środa, 9 kwietnia 2014

Rozdział II część II ,,KW"

Miłego czytania ;)
***

             Było już dobrze po dwunastej, kiedy obie dziewczynki wraz z ich nową mamą były już umyte, ubrane i po zjedzeniu śniadania. Szczerze mówiąc, Katarzyna była zaskoczona, jak szybko dziewczynki oswoiły się z pałacowym życiem. Choć tak ładnej, metalowej balii przyszywane siostry nigdy wcześniej nie widziały, biorąc pod uwagę cały ich behawior podczas śniadania i kąpieli, zachowywały się jak na swoje pochodzenie wyjątkowo po królewsku. Patrząc na nie, nie miało się wrażenia, że to kompletnie zielone wieśniaczki zostały ugoszczone na salonach, co najwyżej, że są to osoby trochę tylko niewprawione.

             Królewna zamierzała przedstawić dziewczynki swojemu narzeczonemu, gdy tylko wypełni on swoje poranne (a właściwie okołopołudniowe, znając godzinę, o której król wstawał) obowiązki, to jest około pierwszej. By Małgosia i Iris się do tego czasu nie nudziły, powiedziała im trochę o swojej ojczyźnie i o swoim rodzinnym pałacu w stolicy Nerwanii. Z uśmiechem na twarzy opowiadała im o różnych sytuacjach z jej lat dziecięcych i o tym, jak to wtedy potrafiła psocić. Śmiała się z dziewczynkami ze swoich zabawnych potknięć, biorąc to pojęcie zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Spędziły tak miło kilka kwadransów, aż w końcu nadszedł moment spotkania z królem.

             Podczas wędrówki korytarzem Katarzyna dostrzegła, że Iris wygląda jakoś nieswojo. Małgosia była podniecona, prawie podskakiwała z radości i z zainteresowaniem rozglądała się na wszystkie strony, natomiast brązowowłosa szła z poważną miną, patrząc się w dywan. Królewna jednak wytłumaczyła to sobie w ten sposób, że Iris pewnie jest zamyślona albo lekko się stresuje wizytą u króla. Tuż przed wkroczeniem do sali dziewczyna zawahała się, czując nagle niepokój. Nasunęła jej się myśl, że Bolesław niekoniecznie musi się ucieszyć na wiadomość o podjęciu przez nią decyzję o adopcji. Mimo wszystko jednak weszła.

             Król oczekiwał ich w sali tronowej, co nieco dziwiło, gdyż władca przyjmował tam raczej tylko zagraniczne delegacje i inne tego typu formalne sprawy. Gdy usłyszał dźwięk otwieranych drzwi, podniósł głowę.

             - Witaj – przywitał Katarzynę król, a na jego twarzy pokazało się coś w rodzaju półuśmiechu. – Kim one są? – dodał, spostrzegając dziewczynki. Po uśmiechu nie było już nawet śladu.

             - Właśnie w tej sprawie chciałam się z tobą spotkać – zaczęła królewna. Już dawno przeszła z Bolesławem na „ty”. – Wczoraj wieczorem byłam świadkiem śmierci ich matki. Nikt się nimi nie zainteresował, a gdy poszłam z nimi do sierocińca, zobaczyłam tam scenę, w której przełożona biła i krzyczała na podopiecznego. Jestem oburzona takim traktowaniem dzieci i chciałabym, abyśmy się tym w jakiś sposób zajęli. A co do dziewczynek, to postanowiłam, że je przygarnę. No więc, co ty na to?

             Bolesław milczał. Szczerze mówiąc, w ogóle nie podobał mu się ten pomysł i zastanawiał się, w jaki sposób w miarę delikatnie to swojej narzeczonej wyperswadować. Tymczasem przyjrzał się jednej z dziewczynek. Miała około czterech lat, była ruda, pulchna i dość brzydka. Przeniósł wzrok na drugą, a ta jak na komendę podniosła głowę. Oczy o identycznym kolorze spotkały się po raz drugi w ciągu życia obojga ich właścicieli, a w Bolesława jakby grom strzelił. Rozpoznał swoją starszą córkę; rozpoznał swoje dziecko, którego się tuż po jego narodzeniu wyparł, którego matkę skazał na śmierć i którego wolałby już nigdy nie spotkać. Prawie podskoczył z wrażenia. Co najgorsze, wyglądało na to, że ona też go rozpoznała, ba! – że nie ma absolutnie żadnych wątpliwości co do tego, iż jest jego córką. W głowie króla kłębiło się mnóstwo pytań – to, że królowa i bliźniaczki żyją, nie było dla niego tajemnicą, ponieważ cztery lata temu chłopcy wrócili z misji przerażeni, krzycząc, że ta wiedźma ich prawie zabiła, ale nie miał pojęcia, dlaczego nagle tylko jedna z jego córek znalazła się u jakiejś mieszczanki, gdzie jest ta druga, czemu nie są razem z ich matką i ogólnie jak brązowowłosa trafiła do miasta, z którego przecież Lilia uciekła.

             Nieco speszona Katarzyna widząc, że król jakoś nie bardzo cieszy się jej decyzją, poleciła dziewczynkom przedstawienie się.

             - Ja jestem Małgoziatka – ruda zawsze miała problem z wymówieniem swojego imienia. – Dzień dobly.

             - Nazywam się Iris, Wasza Wysokość – Bolesław aż zadrżał na dźwięk wyjątkowo dorosłego i donośnego jak na wiek jego córki głosu. Zdawało mu się, że ostatnie dwa wyrazy dziewczynka wymówiła z lekką ironią, co jeszcze bardziej wzmogło strach monarchy. Z pewną złością zareagował też na jej imię. Iris, oczywiście. Bardziej czarodziejskiego imienia jego kochana żona nie mogła wymyślić. Lilia brzmiała jeszcze w porządku, ale dalsze brnięcie w kwiatowe imiona było już lekką przesadą.

             - Więc, co ty na to? – spytała się ponownie Katarzyna, czując się coraz bardziej niepewnie.

             Król przez cały czas intensywnie myślał:

             - Jak się nie zgodzę, to na pewno spyta się mnie, dlaczego nie. Nawet jeśli jakoś z tego wybrnę i podam jakieś argumenty, to ona prawie na sto procent i tak będzie obstawiała przy swoim. A jeśliby jednak udało mi się ją jakoś przekonać, to wtedy to diabelskie dziecko po trafieniu do sierocińca (ach, dlaczego ono musiało być do mnie podobne, gdyby nie to, wszystko byłoby łatwiejsze!) z pewnością wszystkim wygada, kim jest i na co zasługuje, i to zupełnie słusznie – jest przecież pierwszą w kolejce dziedziczką tronu! Już ja dobrze wiem – lamentował w myślach Bolesław – rozpowie wszystkim, znam takich ludzi doskonale! Potem zaczną się pytania, dlaczego ona żyje, przecież i matka, i dzieci miały umrzeć cztery lata temu, a gdy się całe państwo dowie… Nie, nie może do tego dojść, po prostu nie może! – zakrzyknął, również w myślach. – No, niestety, wolałbym trzymać pod swoim łóżkiem hodowlę jadowitych pająków, niż podjąć taką decyzję, ale nie ma innego wyjścia – muszę pozwolić Katarzynie na adopcję dziewczynek, a to znaczy, że będę zmuszony do traktowania Iris, tego diabła, tej smarkuli, tej czarownicy przeklętej, jak własnej córki, niech ją krew zaleje!

             - W porządku – król podsumował swoje rozmyślania słabym, rozdygotanym głosem, nerwowo przełykając ślinę – Mogą… mogą zostać.

             Katarzyna uśmiechnęła się, uspokojona. Kamień spadł z jej serca. Była już przekonana, że jej narzeczony się nie zgodzi. Co wtedy powiedziałaby dziewczynkom? Królewna przez ten cały czas nie zauważyła zestresowania Bolesława, jednak Iris widziała to jak na dłoni. Obserwowała czujnie swojego ojca, gdyż intuicja jej podpowiadała, że z tym monarchą trzeba być ostrożnym. Dziewczynka właściwie nie miała pojęcia, skąd wie o tym, że Bolesław jest jej tatą. Nikt nigdy jej tego nie powiedział, po prostu zawsze miała tego świadomość, jakby zostało to jej wyryte w mózgu tuż po urodzeniu.

             - Może jakoś to wszystko przyschnie i prawda nigdy nie wyjdzie na jaw – pocieszył się w myślach król, gdy Katarzyna z dziewczynkami już wychodziły z komnaty. – O tak, o to na pewno się postaram! – przysiągł sobie.

***

             - Jesteś pewna, że możesz jechać?

             - Tak, czuję się świetnie, przestań w końcu się o to pytać!

             W siedzibie rewalitańskiej pary królewskiej panował prawdziwy chaos. Służba biegała, nieustannie zajęta a to sprzątaniem, a to pakowaniem bagaży jednego z monarchów, a w centrum tego wszystkiego byli król i królowa, pomiędzy którymi toczył się prawdziwy konflikt.

             - Przecież ty nie dalej jak za tydzień będziesz rodzić, nie lepiej będzie, jak zostaniesz w domu? – przekonywał Jan Henryk, jednak jego żona była nieugięta.

             - Potwierdziliśmy już zaproszenie, powiedzieliśmy, że na pewno przyjedziemy oboje, a ty teraz nagle masz to wszystko w nosie i żądasz, żebym nie jechała, tylko dlatego, że mam niedługo rodzić dziecko? – Anna Maria starała się zachowywać spokój, jednak nerwy trochę jej wysiadały. Rozumiała, że jej mąż chce, żeby została, bo się o nią troszczy, ale dajcież spokój – nie była przecież umierająca, nawet ją brzuch nie bolał!

             - Rysiu tak bardzo chciał jechać, a przecież beze mnie tam nie pojedzie… Ty się przecież nie umiesz zajmować dziećmi!

             - Umiem! – zakrzyknął król, lekko obrażony. – W swoim czasie sam mu zmieniałem pieluchy, chociaż miałem do dyspozycji wszystkich służących!

             - To się nie liczy… - powiedziała Anna, jednak nie mogła się powstrzymać od uśmiechu. Po chwili oboje już pokładali się ze śmiechu, padając sobie w ramiona.

             Oboje byli jeszcze młodzi, przed trzydziestką. Małżeństwem byli od siedmiu lat i mieli prawie sześcioletniego synka Ryszarda. Jan Henryk, brązowowłosy sangwinik o wesołych, brązowych oczach, był kimś w stylu przyjaciela grodeńskiego króla Bolesława. Razem z żoną, czarnooką i czarnowłosą Anną Marią, był na jego pierwszym ślubie pięć i pół roku wcześniej i bardzo mu współczuł, gdy półtora roku później podczas porodu zmarła jego żona. Teraz, gdy Grodeńczyk brał ślub po raz drugi, Jan, zaproszony, wybierał się na uroczystość wraz z żoną, synem i częścią służby. Problem leżał w tym, że obecnie to Anna była w zaawansowanej ciąży i lada dzień miała rodzić, a termin wydarzenia zbliżał się wielkimi krokami. Henryk po prostu trochę się bał zabierać Marię na ślub – nie wyobrażał sobie bez niej życia i prawdopodobnie umarłby z rozpaczy, gdyby to ona zmarła podczas porodu.

             - Ale… - król próbował jeszcze coś zdziałać, ale już był prawie całkowicie przekonany o porażce.

             - Nic mi się nie stanie, obiecuję – przytuliła męża Anna Maria. – Nie mam zamiaru umierać w ciągu najbliższych dwudziestu lat – uśmiechnęła się.

             - No... dobrze – pękł w końcu Jan. – Ale biorę cię za słowo!

             Wyruszyli nazajutrz o świcie, gdy już wszystkie bagaże były spakowane, służba pouczona, a karety gotowe (jedna dla Ich Wysokości wraz z synem, druga dla służby). Stolica Rewalicji, Olgarden, gdzie mieszkali król i królowa, była miastem portowym i znajdowała się na północy. Królestwo było dość duże, więc aby dostać się do Norhethanu trzeba było przebyć długą trasę przez całą Rewalicję, a potem także przez Grodenię, cały czas kierując się na południowy wschód. Była to podróż przynajmniej dwudniowa z jednym noclegiem w trasie, i z takiego też planu skorzystała para królewska – zatrzymali się na noc niedaleko granicy, by potem móc dotrzeć na miejsce po południu dwa dni przed uroczystością.

             Tymczasem w Norhethanie panowało takie zamieszanie, taki rozgardiasz i taki chaos przedślubny, że przygotowania do podróży w olgardeńskim pałacu mogły się schować. Dawno w mieście nie widziano podobnego rozradowania ludu, natłoku dostojnych gości, bukietowo-dekoracyjnych białych potopów, lawin płatków białych róż, pierzastych gołąbków, transparentów, wstążek, chorągiewek; słowem, od jakiegoś czasu norhethańczycy ani razu na oczy nie widzieli podobnego przesytu. Dokładniej mówiąc, od pięciu lat i sześciu miesięcy. Choć wszyscy twierdzili, że tym razem jest o wiele piękniej niż na zaślubinach Bolesława z Lilią, prawda była taka, że wszystko w zasadzie wyglądało bardzo podobnie, jeśli nie tak samo jak na tamtym weselu.

             Sama uroczystość w kościele była najzwyczajniej w świecie kalką wydarzenia sprzed kilku lat. Świątynia była przyozdobiona podobnymi białymi płachtami i złoto-srebrnymi dekoracjami, nawet skład gości był prawie taki sam. Jedyną różnicą było to, że pod koniec na parę nie padł promień światła przebijający się przez witraż, ale też należy wziąć pod uwagę, że była zupełnie inna pora roku, nikt nie spodziewał się słońca w listopadzie. Minęło już trochę czasu, dlatego też goście nie widzieli tak wyraźnie tych podobieństw, a osoby, które je dostrzegały, sądziły, że w ten sposób Bolesław chce oszukać swoją pamięć i pozbyć się smutnych wspomnień o swojej zmarłej żonie, zastępując je nowymi w identycznej scenerii, no i oczywiście wstawiając Katarzynę na miejsce Lilii. Natomiast Jan Henryk podczas uroczystości stopniowo przypominał sobie elementy tamtego wesela, by potem zmarnować kilka godzin na rozmyślaniu, dlaczego Grodeńczyk dosłownie skopiował całą uroczystość. Teoria, jaką wysnuwali współgoście, nie bardzo go przekonywała, jednak z braku innej uznał właśnie ją za właściwą.

             Weselne jedzenie również zbytnio nie odbiegało od posiłków sprzed niecałych sześciu lat. Znalazły się tam te same udźce, te same pieczenie, podano nawet dwoje całych prosiąt ociekających tłuszczem przygotowanych według identycznego przepisu. Jednak, w przeciwieństwie do części kościelnej, tutaj dostrzegalne było kilka różnic – brakowało kilku smaków zup oraz kilku ciast, zapewne lubianych tylko przez zmarłą królową, było też zdecydowanie mniej grodeńskich ziemniaków, pojawiły się za to spore ilości nerwańskiego przysmaku, to jest żółtego sera. Większy wybór z kolei goście mieli w wyborze win i innych napojów, zadbano także, by nieletni przybysze (a właściwie tylko jeden – syn Anny i Jana) mieli coś bezalkoholowego do picia. Posiłek wcale nie przebiegł w sztywnej, formalnej atmosferze, a skąd! Wszyscy cieszyli się szczęściem pary młodej, wznoszono toasty na ich cześć, jedzono ze smakiem i z entuzjazmem, tańczono, aż miło było na gości patrzeć. W zasadzie tylko jedna osoba nie tańczyła, rzadko też się uśmiechała, siedząc cały czas spięta i z niemrawą miną. Była nią Anna.

             Już w kościele Annę Marię rozbolał brzuch, jednak nie zwróciła na to większej uwagi – w tak zaawansowanej ciąży był on prawie na porządku dziennym. Lecz z mijającymi minutami ból stawał się coraz silniejszy, a królowa zaczęła się denerwować. Henryk, widząc jej niezbyt zadowoloną minę, spytał się, czy wszystko w porządku, jednak ona szybko zbyła go, twierdząc, niezbyt szczerze, że nic jej się nie stało ani nie dzieje. Była już prawie pewna, co ten ból zwiastuje, ale na razie nie chciała tego ujawniać i przyznawać racji obawom swojego męża sprzed kilku dni. Lecz gdy wieczerza się skończyła, a wniesiono desery, poczuła, że to właśnie ten moment i że nie może już tego dłużej ukrywać. Jej potomek chciał przyjść na świat właśnie teraz i dramatycznie domagał się, by udzielono mu pozwolenia na wydostanie się. Anna wstała z trudem i wykonała kilka kroków w stronę męża. On, widząc to, podbiegł do niej i złapał żonę w ostatnim właściwie momencie – właśnie miała runąć na posadzkę, nagle słabnąc. Gdy wstawała, Maria poczuła czyjeś małe dłonie pomagające je dźwignąć się na nogi – to jej synek, Rysiu kochany,  podbiegł wesprzeć swoją mamę.

             - Co się dzieje? - spytał się Jan, przerażony, a po chwili zaczął już się domyślać. - To już..?

             -Tak – odpowiedziała mu Anna słabym głosem.

             Na szczęście nie trzeba mu było niczego więcej wyjaśniać. Podszedł do gospodarzy i na ucho powiedział im o zaistniałej sytuacji, na co oboje wstali ze zrozumieniem i jęli wydawać polecenia służbie. Dopiero po jakimś czasie Henryk zdał sobie strawę, że jest obserwowany. Goście, zainteresowani przerwaniem jedzenia przez Bolesława i Katarzynę, wlepili wzrok w trójkę Rewalitan jako sprawców sensacji. Niedługo jednak mieli okazję ich obserwować, gdyż już po kilku minutach gospodyni wyprowadziła ich z sali i poprowadziła ciemnym korytarzem do niedalekiej komnaty, w której już na Marię czekał akuszerka i pięć służących do pomocy, w tym dwie przywiezione tutaj przez samą Rewalitankę. Królowa położyła się na łóżku, szczęśliwa, że już nie musi stać ani chodzić, natomiast Katarzyna wyszła i zamknęła drzwi, odgradzając rodzącą od męża i syna, by miała ona święty spokój.

***

             Nad Norhethanem zapadał zmrok. Słońce już dawno zaszło, chowając się za wysokie góry na horyzoncie. Anna Maria ocknęła się ze snu i zdała sobie sprawę, że już jest po wszystkim, a jej dziecko znajduje się w ramionach jednej z jej olgardeńskich służących. Królowa nie była w stanie dostrzec, czy jest to chłopiec, czy dziewczynka, widziała tylko czarne włoski noworodka. Maria czuła się dziwacznie – potwornie chciało jej się spać, miała jakby zablokowany umysł i nie bardzo kojarzyła fakty, nie przypominała sobie też, żeby zasypiała przy porodzie. Chcąc coś powiedzieć, uświadomiła sobie, że ma bardzo suche gardło i wargi, więc poprosiła służącą o szklankę czegoś do picia. Ta odłożyła dziecko do kołyski, a po chwili podała swojej władczyni kubek wypełniony cieczą podobną w wyglądzie i bezbarwności do wody. Królowa wypiła, odłożyła szklankę, a po chwili zamknęła oczy i zasnęła. Niczego więcej już nie pamiętała.

***

             Ryszard dawno już znudził się czekaniem przy drzwiach komnaty, w której miał się urodzić jego braciszek lub siostrzyczka, tym bardziej, że minęło kilka godzin, a nic się nie działo. Tato mu powiedział, że gdy on, Rysiu, przychodził na świat, też tyle to trwało, jednak jego syn i tak nie zamierzał cierpliwie siedzieć w jednym miejscu. Znajdował się przecież w starym zamku, który aż zachęcał do jego zwiedzania i poodkrywania. Jan nie miał nic przeciwko temu, żeby jego dziecko pochodziło sobie po pałacu, ostatecznie królewicz nie był przecież niemowlakiem. Rysiu więc, uradowany, od razu zaczął ekspedycję, i od tamtego czasu cały czas szwendał się po zamczysku, oglądał portrety i robił wszystkie te rzeczy, jakie robi się podczas wyprawy w głąb ciemnych korytarzy starego zamku. Szczerze mówiąc, trochę go trwożyła wszechobecna, rozpraszana przez nieliczne świece ciemność i cisza, ale jednocześnie oba te elementy tylko podsycały jego ciekawość. Zastanawiał się, co też może się kryć za rogiem, czy ktoś w tej części zamku mieszka i czy ktokolwiek w ogóle tutaj bywa.

             Ryszard szedł tak sobie spokojnie, gdy nagle zauważył czyjąś sylwetkę w ciemności. Podszedł bliżej; postać stała przy oknie i księżyc oświetlał jej twarz, dlatego chłopiec mógł się jej przyjrzeć. Była to dziewczynka w granatowej sukience, trochę młodsza od Ryszarda. Miała długie, brązowe włosy i szare oczy, całkowicie skupione na obserwacji nieba. Wyglądała na bardzo zajętą, toteż chłopiec podszedł do niej, nic nie mówiąc, by jej nie przeszkodzić.

             - To ty jesteś tym rewalitańskim królewiczem, który przyjechał z rodzicami na ślub Katarzyny – powiedziała nagle dziewczynka, nie odrywając oczu od tarczy księżyca. Książę prawie podskoczył z zaskoczenia. Nie sądził, że ona w ogóle go zauważyła, tak była skupiona na niebie.

             - Tak, mam na imię Ryszard, a ty? – odpowiedział królewicz nieco niepewnie, ale życzliwie.

             - Iris.

             - Co Iris? – nie załapał Rysiu.

             - Mam na imię Iris – powtórzyła dziewczynka, cały czas nie odrywając wzroku od nocnego nieba.

             - Aha. Kim jest dla ciebie Katarzyna?

             - Przybraną mamą. Przygarnęła mnie i moją siostrę Małgosię dwa miesiące temu, gdy nasza prawdziwa mama zmarła.

             - A gdzie jest teraz Małgosia?

             - Śpi.

             - Nawiasem mówiąc, czy ty też nie powinnaś?

             - Nie – odpowiedziała mistrzyni lakonicznych wypowiedzi.

             Zapadła cisza. Rysiu nie wiedział, co ma powiedzieć. Iris wydawała mu się bardzo dziwna.

             - Dzisiaj są moje czwarte urodziny – wtrąciła dziewczynka, a królewicz westchnął z ulgą. W końcu było coś, o czym mogliby normalnie porozmawiać!

             - Wszystkiego najlepszego! – złożył życzenia Ryszard. Był bardzo dobrze wychowany. – Ja niedługo będę mieć szóste! – pochwalił się.

             - Kiedy? – spytała Iris z umiarkowanym zainteresowaniem.

             - W kwietniu!

             - To fajnie – odpowiedziała dziewczynka. Dopiero teraz królewicz zauważył, że Iris jest smutna.

             Potem zrobiło się jakoś niezręcznie. Przybrana córka Katarzyny ciągle wpatrywała się w niebo smutnymi oczyma, nie odzywając się, a Rysiu gdzieś w głębi serca poczuł, że nie jest tu mile widziany. Odwrócił się od dziewczynki i spojrzał na ciemny korytarz. Wtedy sobie uświadomił, że nie ma zielonego pojęcia, gdzie jest tamta komnata, w której rodziła jego mama. Stanął więc na środku holu, bezradny. Nagle usłyszał głos Iris:

             - Mogę cię tam zaprowadzić.

             Ryszard odwrócił się i zdumiał – dziewczynka nie patrzyła się już na niebo, tylko prosto w jego stronę. Doznał dziwnego uczucia, kiedy popatrzył prosto w jej smutne, szare oczy.

             - Naprawdę, wiesz, że przyszedłem spod komnaty na rogu przy sali jadalnej?

             - Tak – odpowiedziała krótko Iris.

             - Skąd? – chciał jednak wiedzieć królewicz

             - Powiedziałeś mi to przed chwilą. Teraz już, proszę, o nic się nie pytaj, tylko po prostu za mną idź – i dziewczynka ruszyła odcinkiem korytarza jeszcze Ryszardowi nie znanemu, biegnąc w kierunku, w jakim on zmierzał podczas swojej wcześniejszej wędrówki. Po kilkudziesięciu sekundach weszli do jednej z komnat. Była ona pusta, w rogu leżał tylko jeden skrawek tkaniny przykrywający podłogę. Iris odsłoniła płachtę, a oczom dzieci ukazała się spora klapa, którą dziewczynka otworzyła. Pod drewnem ukryty był tunel o wymiarach około siedemdziesiąt na osiemdziesiąt centymetrów, z drabiną przyłożoną do jednej ze ścian.

             - Dziwne – pomyślał królewicz. – Nie przypominam sobie, żebym wchodził po jakichkolwiek schodach, a ten tunel wygląda na długi… - jednak musiał już skończyć rozmyślania, ponieważ Iris jęła schodzić po drabinie i poleciła mu zamknąć za sobą klapę, co też Ryszard uczynił. Schodzili tak oboje przez dłuższy czas, aż nagle królewicz ocknął się jakby z transu i zdał sobie sprawę, że zamiast w dół, porusza się do góry. Zatrzymał się, zdezorientowany.

             - No, dalej! – popędziła go Iris, a Rysiu posłusznie wykonał polecenie.

             Po kilkunastu sekundach tunel się skończył, a królewicz otworzył klapę i wyszedł z szybu. Chwilę później także i Iris zeszła z drabiny, a potem przeszła z Ryszardem kawałek korytarza, pokazując mu punkt na jego końcu. Królewicz z radością rozpoznał swojego ojca i charakterystyczny róg korytarza. Zaczął biec w tamtym kierunku, jednak po chwili przypomniał sobie o czymś.

             - Dzięki za po… - zaczął, odwracając się i urwał. Korytarz za jego plecami był pusty. Po Iris nie było nawet śladu.

             Królewicz odwrócił się z powrotem w kierunku komnaty, dostrzegł, że ktoś otwiera jej drzwi, zbiera się jakieś zbiegowisko, toteż szybko tam pobiegł, by dowiedzieć się, o co chodzi.



***

             Annę obudziły jakieś hałasy w pokoju. Przetarła oczy, przeciągnęła się i zauważyła, że patrzą się na nią, przerażeni, akuszerka, służące, jej mąż i syn. Służących było cztery, w tym jedna z Olgarden.

             - Co się stało? – spytała się zaniepokojona.

             - Wasza Wysokość spała przez ten cały czas? – zapytała akuszerka nieswoim głosem.

             - Tak, to przecież nic złego…

             - Pani, dziś wieczorem stało się coś dziwnego. Wszystkie pamiętamy, jak wchodziła pani tutaj, do komnaty, i jak się pani położyła. Natomiast później… - zaczęła jedna ze służących, ale nie miała odwagi dokończyć.

             - Czarna plama – dopowiedziała za nią akuszerka. – Nie mam pojęcia, jak to się stało, ale przez niespełna trzydziestoma minutami ocknęłam się na korytarzu na drugim piętrze, dosłownie włócząc się bez celu… Podobnie było ze służącymi…

             -  Mnie też zmorzył sen, chwilę później, jak Ryszard poszedł sobie na przechadzkę... – przyznał Jan.

             Na chwilę zapanowała cisza. Królowa powoli przyswajała sobie fakty.

             - Co pamiętasz jako ostatnie, kochanie? – spytał się ją Henryk, zaaferowany.

             - Jak… kładłam się do łóżka…

             - Nie obudziłaś się ani razu, nawet na chwilkę?

             Maria wysiliła swój umysł, ale naprawdę nie pamiętała, żeby się budziła.

             - To w takim razie jakim cudem pani dziecko pojawiło w kołysce, skoro pani spała, a żadna z nas nie była wtedy świadoma? – zadała najciekawsze pytanie akuszerka.– Żadnej z nas przecież nie brakuje.

             - Może któraś z was zrobiła to nieświadomie, w czasie tego transu? – wysunęła przypuszczenie królowa.

              Zapadła tajemnicza cisza. Nikt nie umiał odpowiedzieć na to pytanie, w ogóle cała ta sytuacja była mocno dziwna. Tymczasem Anna podeszła do kołyski i podniosła swoje dziecko. Był to czarnowłosy, pulchny chłopiec. Matka przytuliła swojego syna i powiedziała:

             - Nie dociekajmy już, kto co zrobił, bo żaden z nas nie jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Ważne, że wszyscy żyjemy i jesteśmy zdrowi.Więc po prostu zapomnijmy o tym.

             Na to też wszyscy przystali. Henryk podszedł ze starszym synem do żony i obejrzał swoje drugie dziecko, dumny. Służące i akuszerka też wychodziły już z szoku i zaczęły zajmować się poporodowym łóżkiem. Niebawem wszystko wróciło już do normy.

             Anna, akuszerka ani żadna ze służących nie kłamały. Było teraz o jedną służącą z Olgarden mniej, jednak nikt tego nie dostrzegał. Po jakimś czasie para królewska wróciła do domu, a tam również nikt nie zauważył braku jednej pokojówki. Nikt też nie pamiętał, żeby ktokolwiek taki istniał. No cóż, co wszyscy mogli poradzić na to, że z głów wyparowały im wszystkie wspomnienia dotyczące właśnie tej służącej, wszystkie jej wizerunki i każda o niej wiedza? A raczej, dokładniej mówiąc, że wspomnienia o niej zostały im z głów wyparowane przez osobę zainteresowaną?

            

            

Nowa wersja prologu ,,KW"

Ponieważ poprzedni prolog powstał jakiś rok temu (dopiero w listopadzie postanowiłam kontynuować pisanie), a w tym czasie - wiadomo - człowiek się poprawił i już lepiej trochę pisze ;), postanowiłam napisać go ponownie, dodając kilka istotnych informacji i ubarwiając tekst. Dla tych, którzy już przeczytali całość do rozdziału II - raczej przydałoby się, żebyście przeczytali nową wersję, ponieważ później mogę się odwołać do informacji podanej tylko w tej wersji i nie będziecie wiedzieli, o co chodzi. Post z dawnym prologiem zostawiam, abyście mogli porównać obie wersje, i proszę, powiedzcie mi, czy ta jest lepsza, tak jak mi się wydaje, czy też może zmarnowałam czas.
Klasycznie skończę - zapraszam do czytania! I jeszcze jedna informacja dla Gosi i innych wytrwałych - za kilka godzin już wstawiam koniec II rozdziału :)



***
    Mówiąc zupełnie szczerze, Grodenia to była po prostu dzicz, górzyste pasmo nieużytków i miejsc niedotkniętych stopą cywilizowanego człowieka porośnięte gęstym lasem iglastym z małą domieszką liściastego na północnym zachodzie. Była to spora wina panującej tam od kilku wieków dynastii, z której to monarchowie zdecydowanie bardziej woleli wydawać pieniądze na śluby, zabawy, bale i wesela niż na podstawowe sprawy państwowe. Nie licząc ruin i paru wioseczek, w powierzchniowo dość dużym państwie znajdowała się tylko i wyłącznie stolica, o dźwięcznej, starej i jakże trudnej do wymówienia nazwie Norhethan, którą uczeni tłumaczą po prostu jako Gwiazdę. Owe miasto było, zaskakująco jak na swoje odizolowane położenie, wyjątkowo ładne architektonicznie, a perłą w miejskiej koronie stanowił pałac królewski, potężne zamczysko z surowego kamienia, marmuru i paru innych ładnych budulców, dumnie górujące nad miastem. Grodenia miała też dobrą opinię wśród władców sąsiednich królestw, a niekiedy nawet państwa łączyła przyjaźń pomiędzy ich monarchami.
         W momencie, gdy zaczyna się ta historia, królestwo właśnie traci swojego władcę, czterdziestoośmioletniego króla Zygmunta. Choć monarcha nie był raczej uwielbiany przez poddanych, w państwie zapada obowiązkowa żałoba, mimo wszystko jednak dość krótka. Jedyny syn zmarłego, dwudziestosześcioletni Bolesław szybko godzi się ze śmiercią ojca i wręcz pali się do objęcia władzy. Kroi się gruba uroczystość, tym bardziej, że tymczasem książę znalazł sobie kandydatkę na żonę, już z nim zresztą zaręczoną, i chce połączyć koronację wraz z zaślubinami i weselem.
         Na czas tego typu wydarzeń cały Norhethan dosłownie pływał w bieli, złocie i srebrze. Ludność na kilka dni zapominała, że te pieniądze mogłyby zostać przeznaczone na nową drogę, na przykład, i z ogromnym entuzjazmem dołączała do weselnego szaleństwa. Zjeżdżali się książęta, królowie, księżniczki, wielkie panie, hrabiowie i inne tego typu osobistości zza granicy, w tym i Jan Henryk, król bogatej, nadmorskiej Rewalicji, wraz z małżonką i dwuletnim synem. Weselne stoły wręcz uginały się od ciężaru wspaniałych potraw: udźców, pieczeni i dwojga całych prosiąt ociekających tłuszczem, zup o przedziwnych smakach, plonu grodeńskich upraw, to jest ziemniaków, podanego na tysiące różnych sposobów, wybornych win i różnych innych zamorskich przysmaków, których nie sposób byłoby ani zliczyć, ani wszystkich spróbować. Nie zapominajmy też o deserach – lodach, ciastach, egzotycznych owocach i najrozmaitszych kremach; te z kolei ociekały słodyczą.
         Ale oczywiście najważniejsza była sama kościelna ceremonia, która wyglądała jak wyjęta prosto z jakiejś baśni. Piękny to był widok -świątynia, cała w ślubnej bieli, ozdobiona złotymi oraz srebrnymi dekoracjami, wstęgami i bukietami (w mieście krążyły plotki, że król kazał pokryć płatki kilku bukietów zwykłych róż czystym złotem, lecz ja myślę, że po prostu użyto kwiatów o naturalnie złotawym zabarwieniu), no i oczywiście pełna najznamienitszych gości. Jednak to panna młoda wyglądała zdecydowanie najpiękniej, przy czym jej narzeczony niewiele jej ustępował, będąc przystojnym na poziomie równym urodzie jego narzeczonej. Była to po prostu dwójka ładnych, młodych ludzi, kochających siebie nawzajem i promieniujących szczęściem. A kiedy tuż po powiedzeniu sobie przez nich „tak” zza chmur wyszło słońce, a światło przechodząc przez witraż padło prosto na świeżo upieczonych małżonków, nawet biskup nie miał wątpliwości, że oto właśnie są świadkami zaślubin pary, której związkowi Bóg błogosławi, i że król i królowa z absolutną pewnością będą żyć razem długo i szczęśliwie, jak w prawdziwej baśni.
         Jednak przewidywania w stylu „I będą żyć długo i szczęśliwie, Amen.” legły w gruzach już kilka miesięcy po ślubie. Bolesław, doskonale wdając się w swojego ojca, a nawet prześcigając go w byciu chciwym i egoistycznym, nie zapomniał o wymyśleniu nowych, a przy tym dyskretniejszych sposobów na ograbianie poddanych z majątku. Lilia, bo tak było na imię królowej, szybko zauważyła, że jej mąż nie jest taki czarujący i miły, jaki jej się wydawał przed ślubem. Z lekkim niepokojem zaczęła więc go obserwować, nie przeszkadzając mu jednak w rozkładaniu skrzydeł i wyciąganiu swoich żądnych zysku szponów. Tymczasem królowa zaszła w ciążę. Wiadomość o stanie błogosławionym szybko rozeszła się po dworze, Grodenii i okolicznych państwach, rozradowując wszystkich, gdyż powstanie nowego życia było, jest i zawsze powinno być rzeczą cudowną i niesamowitą. Grodeńczycy cieszyli się najbardziej, gdyż Lilia była ich prawdziwą ulubienicą. Nawet najwięksi  ignoranci podziwiali mądrość i sprawiedliwość królowej.
Na dworze królewskim, oczywiście, cała uwaga została skupiona na brzemiennej, która z tej oto okazji otrzymała cztery dodatkowe pokojówki, własnego medyka, i kilkunastu lokajów, zawsze będących do jej dyspozycji i wręcz zmuszano królową, by ta zlecała każdą możliwą pracę i każdy wysiłek właśnie im. Jednak bycie leniwą władczynią lub bezbronną panienką zupełnie nie było w jej stylu – nic jej nie przeszkadzało w spotykaniu się z poddanymi, dowiadywaniu się o ich problemach i rozwiązywaniu ich. Królowa była uparta i gdy podejmowała decyzję o zajęciu się czymkolwiek, nic nie było w stanie jej zatrzymać. W dalszych miesiącach ciąży władczyni nieco złagodniała i była raczej słodka niż ostra, jednak nigdy nie straciła swojej odwagi i swojego zacięcia do pracy.
Kobieta popełniła jednak fundamentalny błąd, przez co wszystko zaczęło dążyć do nieuchronnego zawalenia się – przestała obserwować i  kontrolować swojego męża. Wyjeżdżała często z zamku, wybierając się na różne spotkania bądź dyskusje i zostawiając Bolesława samego, przez co nieświadomie dawała mu wolną rękę w rozwijaniu swoich chciwych pomysłów. Gdy Lilii nie było w pałacu, król nie krył się dłużej ze swoimi kaprysami -  służba dostawała po głowie za najmniejsze nawet pomyłki, w dodatku monarcha karcił ich i karał w tak manipulatorski sposób, że czuli się winni, choć w rzeczywistości niczego złego nie zrobili. Co bardziej odporni na okłamywanie ich w żywe oczy zdawali sobie sprawę z dwulicowości władcy, jednak nie mówili o niej królowej z dwóch powodów – po pierwsze, bali się represji, a po drugie, dlaczego niby by mieli zatruwać życie ciężarnej jęczeniem o kaprysach króla? Nie mieli przecież zbyt dużo do gadania.
Czas robił swoje. Władczyni stawała się coraz wypuklejsza i szersza, co świadczyło o zdrowym rozwoju królewskiego potomka. Jednak i wtedy Lilia nie przestała pomagać innym. Była inicjatorką wielu remontów w mieście, wielu poddanych dzięki niej otrzymało nowy dom. Ludność błogosławiła jej i dziękowała, lecz ona nie chciała za to żadnych podziękowań – robiła po prostu to, co jej się wydawało słuszne. Zastanawiające było to, że ani rodzice, ani nawet żadni krewni Lilii nie byli znani Grodeńczykom. Bolesław może nawet coś o tym wiedział, ale takiego choleryka strach było zapytać o tę delikatną sprawę, a sama zainteresowana nie lubiła mówić o sobie i zawsze zręcznie zmieniała temat, gdy ktoś ją indagował w sprawie jej przeszłości. W czasie, gdy odbywało się pamiętne wesele, po państwie krążyła plotka, że młoda królowa niegdyś była piękną żebraczką, spotkaną przez księcia gdzieś na zachodzie. Nędzarka ta rzekomo swoją urodą miała uwieść przyszłego władcę. Niektórzy norhethańczycy natomiast twierdzili, iż Lilia z pewnością była buntowniczą córką jakieś bogatego rewalitańskiego kupca i przez sprzeciwienie się woli ojca dotyczącej małżeństwa została wydziedziczona, dlatego to od tamtego czasu nie kontaktuje się z rodziną. Inni zaś uparcie wierzyli w romantyczną historię opowiadającą o losach biednej sierotki, dawniej dziedziczki książęcego majątku, która trafiła na królewski dwór jako kuchenna pomywaczka. Według dalszej opowieści bidulka ta, ciężko pracująca, została kiedyś zauważona przez królewicza i tak rzekomo rozpoczęła się ckliwa miłosna opowieść, pełna romantycznych  i dramatycznych scen, żywcem wręcz z baśni ludowych wyjęta.  Niestety, pierwszej teorii zaprzeczał fakt, iż królowa nie była wcale oszałamiająco piękna, a druga odpadała ze względu na to, że władczyni miała typowo południowe rysy twarzy i raczej nie wyglądała na Rewalitankę lub byłą obywatelkę jakiegokolwiek północnego królestwa. Najbardziej prawdopodobna była więc historia numer trzy, jednak w tą opowiastkę wierzyły co najwyżej sześcioletnie Norhethanki i romantyczne nastolatki marzące o przeżyciu podobnych sytuacji. Grodeńczycy po jakimś czasie przestali dociekać, skąd pochodzi ich królowa, bo w sumie nie była to dla nich jakaś bardzo istotna informacja – bardziej ich interesowało to, że Lilia im pomagała i była dla nich dobra.
Mijały kolejne miesiące, a czas rozwiązania zbliżał się nieubłaganie. W końcu ten długo wyczekiwany dzień nadszedł. Na zewnątrz było chłodno, listopad nie rozpieszczał Norhethańczyków piękną pogodą, jednak nikt w pałacu nie interesował się warunkami atmosferycznymi – cała służba czekała cierpliwie na wiadomości o potomku pary królewskiej, o dziedzicu tronu Grodenii i swoim przyszłym panie, a czas dłużył im się niemiłosiernie.