piątek, 16 maja 2014

Część I rozdziału III ,,Księżniczki..."

Miłego czytania! :)



3.
             Od czasu wesela Bolesława i Katarzyny w Norhethanie na dobre zagościł wiatr. A dął on zawsze, w każdą porę roku, w słońce, deszcz, grad, śnieg, deszcz ze śniegiem i w każdą inną możliwą pogodę    - niezależnie od niczego. Dziwnym trafem, prawie zawsze wiał on w kierunku pałacu królewskiego, czasami nawet wybijał szyby w oknach zamku.  Dwór jednak nie uważał tego za jakąś niepokojącą anomalię, co najwyżej za pechowe zrządzenie losu. Mieszkańcy miasta, przyzwyczajeni do gorących letnich miesięcy, chłodniejszych i nieco deszczowych jesiennych, odrobinę surowych i śnieżnych zimowych i przepięknych, ciepłych wiosennych dni, z początku byli wichrem zdziwieni, potem zaczął ich coraz bardziej irytować, aż w końcu przestali na niego zwracać uwagę.
             Lud wiedział o przybranych dzieciach Katarzyny, które oficjalnie otrzymały tytuły królewien (choć jako adoptowane według grodeńskiego prawa nie były następczyniami tronu, chyba że król w testamencie jasno wyraziłby na to zgodę), jednak nikt z poddanych tak naprawdę nie uznawał Iris i Małgorzaty za swoje władczynie. Norhethańczycy byli wobec dziewczynek raczej niechętni, szczególnie ich rówieśnicy i rodzice  tych ostatnich. Zazdrościli im tego, że one mieszkają teraz w pałacu i żyją w luksusie, a oni, identycznego pochodzenia, muszą ciężko pracować na swoje utrzymanie, dodatkowo jeszcze ciągle płacąc coraz wyższe podatki i daniny. Gdy trzeba było, mieszczanie mówili do Iris i Małgosi „Wasza Wysokość” lub ,,królewno”,  jednak unikali tego typu sytuacji jak ognia. Gdy po roku od zaślubin na świat przyszła pierwsza córka pary królewskiej, którą ochrzczono jako Helenę, poddani  ucieszyli się, gdyż w końcu mogli kogoś z czystym sumieniem i bez niechęci tytułować królewną Grodenii, jednocześnie po chichu wzdychając z ulgą, iż to nie jest chłopiec i istnieje jakaś szansa na to, by ktoś z innej dynastii objął tron i uwolnił choćby w niewielkim stopniu lud od podatkowego ucisku.
             Mijały miesiące. Helenka rosła zdrowo, bezspornie obejmując stanowisko dworskiego pieszczocha i promyczka rozświetlającego ponure mroki szarej codzienności. Cała służba ją uwielbiała, plus oczywiście matka dziewczynki (ojciec jakoś niespecjalnie lubić okazywać, że kocha swoje dziecko), mimo tego, że królewną wcale łatwo się nie opiekowało. Helena darła się potężnie, gdy coś jej nie odpowiadało, a gdy opanowała trudną sztukę samodzielnego poruszania się na czterech, a później na dwóch nogach, do rzeczy powodujących jej płacz dołączyły wszelkiego rodzaju kolizje, upadki i niespodziewane kontakty z podłogą, a tego typu wypadki maluchowi wiecznie poruszającemu się w zawrotnym tempie przytrafiały się średnio co pięć minut. W tamtym czasie więc po pałacu echem roznosiły się Helenine krzyki, mimo nieustannej opieki służby nad królewną.
             Jednak nadszedł moment, w którym zainteresowanie dworu przeniosło się na kogoś innego – a mianowicie na nowo narodzoną córkę Katarzyny i Bolesława, Marię. Helenka, wówczas półtoraroczna, będąc wielce oburzona utratą publiczności i zazdroszcząc siostrze uwagi i uwielbienia służby, postanowiła zawalczyć o te rzeczy. Zaczęła regularnie biegać po pałacu, drąc się niemiłosiernie, nie robiąc sobie nic z próśb i błagań pokojówek oraz próbującej odpocząć po porodzie matki. Szczęśliwym trafem mała Marysia przez prawie cały czas była pogrążona w głębokim śnie, z którego nic jej nie mogło wybudzić – inaczej pewnie obudziłaby się przy pierwszym krzyku starszej siostry i jęłaby donośnie płakać, gotując przez to prawdziwe piekło i tak już wycieńczonej służbie.
             Helenine manifestacje ustały w końcu dzięki Bolesławowi, który to, mocno zirytowany, pewnego pięknego dnia złapał swoją córkę na korytarzu podczas jednego z jej rozkrzyczanych rajdów po pałacu. Nie wiadomo, co dokładnie zrobił król – czy na Helenę solidnie nawrzeszczał, wlepił jej kilka ojcowskich klapsów czy też może skarcił ją w jakiś inny sposób, znany natomiast jest skutek tej kary - królewna siedziała potem bite dwa tygodnie w swoim pokoju, grzeczniutka jak nigdy, uprzejma nawet dla jeszcze niedawno znienawidzonych służących. Od tamtego czasu dziewczynka patrzyła się na swojego ojca z nieukrywanym respektem. W zamku zapanował względny spokój.
***
             Było już grubo po północy, lecz Lilii wcale to nie przeszkadzało. Już dawno nauczyła się doceniać noc. Było też dość chłodno, jednak czarownica i do tego przywykła. Zresztą, późna jesień nigdy nie rozpieszczała Grodeńczyków wysoką temperaturą i słoneczną pogodą. Przez cały czas wędrówki kobieta była owiewana przez porywisty, pachnący deszczem wiatr. Ruch powietrza, dmący prosto w jej plecy, pchał ją w stronę miasta, jednak i bez nadającego kierunek ruchu wiatru Lilia bezwiednie by tam zmierzała.
             Ciągnęło ją tam co rok, w każdą rocznicę tamtej nocy. Czuła się trochę nieswojo, zostawiając swoje dziecko samo w domu, w dodatku w jego własne urodziny, jednak nie mogła już dłużej ignorować swojego instynktu, pchającego ją prosto do Norhethanu. Tym bardziej, że w zeszłym roku kobieta nie mogła się tam udać z powodu ślubu swojego (no cóż – pomyślała Lilia –żaden sakrament nie został unieważniony, ale  biorąc pod uwagę obecny stan rzeczy trzeba go już raczej uznać za byłego) męża i związanego z tym wydarzeniem ogólnego zamieszania w mieście. Ulice były wtedy stale patrolowane przez wielu strażników i było zbyt duże ryzyko zauważenia przez nich czarownicy oraz pojmania jej. Prawdę mówiąc, Lilia miała w głębokim poważaniu to, że jej małżonek właśnie ożenił się po raz drugi (w życiu nie wróciłaby do tego człowieka po tym, jak ją potraktował pięć lat temu, nawet gdyby błagał o jej powrót na klęczkach), bardziej interesowała się jego nową wybranką. Miała naprawdę szczerą nadzieję, że nie jest ona jakimkolwiek stworzeniem magicznym i Bolesław nie postąpi z nią tak, jak ze swoją pierwszą współmałżonką.
             Tymczasem kobieta doszła już prawie do południowej bramy miasta. Bezszelestnie podbiegła do wrót i spojrzeniem oceniła sytuację. Wszystko wskazywało na to, że teren jest czysty. Nigdzie nie widziała ani jednego stróża (leniwe bydlaki – odezwał się jej dawny, królewski sposób myślenia – za co im płacą?). Lilia ostrożnie weszła do Norhethanu, a następnie najszybciej jak się da pokłusowała w stronę znajomej bocznej uliczki. Gdy już w nią wkroczyła, poczuła się bezpiecznie – nigdzie nie było żadnego okna ani ogródka, z którego ktoś mógłby ją zobaczyć. Rozluźniła się i uśmiechnęła.
             To był jej coroczny rytuał – każdego listopada przychodziła popatrzeć na Iris. Tak jak kochająca matka przez pójściem spać idzie zajrzeć do pokoju swojego dziecka i obserwuje przez chwilę jego sen, tak ona co roku przychodziła, by zobaczyć swoją pozostawioną u Katarzyny starszą córeczkę. Lilia widziała, jak z roku na rok Iris rośnie zdrowo i coraz mniej przypomina słabą i chorowitą siebie z okresu tuż po narodzinach. Kobieta w głębi duszy czuła, że nadszedł już czas, by dziecko wróciło do swojej biologicznej matki. Zastanawiała się, jak to wszystko wyjaśni obu swoim córkom (nie mówiła Terwinii nic o jej siostrze, słusznie przewidując, że tak mała dziewczynka nie zrozumiałaby, dlaczego mama zostawiła Iris u jakiejś pani). Po cichu liczyła na pomoc swojej nieocenionej przyjaciółki w tej sprawie.
             Nagle niepokój wyrwał Lilię z rozmyślań. Gdy patrzyła z daleka na dom Katarzyny, kobiecie zdawało się, że coś jest z nim nie tak. Przyśpieszyła kroki, od razu kierując się w stronę okna w pokoju Iris. Było zabite deskami. Tak samo okno obok, i wszystkie w całym domu. Zszokowana i  prawie nieprzytomna ze strachu, czarownica pobiegła do frontowych drzwi. Żółta pieczęć. Rozpoznała system oznakowania domów, który sama wymyśliła w trakcie swojego panowania. Kolor żółty oznaczał śmierć właściciela we wnętrzu budynku z powodu choroby zakaźnej. W przypadku tego typu wypadków i braku zgłoszenia się pełnoletniego członka rodziny zmarłego do urzędu domostwo trafiało w ręce władz miasta i najczęściej było zabijane deskami, gdyż nikt nie chciałby kupić takiego budynku.
             Pod Lilią ugięły się kolana. Sytuacja po prostu ją przerosła. Z trudem powstrzymała się od wrzaśnięcia na cały głos imienia swojego zaginionego dziecka. W głowie kobiety kłębiło się mnóstwo pytań oraz wyrzutów w stylu „Po co ją w ogóle u niej zostawiałaś, idiotko?!”, czarownicza czuła też ogromny żal po stracie swojej jedynej prawdziwej przyjaciółki. Wśród kompletnego chaosu w jej obolałym łbie pojawiła się też jednak jedna bardzo konkretna myśl, którą Lilia wypowiedziała, wolno cedząc słowa przez zaciśnięte wargi:
             - Znajdę moje dziecko, choćbym miała przy tym zginąć!
   ***
             Małgosia głośno chrapnęła w łóżku obok i właśnie to obudziło Iris. Dziewczynka otworzyła i przetarła oczy. Mogło być około szóstej rano. Zwykle królewna budziła się trochę później, ale ponieważ już się wybudziła, postanowiła wstać z łóżka. Przez chwilę dziewczynka chciała wyrwać z objęć Morfeusza także i swoją siostrę, by mieć kompana do zabawy, jednak w końcu postanowiła, że da uwielbiającej spać Gosi wykonywać swoją ulubioną czynność jeszcze przez kilka godzin. Iris ubrała się i uczesała, następnie wyszła z komnaty na jak zwykle ciemny korytarz.
             O tej porze zamek był jeszcze uśpiony. Służba zazwyczaj zaczynała pracę około siódmej, nawet hiperaktywna Helenka nie zdążyła jeszcze wstać. Iris zaczęła spokojnie spacerować korytarzem. Znała już pałac jak własną kieszeń i potrafiła się po nim poruszać, nie gubiąc się, niezależnie od tego, czy było ciemno, czy jasno. A przez zdecydowanie większą część czasu zamek był pogrążony w ciemnościach.
             Siedmiolatka łaziła po pałacu, gdyż po prostu nie miała co robić w swoim pokoju. Wszystkie zabawki jej i Małgosi zostały w dawnym domu Elżbiety, a Katarzyna od czasu ślubu nie miała za bardzo czasu na zainteresowanie się tym i zakupieniem nowych – najpierw z powodu ciąży, później narodzin Helenki… Zwłaszcza że dziewczynki nic jej o tym nie mówiły, bo jak zwykle nie chciały się narzucać. Radziły sobie same. Po zamieszkaniu w grodeńskim pałacu Gosia odkryła swoją pasję, czyli sprzątanie i pomaganie w kuchni. Podczas gdy dawniej ruda była nieco niezdarna, okazało się, że w wykonywaniu tych czynności jest wyjątkowo dokładna i zręczna. Zresztą, Iris ogólnie się zdawało, że jej starsza o kilka tygodni przybrana siostra wyrasta już ze swojej dziecięcej fajtłapowatości. Największym przełomem było, gdy pewnego dnia Małgorzata, jeszcze nieświadoma nowo nabytej umiejętności, zupełnie poprawnie wymówiła swoje imię, a także wszystkie wyrazy z wcześniej dla niej niemożliwą do wypowiedzenia głoską „r”.
             Służba była z początku zdumiona kilkuletnią królewną latającą po zamku z miotełką i pomagająca zwykłym kucharkom w kuchni. Z biegiem czasu jednak przyzwyczaili się do jej obecności, aż w końcu przestali ją nawet traktować jak kogoś wyższego pochodzenia, kim zresztą wcale nie była i nie chciała być.
             Iris natomiast nie zmieniła się zbytnio. Wyzbyła się wszystkich typowo dziecięcych cech jeszcze w czasach, gdy mieszkała u Elżbiety, więc nie miała już z czego wyrastać. Niestety, nie podzielała nowego hobby siostry i siedząc bezczynnie w pokoju skazywała się na wieczną nudę. Postanowiła więc wziąć sprawy w swojej ręce i wzorem Małgosi znaleźć sobie jakieś zajęcie. Z resztek sukienkowych tkanin i odrobiny pierza z poduszki zrobiła sobie szmacianą lalkę, jednak zabawy nią szybko jej się znudziły, zwłaszcza że kukiełka była nieco pokraczna (dziewczynka nigdy nie miała talentu do prac ręcznych). Iris wydawało się, że już nie ma żadnej nadziei na znalezienie jakiegoś ciekawego zajęcia, gdy nagle, nie dalej jak przed tygodniem, królewna odkryła miejsce, które zapewniało zajęcie przez cały dzień, a w dodatku było prawie całkowicie niemożliwe do wyczerpania; zaletę stanowiło też to, że Bolesław nie zaglądał tam od jakichś piętnastu lat. Właśnie tam brązowowłosa zmierzała o szóstej rano korytarzem uśpionego zamku.
             Dziewczynka pchnęła ciężkie drewniane drzwi i weszła do ciemnej komnaty pachnącej kurzem i starością. Iris z uśmiechem podeszła do najbliższego regału i wyciągnęła znajomy wolumin. Była to pierwsza książka z tego pomieszczenia, jaką zaczęła czytać, a w bibliotece były ich dziesiątki, może nawet setki tysięcy. Królewna nie zdążyła jeszcze wyeksplorować całego ogromnego pomieszczenia, poprzedzielanego dziesiątkami regałów wypełnionych od góry do dołu księgami i, szczerze mówiąc, nie miała na to na razie ochoty. Nigdy w życiu nie widziała tylu książek w jednym miejscu, a i tak miała świadomość, że jest ich o wiele więcej, niż jej się wydaje na pierwszy rzut oka. Elżbieta miała ich w domu tylko kilka, i to właśnie z nich Iris nauczyła się czytać.
             Królewna wyciągnęła z ukrycia świecę, jedną z tych przyniesionych przez nią wcześniej, tuż po tym, jak odkryła bibliotekę. Zapaliła ją od świeczki płonącej na korytarzu – sama trochę się bała korzystać z krzesiwa. Usiadła na podłodze, położyła źródło światła na metalowej podstawce leżącej na ziemi i otworzyła książkę. Było to jakieś botaniczne dzieło, składało się głównie z rycin roślin i opisów ze skomplikowanymi pojęciami. Iris niewiele rozumiała z treści księgi, ale i tak z fascynacją czytała ją od tygodnia.
             Po jakimś czasie dziewczynka dotarła do opisu pewnej rośliny, wyglądającej trochę tak, jak gdyby ktoś w grubą zieloną łodygę powbijał mnóstwo szpilek z okrągłymi łebkami. Przeczytała już prawie sto stron księgi i zaczynała wgłębiać się w kolejną pokrytą tekstem kartę, gdy nagle usłyszała jakiś hałas i śmiech dziecka dobiegający z oddali. Żołądek jej podpowiedział, że już musi być koło ósmej i nadeszła pora na śniadanie. Iris wstała i właśnie miała zgasić płomień świecy, kiedy nagle jakiś impuls sprawił, że odwróciła głowę w lewo. Pchana intuicją, królewna poszła w tamtą stronę. W pewnym momencie zauważyła coś, czego wcześniej nie widziała, co było dziwne, bo dziewczynka już była w tej części biblioteki. Rzeczą, która zwróciła jej uwagę, były małe, drewniane drzwiczki o wysokości mniej więcej osiemdziesięciu centymetrów i szerokości pół metra, zamontowane w samym centrum jednego z regałów. Iris, niewiele myśląc, klęknęła i dotknęła ciemnego drewna. Było zadziwiająco gładkie i jakby nierealne. Gdy dziewczynka nacisnęła klamkę, drzwi otworzyły się bez najcichszego nawet skrzypnięcia. Trochę starszą osobę mogłoby to zaniepokoić, jednak królewna nie przejmowała się takimi szczegółami i bez wahania przeszła przez otwór w regale.
             Znalazła się na kawałku podłogi o powierzchni około czterech metrów kwadratowych, oddzielonym ze wszystkich stron regałami. W centrum pokoiku stała pojedyncza biblioteczka, niższa i węższa od reszty regałów, w całości wypełniona książkami. Iris wyciągnęła pierwszą z brzegu i otworzyła ją na stronie tytułowej. Słowa, które tam widniały, nie były zapisane łacińskimi literami, ani też w żadnym innym ludzkim alfabecie. Mimo tego dziewczynka potrafiła je odczytać.
             - Ramintnijas id Seme… Semecotes – przeczytała królewna, wahając się nieco. Pismo wyblakło i brakowało niektórych części znaków, dlatego odczytanie go było nieco trudnym zadaniem.
             Znaczenie oraz wymowa zapisanych słów, ku jej zdziwieniu, po prostu znajdowały się w jej głowie. Iris nigdy w życiu nie słyszała nikogo mówiącego w tym języku, a potrafiła go poprawnie odczytać i zrozumieć. Trochę dziwnie się czuła, gdy jak zza mgły zapomnienia wracała do niej wiedza, której nabycia wcale nie pamiętała, a nawet nie była tej umiejętności wcale świadoma.
             - Czarownice i … - królewna doskonale wiedziała, co znaczą dwa pierwsze słowa, ale niezbyt rozumiała trzecie. Podświadomie czuła, że chyba nie znalazłaby odpowiednika tego wyrazu w żadnym z ludzkich języków. Dziewczynka przewróciła więc kartkę, by na podstawie treści wywnioskować, co znaczy tajemnicze trzecie słowo.
             - Ramintnijas – przeczytała nagłówek. Następnie przez kilkanaście stron ciągnął się opis czarownic, ich wyglądu, zwyczajów, cech charakterystycznych i innych szczegółów, które w tamtej chwili mało interesowało królewnę. Iris szybko przewertowała księgę w poszukiwaniu innych nazw.
             - Semnrijas – odczytywała znalezione nagłówki. – Merdates, Laves, Collandros…
             Wtem usłyszała dźwięk dzwonu. Początkowo nie zwróciła na niego uwagi, jednak gdy już przebrzmiał, jego znaczenie prawie sparaliżowało dziewczynkę. Był to sygnał, który oznaczał, że wszyscy domownicy z rodziny królewskiej (poza królem, który wstawał, kiedy mu się to żywnie podobało) mają się natychmiastowo stawić na śniadaniu, jeśli jeszcze tego nie zrobili. Królewna już kiedyś raz spóźniła się na poranny posiłek i dobrze wiedziała, że Katarzynie w takich sytuacjach daleko do codziennej łagodności.
             Iris szybko odłożyła książkę na miejsce, opuściła ukryte za drzwiczkami pomieszczenie i wybiegła z biblioteki, a zaraz po tym wpadła na Małgosię, która właśnie chciała wejść do komnaty.
             - No, przynajmniej tyle, że nie muszę cię stamtąd siłą wyciągać! – zaczęła Gosia, wzburzona. – Ileż można w tych książkach siedzieć?! Katarzyna mnie po ciebie wysłała, jest naprawdę wściekła! – zaczęły iść korytarzem. – Będziesz mieć przechlapane!
             - Poczekaj na mnie chwilę – poprosiła brązowowłosa, odwróciła się i zaczęła biec. Małgorzata coś do niej krzyknęła, ale ona już nie słyszała – była już prawie w bibliotece.
             Już po przebyciu kilku kroków Iris doznała bardzo silnego przeczucia, że powinna wziąć ze sobą książkę o czarownicach, bo później nie będzie mieć do niej dostępu. Nie miała pojęcia, dlaczego niby tak miałoby się stać, ale mimo wszystko postanowiła zawrócić. Dziewczynka piorunem dopadła dziwnych drewnianych drzwiczek i chwyciła znajomy wolumin, następnie zatrzymała się, odkrywając słaby punkt swojego planu – a mianowicie nie miała gdzie schować książki. Choć księga nie miała zbyt wielu stron, to była oprawiona w skórę i ozdobiona metalowymi ozdobami, co czyniło ją naprawdę ciężką. Biblioteka nie wchodziła w grę (to właśnie do niej według intuicji Iris dziewczynka miała później nie mieć dostępu), pobliskie pomieszczenia były jej bliżej nieznane, a do pokoju dziewczynek było dosyć daleko. Królewna stała więc, będąc w kropce, i nie miała zielonego pojęcia, co robić, gdy nagle kątem oka wychwyciła lśnienie żelaznej kołatki. Brązowowłosa w mgnieniu oka klęknęła i pociągnęła za metalowe kółko, a po chwili uśmiechnęła się na widok kwadratowego tunelu z drabiną wiodącą w dół. Wnęka w kamieniu znajdowała się dosłownie pół metra poniżej klapy. Iris z ulgą włożyła tam księgę, a potem jak najszybciej zatrzasnęła właz i wybiegła z biblioteki, by dołączyć do naprawdę zdenerwowanej siostry i jak najmniej spóźnić się na posiłek.
             Jak się później okazało, intuicja wcale nie zwiodła dziewczynki na manowce i po raz kolejny udowodniła swoją niezawodność. Gdy Małgosia i Iris przyszły w końcu na śniadanie, Katarzyna spojrzała się gniewnie na brązowowłosą, ale nie odezwała się ani słowem. Dziwne było to, że została z przybranymi córkami, podczas gdy zwykle opuszczała je na czas posiłku, a gdy z talerzy zniknęło już jedzenie, królowa wstała i powiedziała dziewczynkom, żeby za nią poszły. Gosia i Iris podążyły za nią, zaintrygowane i trochę przerażone, zwłaszcza ta druga zaczęła wymyślać najczarniejsze scenariusze dotyczące potencjalnej kary za spóźnienie. Małgorzata właśnie miała obiecać brązowowłosej rychłe spranie za spowodowanie tej sytuacji, kiedy nagle Katarzyna zatrzymała się i otworzyła drzwi prowadzące do komnaty, którą obie dziewczynki nazywały drzewną, przez znajdujące się w niej ogromne drzewo genealogiczne panującej dynastii, pokrywające w całości jedną ze ścian.
             Pokój był w pełni urządzony, co zdziwiło królewny, gdyż wcześniej, nie licząc fresku i dawno nierozpalanego kominka, komnata świeciła pustkami. W tamtym momencie natomiast stało tam kilka biblioteczek pełnych książek, o ścianę w kącie opierały się mapy zwinięte w rulon, w kominku wesoło buzował ogień, a w centrum pomieszczenia znajdował się duży, sosnowy stół, a przy nim cztery krzesła. Na jednym z nich siedział sympatycznie wyglądający staruszek, o bujnej, zadbanej, siwej czuprynie, takiejż brodzie oraz wąsach. Mężczyzna był pogrążony w lekturze, lecz gdy usłyszał dźwięk otwieranych drzwi, podniósł wzrok i uśmiechnął się.
             - Witaj, Kasiu! – pozdrowił królową ciepłym, nieco zachrypniętym głosem.
             - Dzień dobry, panie profesorze! – odpowiedziała mu Katarzyna i uścisnęła go serdecznie. – Dziewczynki, to jest Stanisław, profesor, który uczył mnie przez całe moje dzieciństwo. Całą moją obecną wiedzę zawdzięczam naukom pana profesora!
             - Oj, Kasiu, nie przesadzaj, ja tylko przeczytałem ci kilka książek i pomogłem odrobinkę! – Stanisław najwyraźniej nie przepadał za pochwałami i próbował delikatnie sprostować słowa swojej uczennicy.
             - Ale to wszystko prawda! – przysięgła królowa, zaaferowana. – A zresztą, mniejsza, przejdźmy do rzeczy! – chrząknęła. -  A więc teraz, gdy jesteście już starsze, pomyślałam, iż dobrze by było, żebyście i wy nauczyły się tego i owego, a że nasz kochany pan profesor obecnie nie ma pracy w Nerwanii, zgodził się na przybycie tutaj i na udzielanie wam regularnych lekcji! No, to co wy na to? – zakończyła swój wywód Katarzyna. Była wyraźnie podekscytowana.
             Przez chwilę panowała cisza. Siostry spojrzały na siebie, a po chwili z powrotem zwróciły wzrok w stronę władczyni.
             - To znaczy, że od teraz będziemy się uczyć? – spytała się Małgosia. Niepokój związany z karą dawno jej już przeszedł, ale to wcale nie znaczy, że była spokojna.
             - Tak, codziennie po kilka godzin z przerwą na obiad.
             - A jak długo będziemy mieć te lekcje, to znaczy kiedy się skończą? – zapytała Gosia, coraz to bardziej nieswoim głosem.
             - Skończą? – Katarzyna była zaskoczona. – Ależ Małgosiu, będziecie się uczyć, dopóki nie wyjdziecie za mąż albo nie uzyskacie pełnoletności, lub też gdy uznamy, że wiecie już wystarczająco dużo! Chyba nie myślałaś, że będzie to trwało tylko kilka miesięcy? – obruszyła się.
             - O ile dobrze pamiętam, Kasiu, ciebie uczyłem przez niecałe jedenaście lat… - wtrącił profesor.
             - Racja! – potwierdziła królowa.
             Małgosia była zrozpaczona. W myślach już na zawsze żegnała się z ukochaną miotełką do kurzu, ścierką i wszystkimi przyjaciółmi ze służby. Dziewczynka mimo woli wygięła usta w podkówkę i oparła się o ścianę. Tylko szacunek do starszej i wciąż jeszcze obcej osoby, jaką był profesor, powstrzymywał ją od płaczu.
             Iris natomiast miała do sytuacji stosunek neutralny. Z jednej strony ciekawiły ją te wszystkie rzeczy, których miała się na lekcjach nauczyć i cieszyła się, że w końcu będzie się miała kogo zapytać o niezrozumiałe dla niej pojęcia z botanicznej książki, a jednocześnie ciągnęło jej do ukrytej komnaty w bibliotece oraz dziwnie znajomego języka i wolałaby przeznaczyć swój czas na zgłębianie się w tamtejsze księgi. Nie była więc do końca pewna, czy się cieszyć z powodu rozpoczęcia nauki, czy też może smucić, toteż postanowiła, że zobaczy, jak lekcja wygląda i dopiero wtedy wyda swój osąd na ten temat.
             Katarzyna, widząc wyraźnie niezadowoloną z tego obrotu sprawy Małgosię i niezdecydowaną Iris, nieco się rozczarowała. Sądziła, że dziewczynki z większym entuzjazmem podejdą do nauki. Już bez ekscytacji spojrzała się na nie odrobinę chłodniej i rzuciła profesorowi przepraszające spojrzenie. On jednak nie zraził się – jednym ruchem dłoni przekazał swojej byłej uczennicy, że wszystko jest w porządku i dalej już sobie sam poradzi. Trochę tym pocieszona, królowa rzuciła na odchodnym:
             - Pierwsza część lekcji skończy się w południe, wtedy będziecie mogły wrócić do swojego pokoju, o pierwszej stawcie się na obiedzie, a o drugiej macie tutaj przyjść i do siódmej będziecie miały lekcję, zrozumiałyście? – i na twierdzący komunikat ze strony dziewczynek Katarzyna wyszła z komnaty.
             Gdy tylko zatrzasnęły się za nią drzwi, Stanisław zaprosił dziewczynki do stołu. Iris wykonała polecenie, jednak Małgosia ciągle tkwiła w tym samym miejscu, patrząc się w sufit nieobecnym wzrokiem. Profesor z olimpijskim spokojem podszedł do dziewczynki i zagadnął:
             - Ciągle jeszcze pamiętam, jak kilkanaście lat temu jedna z moich uczennic też była tak zrozpaczona, gdy zaczynaliśmy naukę. Tyle tylko, że ona zachowywała się bardziej ekstrawertycznie – płakała, krzyczała, nawet nie chciała wejść do sali! Niezbyt grzecznie, prawda?
             - Niezbyt – powtórzyła ruda beznamiętnie.
             - A wiesz, jak tamta dziewczynka miała na imię? – ciągnął profesor. – Katarzyna.
             Zadziałało. Gosia oderwała wzrok od sufitu i spojrzała się na staruszka zdziwiona.
             - Ta Katarzyna? – upewniła się. Nauczyciel skinął głową. – Ale przecież ona jest taka opanowana, nigdy by nawet nie podniosła głosu!
             - Jak widać, pozory mylą – uśmiechnął się do Małgosi profesor. – Twoja mama była kiedyś prawdziwym łobuzem i będąc w waszym wieku również wolała zajmować się czymś innym niż nauką!
             Iris przyszło na myśl, że przecież trzy lata temu Katarzyna opowiadała jej i Gosi o swoim dzieciństwie, które istotnie było przepełnione psotami i zabawami. Dziwiło ją trochę, że Małgorzata tego nie pamięta, ale postanowiła nie wtrącać się do rozmowy.
             Rudowłosa przez chwilę stała, niezdecydowana, jednak po chwili nowo nabyte zaufanie do nauczyciela wzięło górę. Już bez większych uprzedzeń usiadła na krześle obok siostry, a Stanisław, zadowolony z sukcesu wychowawczego, mógł spokojnie rozpocząć swoją pierwszą lekcję. Ku rozczarowaniu Iris, profesor zaczął od alfabetu – rzeczy dla niej tak banalnej, że brązowowłosa wręcz czuła się jak ktoś pięć razy głupszy, musząc wielokrotnie zapisywać kolejne litery w równych rządkach. Dziewczynka notowała znaki, znudzona, kiedy nagle dostrzegła coś, co zdumiało ją w takim stopniu, że aż przerwała pracę.
             - Ty nie umiesz? – spytała się, widząc rządki nierównych i miejscami niepoprawnie zapisanych liter na kartce siostry.
             - Yhm… Nie? Skąd niby? – Małgosia spojrzała się na siostrę, zaskoczona.
             - Przecież Elżbieta nas tego uczyła, nie pamiętasz? – drążyła temat brązowowłosa.
             - Nie, Iris, mama nas nie uczyła alfabetu, coś ci się pomieszało.
             - To w takim razie skąd ja go znam?                                                
             Zapanowała cisza. Iris patrzyła się na siostrę ze zdziwieniem. Pamiętała doskonale momenty, w których Elżbieta dawała im obu po książce i razem czytały. Pisały też do siebie liściki, wtedy Małgorzata nie miała najmniejszego problemu z alfabetem. Choć od tamtego czasu minęły już prawie cztery lata, brązowowłosa była pewna, że takich umiejętności się tak po prostu z czasem nie traci.
             - Może nauczyłaś się sama, nie wiedząc o tym? – próbował jakoś pomóc profesor, jednak zasugerowane przez niego rozwiązanie zagadki było dość nieprawdopodobne.
             - Może – odpowiedziała królewna, lecz tak naprawdę wcale tak nie uważała. Postanowiła jednak siedzieć cicho i nie sprawiać więcej kłopotu.
             - To w takim razie może dam ci jakieś inne zadanie, skoro już umiesz alfabet? – zaproponował profesor, na co dziewczynka chętnie przystała.
             Po jakiejś półgodzinie obie królewny pracowały ciężko, każda przy swojej kartce. Iris podniosła na chwilę głowę i tak się złożyło, że uchwyciła moment, kiedy Małgosia też nie patrzyła się w notatki. Brązowowłosa widziała twarz siostry tylko przez ułamek sekundy, gdyż potem ruda opuściła wzrok, ale zdążyła dostrzec coś, co ją zdziwiło i trochę zaniepokoiło. Mianowicie spojrzenie Gosi było przepełnione złością, a Iris miała dziwne wrażenie, że jest to uczucie skierowane tylko i wyłącznie w jej stronę, a dziewczynka nie miała pojęcia, z jakiego to powodu Małgorzata miałaby patrzyć się na nią z taką nienawiścią. Po chwili przybrana siostra dziewczynki znów podniosła wzrok, lecz tym razem brązowowłosa nie zobaczyła niczego niepokojącego w jej minie. Królewna uznała więc, że coś jej się musiało przewidzieć i wróciła do pracy.