka książek i pomogłem odrobinkę!
– Stanisław najwyraźniej nie przepadał za pochwałami i próbował delikatnie
sprostować słowa swojej uczennicy.
- Ale to wszystko prawda! –
przysięgła królowa, zaaferowana. – A zresztą, mniejsza, przejdźmy do rzeczy! –
chrząknęła. - A więc teraz, gdy
jesteście już starsze, pomyślałam, iż dobrze by było, żebyście i wy nauczyły
się tego i owego, a że nasz kochany pan profesor obecnie nie ma pracy w
Nerwanii, zgodził się na przybycie tutaj i na udzielanie wam regularnych
lekcji! No, to co wy na to? – zakończyła swój wywód Katarzyna. Była wyraźnie
podekscytowana.
Przez chwilę panowała cisza.
Siostry spojrzały na siebie, a po chwili z powrotem zwróciły wzrok w stronę
władczyni.
- To znaczy, że od teraz będziemy
się uczyć? – spytała się Małgosia. Niepokój związany z karą dawno jej już
przeszedł, ale to wcale nie znaczy, że była spokojna.
- Tak, codziennie po kilka godzin z
przerwą na obiad.
- A jak długo będziemy mieć te
lekcje, to znaczy kiedy się skończą? – zapytała Gosia, coraz to bardziej
nieswoim głosem.
- Skończą? – Katarzyna była
zaskoczona. – Ależ Małgosiu, będziecie się uczyć, dopóki nie wyjdziecie za mąż
albo nie uzyskacie pełnoletności, lub też gdy uznamy, że wiecie już
wystarczająco dużo! Chyba nie myślałaś, że będzie to trwało tylko kilka
miesięcy? – obruszyła się.
- O ile dobrze pamiętam, Kasiu,
ciebie uczyłem przez niecałe jedenaście lat… - wtrącił profesor.
- Racja! – potwierdziła królowa.
Małgosia była zrozpaczona. W
myślach już na zawsze żegnała się z ukochaną miotełką do kurzu, ścierką i
wszystkimi przyjaciółmi ze służby. Dziewczynka mimo woli wygięła usta w
podkówkę i oparła się o ścianę. Tylko szacunek do starszej i wciąż jeszcze obcej
osoby, jaką był profesor, powstrzymywał ją od płaczu.
Iris natomiast miała do sytuacji
stosunek neutralny. Z jednej strony ciekawiły ją te wszystkie rzeczy, których
miała się na lekcjach nauczyć i cieszyła się, że w końcu będzie się miała kogo
zapytać o niezrozumiałe dla niej pojęcia z botanicznej książki, a jednocześnie
ciągnęło jej do ukrytej komnaty w bibliotece oraz dziwnie znajomego języka i
wolałaby przeznaczyć swój czas na zgłębianie się w tamtejsze księgi. Nie była
więc do końca pewna, czy się cieszyć z powodu rozpoczęcia nauki, czy też może
smucić, toteż postanowiła, że zobaczy, jak lekcja wygląda i dopiero wtedy wyda
swój osąd na ten temat.
Katarzyna, widząc wyraźnie
niezadowoloną z tego obrotu sprawy Małgosię i niezdecydowaną Iris, nieco się
rozczarowała. Sądziła, że dziewczynki z większym entuzjazmem podejdą do nauki.
Już bez ekscytacji spojrzała się na nie odrobinę chłodniej i rzuciła
profesorowi przepraszające spojrzenie. On jednak nie zraził się – jednym ruchem
dłoni przekazał swojej byłej uczennicy, że wszystko jest w porządku i dalej już
sobie sam poradzi. Trochę tym pocieszona, królowa rzuciła na odchodnym:
- Pierwsza część lekcji skończy się
w południe, wtedy będziecie mogły wrócić do swojego pokoju, o pierwszej stawcie
się na obiedzie, a o drugiej macie tutaj przyjść i do siódmej będziecie miały
lekcję, zrozumiałyście? – i na twierdzący komunikat ze strony dziewczynek
Katarzyna wyszła z komnaty.
Gdy tylko zatrzasnęły się za nią
drzwi, Stanisław zaprosił dziewczynki do stołu. Iris wykonała polecenie, jednak
Małgosia ciągle tkwiła w tym samym miejscu, patrząc się w sufit nieobecnym
wzrokiem. Profesor z olimpijskim spokojem podszedł do dziewczynki i zagadnął:
- Ciągle jeszcze pamiętam, jak
kilkanaście lat temu jedna z moich uczennic też była tak zrozpaczona, gdy
zaczynaliśmy naukę. Tyle tylko, że ona zachowywała się bardziej
ekstrawertycznie – płakała, krzyczała, nawet nie chciała wejść do sali! Niezbyt
grzecznie, prawda?
- Niezbyt – powtórzyła ruda
beznamiętnie.
- A wiesz, jak tamta dziewczynka
miała na imię? – ciągnął profesor. – Katarzyna.
Zadziałało. Gosia oderwała wzrok od
sufitu i spojrzała się na staruszka zdziwiona.
- Ta Katarzyna? – upewniła się.
Nauczyciel skinął głową. – Ale przecież ona jest taka opanowana, nigdy by nawet
nie podniosła głosu!
- Jak widać, pozory mylą –
uśmiechnął się do Małgosi profesor. – Twoja mama była kiedyś prawdziwym łobuzem
i będąc w waszym wieku również wolała zajmować się czymś innym niż nauką!
Iris przyszło na myśl, że przecież
trzy lata temu Katarzyna opowiadała jej i Gosi o swoim dzieciństwie, które
istotnie było przepełnione psotami i zabawami. Dziwiło ją trochę, że Małgorzata
tego nie pamięta, ale postanowiła nie wtrącać się do rozmowy.
Rudowłosa przez chwilę stała,
niezdecydowana, jednak po chwili nowo nabyte zaufanie do nauczyciela wzięło
górę. Już bez większych uprzedzeń usiadła na krześle obok siostry, a Stanisław,
zadowolony z sukcesu wychowawczego, mógł spokojnie rozpocząć swoją pierwszą
lekcję. Ku rozczarowaniu Iris, profesor zaczął od alfabetu – rzeczy dla niej
tak banalnej, że brązowowłosa wręcz czuła się jak ktoś pięć razy głupszy, musząc
wielokrotnie zapisywać kolejne litery w równych rządkach. Dziewczynka notowała
znaki, znudzona, kiedy nagle dostrzegła coś, co zdumiało ją w takim stopniu, że
aż przerwała pracę.
- Ty nie umiesz? – spytała się,
widząc rządki nierównych i miejscami niepoprawnie zapisanych liter na kartce
siostry.
- Yhm… Nie? Skąd niby? – Małgosia
spojrzała się na siostrę, zaskoczona.
- Przecież Elżbieta nas tego
uczyła, nie pamiętasz? – drążyła temat brązowowłosa.
- Nie, Iris, mama nas nie uczyła
alfabetu, coś ci się pomieszało.
- To w takim razie skąd ja go znam?
Zapanowała cisza. Iris patrzyła się
na siostrę ze zdziwieniem. Pamiętała doskonale momenty, w których Elżbieta
dawała im obu po książce i razem czytały. Pisały też do siebie liściki, wtedy
Małgorzata nie miała najmniejszego problemu z alfabetem. Choć od tamtego czasu
minęły już prawie cztery lata, brązowowłosa była pewna, że takich umiejętności
się tak po prostu z czasem nie traci.
- Może nauczyłaś się sama, nie
wiedząc o tym? – próbował jakoś pomóc profesor, jednak zasugerowane przez niego
rozwiązanie zagadki było dość nieprawdopodobne.
- Może – odpowiedziała królewna,
lecz tak naprawdę wcale tak nie uważała. Postanowiła jednak siedzieć cicho i
nie sprawiać więcej kłopotu.
- To w takim razie może dam ci
jakieś inne zadanie, skoro już umiesz alfabet? – zaproponował profesor, na co
dziewczynka chętnie przystała.
Po jakiejś półgodzinie obie
królewny pracowały ciężko, każda przy swojej kartce. Iris podniosła na chwilę
głowę i tak się złożyło, że uchwyciła moment, kiedy Małgosia też nie patrzyła
się w notatki. Brązowowłosa widziała twarz siostry tylko przez ułamek sekundy,
gdyż potem ruda opuściła wzrok, ale zdążyła dostrzec coś, co ją zdziwiło i
trochę zaniepokoiło. Mianowicie spojrzenie Gosi było przepełnione złością, a
Iris miała dziwne wrażenie, że jest to uczucie skierowane tylko i wyłącznie w
jej stronę, a dziewczynka nie miała pojęcia, z jakiego to powodu Małgorzata
miałaby patrzyć się na nią z taką nienawiścią. Po chwili przybrana siostra
dziewczynki znów podniosła wzrok, lecz tym razem brązowowłosa nie zobaczyła
niczego niepokojącego w jej minie. Królewna uznała więc, że coś jej się musiało
przewidzieć i wróciła do pracy.