***
Było
już dobrze po dwunastej, kiedy obie dziewczynki wraz z ich nową mamą były już
umyte, ubrane i po zjedzeniu śniadania. Szczerze mówiąc, Katarzyna była
zaskoczona, jak szybko dziewczynki oswoiły się z pałacowym życiem. Choć tak
ładnej, metalowej balii przyszywane siostry nigdy wcześniej nie widziały, biorąc pod
uwagę cały ich behawior podczas śniadania i kąpieli, zachowywały się jak na
swoje pochodzenie wyjątkowo po królewsku. Patrząc na nie, nie miało się
wrażenia, że to kompletnie zielone wieśniaczki zostały ugoszczone na salonach,
co najwyżej, że są to osoby trochę tylko niewprawione.
Królewna zamierzała przedstawić dziewczynki
swojemu narzeczonemu, gdy tylko wypełni on swoje poranne (a właściwie
okołopołudniowe, znając godzinę, o której król wstawał) obowiązki, to jest
około pierwszej. By Małgosia i Iris się do tego czasu nie nudziły, powiedziała
im trochę o swojej ojczyźnie i o swoim rodzinnym pałacu w stolicy Nerwanii. Z
uśmiechem na twarzy opowiadała im o różnych sytuacjach z jej lat dziecięcych i o
tym, jak to wtedy potrafiła psocić. Śmiała się z dziewczynkami ze swoich
zabawnych potknięć, biorąc to pojęcie zarówno dosłownie, jak i w przenośni.
Spędziły tak miło kilka kwadransów, aż w końcu nadszedł moment spotkania z królem.
Podczas wędrówki korytarzem
Katarzyna dostrzegła, że Iris wygląda jakoś nieswojo. Małgosia była podniecona,
prawie podskakiwała z radości i z zainteresowaniem rozglądała się na wszystkie
strony, natomiast brązowowłosa szła z poważną miną, patrząc się w dywan.
Królewna jednak wytłumaczyła to sobie w ten sposób, że Iris pewnie jest zamyślona albo
lekko się stresuje wizytą u króla. Tuż przed wkroczeniem do sali dziewczyna
zawahała się, czując nagle niepokój. Nasunęła jej się myśl, że Bolesław
niekoniecznie musi się ucieszyć na wiadomość o podjęciu przez nią decyzję o
adopcji. Mimo wszystko jednak weszła.
Król oczekiwał ich w sali tronowej,
co nieco dziwiło, gdyż władca przyjmował tam raczej tylko zagraniczne
delegacje i inne tego typu formalne sprawy. Gdy usłyszał dźwięk otwieranych
drzwi, podniósł głowę.
- Witaj – przywitał Katarzynę król,
a na jego twarzy pokazało się coś w rodzaju półuśmiechu. – Kim one są? – dodał, spostrzegając dziewczynki. Po uśmiechu nie było już nawet śladu.
- Właśnie w tej sprawie chciałam
się z tobą spotkać – zaczęła królewna. Już dawno przeszła z Bolesławem na „ty”.
– Wczoraj wieczorem byłam świadkiem śmierci ich matki. Nikt się nimi nie
zainteresował, a gdy poszłam z nimi do sierocińca, zobaczyłam tam scenę, w
której przełożona biła i krzyczała na podopiecznego. Jestem oburzona takim
traktowaniem dzieci i chciałabym, abyśmy się tym w jakiś sposób zajęli. A co do
dziewczynek, to postanowiłam, że je przygarnę. No więc, co ty na to?
Bolesław milczał. Szczerze mówiąc,
w ogóle nie podobał mu się ten pomysł i zastanawiał się, w jaki sposób w miarę
delikatnie to swojej narzeczonej wyperswadować. Tymczasem przyjrzał się jednej
z dziewczynek. Miała około czterech lat, była ruda, pulchna i dość brzydka.
Przeniósł wzrok na drugą, a ta jak na komendę podniosła głowę. Oczy o
identycznym kolorze spotkały się po raz drugi w ciągu życia obojga ich
właścicieli, a w Bolesława jakby grom strzelił. Rozpoznał swoją starszą córkę;
rozpoznał swoje dziecko, którego się tuż po jego narodzeniu wyparł, którego
matkę skazał na śmierć i którego wolałby już nigdy nie spotkać. Prawie
podskoczył z wrażenia. Co najgorsze, wyglądało na to, że ona też go rozpoznała,
ba! – że nie ma absolutnie żadnych wątpliwości co do tego, iż jest jego córką.
W głowie króla kłębiło się mnóstwo pytań – to, że królowa i bliźniaczki żyją,
nie było dla niego tajemnicą, ponieważ cztery lata temu chłopcy wrócili z misji
przerażeni, krzycząc, że ta wiedźma ich prawie zabiła, ale nie miał pojęcia,
dlaczego nagle tylko jedna z jego córek znalazła się u jakiejś mieszczanki,
gdzie jest ta druga, czemu nie są razem z ich matką i ogólnie jak brązowowłosa
trafiła do miasta, z którego przecież Lilia uciekła.
Nieco speszona Katarzyna widząc, że król jakoś nie
bardzo cieszy się jej decyzją, poleciła dziewczynkom przedstawienie się.
- Ja jestem Małgoziatka – ruda
zawsze miała problem z wymówieniem swojego imienia. – Dzień dobly.
- Nazywam się Iris, Wasza Wysokość
– Bolesław aż zadrżał na dźwięk wyjątkowo dorosłego i donośnego jak na wiek
jego córki głosu. Zdawało mu się, że ostatnie dwa wyrazy dziewczynka wymówiła z
lekką ironią, co jeszcze bardziej wzmogło strach monarchy. Z pewną złością
zareagował też na jej imię. Iris, oczywiście. Bardziej czarodziejskiego imienia
jego kochana żona nie mogła wymyślić. Lilia brzmiała jeszcze w porządku, ale
dalsze brnięcie w kwiatowe imiona było już lekką przesadą.
- Więc, co ty na to? – spytała się
ponownie Katarzyna, czując się coraz bardziej niepewnie.
Król przez cały czas intensywnie
myślał:
- Jak się nie zgodzę, to na pewno
spyta się mnie, dlaczego nie. Nawet jeśli jakoś z tego wybrnę i podam jakieś
argumenty, to ona prawie na sto procent i tak będzie obstawiała przy swoim. A
jeśliby jednak udało mi się ją jakoś przekonać, to wtedy to diabelskie dziecko po
trafieniu do sierocińca (ach, dlaczego ono musiało być do mnie podobne, gdyby
nie to, wszystko byłoby łatwiejsze!) z pewnością wszystkim wygada, kim jest i
na co zasługuje, i to zupełnie słusznie – jest przecież pierwszą w kolejce
dziedziczką tronu! Już ja dobrze wiem – lamentował w myślach Bolesław –
rozpowie wszystkim, znam takich ludzi doskonale! Potem zaczną się pytania,
dlaczego ona żyje, przecież i matka, i dzieci miały umrzeć cztery lata temu, a
gdy się całe państwo dowie… Nie, nie może do tego dojść, po prostu nie może! –
zakrzyknął, również w myślach. – No, niestety, wolałbym trzymać pod swoim
łóżkiem hodowlę jadowitych pająków, niż podjąć taką decyzję, ale nie ma innego
wyjścia – muszę pozwolić Katarzynie na adopcję dziewczynek, a to znaczy, że
będę zmuszony do traktowania Iris, tego diabła, tej smarkuli, tej czarownicy
przeklętej, jak własnej córki, niech ją krew zaleje!
- W porządku – król podsumował
swoje rozmyślania słabym, rozdygotanym głosem, nerwowo przełykając ślinę –
Mogą… mogą zostać.
Katarzyna uśmiechnęła się,
uspokojona. Kamień spadł z jej serca. Była już przekonana, że jej narzeczony
się nie zgodzi. Co wtedy powiedziałaby dziewczynkom? Królewna przez ten cały
czas nie zauważyła zestresowania Bolesława, jednak Iris widziała to jak na
dłoni. Obserwowała czujnie swojego ojca, gdyż intuicja jej podpowiadała, że z
tym monarchą trzeba być ostrożnym. Dziewczynka właściwie nie miała pojęcia,
skąd wie o tym, że Bolesław jest jej tatą. Nikt nigdy jej tego nie powiedział,
po prostu zawsze miała tego świadomość, jakby zostało to jej wyryte w mózgu
tuż po urodzeniu.
- Może jakoś to wszystko przyschnie
i prawda nigdy nie wyjdzie na jaw – pocieszył się w myślach król, gdy Katarzyna
z dziewczynkami już wychodziły z komnaty. – O tak, o to na pewno się postaram!
– przysiągł sobie.
***
- Jesteś pewna, że możesz jechać?
- Tak, czuję się świetnie, przestań
w końcu się o to pytać!
W siedzibie rewalitańskiej pary
królewskiej panował prawdziwy chaos. Służba biegała, nieustannie zajęta a to
sprzątaniem, a to pakowaniem bagaży jednego z monarchów, a w centrum tego
wszystkiego byli król i królowa, pomiędzy którymi toczył się prawdziwy
konflikt.
- Przecież ty nie dalej jak za tydzień
będziesz rodzić, nie lepiej będzie, jak zostaniesz w domu? – przekonywał Jan
Henryk, jednak jego żona była nieugięta.
- Potwierdziliśmy już zaproszenie,
powiedzieliśmy, że na pewno przyjedziemy oboje, a ty teraz nagle masz to
wszystko w nosie i żądasz, żebym nie jechała, tylko dlatego, że mam niedługo
rodzić dziecko? – Anna Maria starała się zachowywać spokój, jednak nerwy trochę
jej wysiadały. Rozumiała, że jej mąż chce, żeby została, bo się o nią troszczy,
ale dajcież spokój – nie była przecież umierająca, nawet ją brzuch nie bolał!
- Rysiu tak bardzo chciał jechać, a
przecież beze mnie tam nie pojedzie… Ty się przecież nie umiesz zajmować
dziećmi!
- Umiem! – zakrzyknął król, lekko
obrażony. – W swoim czasie sam mu zmieniałem pieluchy, chociaż miałem do
dyspozycji wszystkich służących!
- To się nie liczy… - powiedziała
Anna, jednak nie mogła się powstrzymać od uśmiechu. Po chwili oboje już pokładali
się ze śmiechu, padając sobie w ramiona.
Oboje byli jeszcze młodzi, przed trzydziestką.
Małżeństwem byli od siedmiu lat i mieli prawie sześcioletniego synka Ryszarda.
Jan Henryk, brązowowłosy sangwinik o wesołych, brązowych oczach, był kimś w
stylu przyjaciela grodeńskiego króla Bolesława. Razem z żoną, czarnooką i
czarnowłosą Anną Marią, był na jego pierwszym ślubie pięć i pół roku
wcześniej i bardzo mu współczuł, gdy półtora roku później podczas porodu
zmarła jego żona. Teraz, gdy Grodeńczyk brał ślub po raz drugi, Jan,
zaproszony, wybierał się na uroczystość wraz z żoną, synem i częścią służby.
Problem leżał w tym, że obecnie to Anna była w zaawansowanej ciąży i lada dzień
miała rodzić, a termin wydarzenia zbliżał się wielkimi krokami. Henryk po
prostu trochę się bał zabierać Marię na ślub – nie wyobrażał sobie bez niej
życia i prawdopodobnie umarłby z rozpaczy, gdyby to ona zmarła podczas porodu.
- Ale… - król próbował jeszcze coś
zdziałać, ale już był prawie całkowicie przekonany o porażce.
- Nic mi się nie stanie, obiecuję –
przytuliła męża Anna Maria. – Nie mam zamiaru umierać w ciągu najbliższych
dwudziestu lat – uśmiechnęła się.
- No... dobrze – pękł w końcu Jan. –
Ale biorę cię za słowo!
Wyruszyli nazajutrz o świcie, gdy
już wszystkie bagaże były spakowane, służba pouczona, a karety gotowe (jedna
dla Ich Wysokości wraz z synem, druga dla służby). Stolica Rewalicji, Olgarden,
gdzie mieszkali król i królowa, była miastem portowym i znajdowała się na
północy. Królestwo było dość duże, więc aby dostać się do Norhethanu trzeba
było przebyć długą trasę przez całą Rewalicję, a potem także przez Grodenię,
cały czas kierując się na południowy wschód. Była to podróż przynajmniej
dwudniowa z jednym noclegiem w trasie, i z takiego też planu skorzystała para
królewska – zatrzymali się na noc niedaleko granicy, by potem móc dotrzeć na
miejsce po południu dwa dni przed uroczystością.
Tymczasem w Norhethanie panowało
takie zamieszanie, taki rozgardiasz i taki chaos przedślubny, że przygotowania
do podróży w olgardeńskim pałacu mogły się schować. Dawno w mieście nie
widziano podobnego rozradowania ludu, natłoku dostojnych gości,
bukietowo-dekoracyjnych białych potopów, lawin płatków białych róż, pierzastych
gołąbków, transparentów, wstążek, chorągiewek; słowem, od jakiegoś czasu
norhethańczycy ani razu na oczy nie widzieli podobnego przesytu. Dokładniej
mówiąc, od pięciu lat i sześciu miesięcy. Choć wszyscy twierdzili, że tym
razem jest o wiele piękniej niż na zaślubinach Bolesława z Lilią, prawda była
taka, że wszystko w zasadzie wyglądało bardzo podobnie, jeśli nie tak samo jak
na tamtym weselu.
Sama uroczystość w kościele była
najzwyczajniej w świecie kalką wydarzenia sprzed kilku lat. Świątynia była
przyozdobiona podobnymi białymi płachtami i złoto-srebrnymi dekoracjami, nawet
skład gości był prawie taki sam. Jedyną różnicą było to, że pod koniec na parę
nie padł promień światła przebijający się przez witraż, ale też należy wziąć
pod uwagę, że była zupełnie inna pora roku, nikt nie spodziewał się słońca w
listopadzie. Minęło już trochę czasu, dlatego też goście nie widzieli tak wyraźnie
tych podobieństw, a osoby, które je dostrzegały, sądziły, że w ten sposób
Bolesław chce oszukać swoją pamięć i pozbyć się smutnych wspomnień o swojej
zmarłej żonie, zastępując je nowymi w identycznej scenerii, no i oczywiście
wstawiając Katarzynę na miejsce Lilii. Natomiast Jan Henryk podczas
uroczystości stopniowo przypominał sobie elementy tamtego wesela, by potem
zmarnować kilka godzin na rozmyślaniu, dlaczego Grodeńczyk dosłownie skopiował
całą uroczystość. Teoria, jaką wysnuwali współgoście, nie bardzo go
przekonywała, jednak z braku innej uznał właśnie ją za właściwą.
Weselne jedzenie również zbytnio
nie odbiegało od posiłków sprzed niecałych sześciu lat. Znalazły się tam te same
udźce, te same pieczenie, podano nawet dwoje całych prosiąt ociekających
tłuszczem przygotowanych według identycznego przepisu. Jednak, w
przeciwieństwie do części kościelnej, tutaj dostrzegalne było kilka różnic –
brakowało kilku smaków zup oraz kilku ciast, zapewne lubianych tylko przez
zmarłą królową, było też zdecydowanie mniej grodeńskich ziemniaków, pojawiły
się za to spore ilości nerwańskiego przysmaku, to jest żółtego sera. Większy
wybór z kolei goście mieli w wyborze win i innych napojów, zadbano także, by
nieletni przybysze (a właściwie tylko jeden – syn Anny i Jana) mieli coś
bezalkoholowego do picia. Posiłek wcale nie przebiegł w sztywnej, formalnej
atmosferze, a skąd! Wszyscy cieszyli się szczęściem pary młodej, wznoszono
toasty na ich cześć, jedzono ze smakiem i z entuzjazmem, tańczono, aż miło było
na gości patrzeć. W zasadzie tylko jedna osoba nie tańczyła, rzadko też się
uśmiechała, siedząc cały czas spięta i z niemrawą miną. Była nią Anna.
Już w kościele Annę Marię rozbolał
brzuch, jednak nie zwróciła na to większej uwagi – w tak zaawansowanej ciąży
był on prawie na porządku dziennym. Lecz z mijającymi minutami ból stawał się
coraz silniejszy, a królowa zaczęła się denerwować. Henryk, widząc jej niezbyt
zadowoloną minę, spytał się, czy wszystko w porządku, jednak ona szybko zbyła go, twierdząc, niezbyt szczerze, że nic jej się nie stało ani nie
dzieje. Była już prawie pewna, co ten ból zwiastuje, ale na razie nie chciała
tego ujawniać i przyznawać racji obawom swojego męża sprzed kilku dni. Lecz gdy
wieczerza się skończyła, a wniesiono desery, poczuła, że to właśnie ten moment
i że nie może już tego dłużej ukrywać. Jej potomek chciał przyjść na świat
właśnie teraz i dramatycznie domagał się, by udzielono mu pozwolenia na
wydostanie się. Anna wstała z trudem i wykonała kilka kroków w stronę męża. On,
widząc to, podbiegł do niej i złapał żonę w ostatnim właściwie momencie –
właśnie miała runąć na posadzkę, nagle słabnąc. Gdy wstawała, Maria poczuła
czyjeś małe dłonie pomagające je dźwignąć się na nogi – to jej synek, Rysiu
kochany, podbiegł wesprzeć swoją mamę.
- Co się dzieje? - spytał się Jan,
przerażony, a po chwili zaczął już się domyślać. - To już..?
-Tak – odpowiedziała mu Anna słabym
głosem.
Na szczęście nie trzeba mu było niczego
więcej wyjaśniać. Podszedł do gospodarzy i na ucho powiedział im o zaistniałej
sytuacji, na co oboje wstali ze zrozumieniem i jęli wydawać polecenia służbie.
Dopiero po jakimś czasie Henryk zdał sobie strawę, że jest obserwowany. Goście,
zainteresowani przerwaniem jedzenia przez Bolesława i Katarzynę, wlepili wzrok w
trójkę Rewalitan jako sprawców sensacji. Niedługo jednak mieli okazję ich
obserwować, gdyż już po kilku minutach gospodyni wyprowadziła ich z sali i
poprowadziła ciemnym korytarzem do niedalekiej komnaty, w której już na
Marię czekał akuszerka i pięć służących do pomocy, w tym dwie przywiezione
tutaj przez samą Rewalitankę. Królowa położyła się na łóżku, szczęśliwa, że już nie musi stać ani chodzić,
natomiast Katarzyna wyszła i zamknęła drzwi, odgradzając rodzącą od męża i
syna, by miała ona święty spokój.
***
Nad Norhethanem zapadał zmrok.
Słońce już dawno zaszło, chowając się za wysokie góry na horyzoncie. Anna Maria
ocknęła się ze snu i zdała sobie sprawę, że już jest po wszystkim, a jej
dziecko znajduje się w ramionach jednej z jej olgardeńskich służących. Królowa
nie była w stanie dostrzec, czy jest to chłopiec, czy dziewczynka, widziała
tylko czarne włoski noworodka. Maria czuła się dziwacznie – potwornie chciało
jej się spać, miała jakby zablokowany umysł i nie bardzo kojarzyła fakty, nie przypominała sobie też, żeby zasypiała przy porodzie. Chcąc coś
powiedzieć, uświadomiła sobie, że ma bardzo suche gardło i wargi, więc poprosiła
służącą o szklankę czegoś do picia. Ta odłożyła dziecko do kołyski, a po chwili
podała swojej władczyni kubek wypełniony cieczą podobną w wyglądzie i
bezbarwności do wody. Królowa wypiła, odłożyła szklankę, a po chwili zamknęła
oczy i zasnęła. Niczego więcej już nie pamiętała.
***
Ryszard dawno już znudził się
czekaniem przy drzwiach komnaty, w której miał się urodzić jego braciszek lub
siostrzyczka, tym bardziej, że minęło kilka godzin, a nic się nie działo. Tato
mu powiedział, że gdy on, Rysiu, przychodził na świat, też tyle to trwało,
jednak jego syn i tak nie zamierzał cierpliwie siedzieć w jednym miejscu.
Znajdował się przecież w starym zamku, który aż zachęcał do jego zwiedzania i poodkrywania. Jan nie miał nic przeciwko temu, żeby jego dziecko pochodziło sobie
po pałacu, ostatecznie królewicz nie był przecież niemowlakiem. Rysiu więc, uradowany, od razu
zaczął ekspedycję, i od tamtego czasu cały czas szwendał się po zamczysku,
oglądał portrety i robił wszystkie te rzeczy, jakie robi się podczas wyprawy w
głąb ciemnych korytarzy starego zamku. Szczerze mówiąc, trochę go trwożyła wszechobecna,
rozpraszana przez nieliczne świece ciemność i cisza, ale jednocześnie oba te
elementy tylko podsycały jego ciekawość. Zastanawiał się, co też może się kryć
za rogiem, czy ktoś w tej części zamku mieszka i czy ktokolwiek w ogóle tutaj
bywa.
Ryszard szedł tak sobie spokojnie, gdy nagle zauważył czyjąś sylwetkę w ciemności. Podszedł bliżej; postać stała
przy oknie i księżyc oświetlał jej twarz, dlatego chłopiec mógł się jej przyjrzeć.
Była to dziewczynka w granatowej sukience, trochę młodsza od Ryszarda. Miała
długie, brązowe włosy i szare oczy, całkowicie skupione na obserwacji nieba.
Wyglądała na bardzo zajętą, toteż chłopiec podszedł do niej, nic nie mówiąc, by
jej nie przeszkodzić.
- To ty jesteś tym rewalitańskim
królewiczem, który przyjechał z rodzicami na ślub Katarzyny – powiedziała nagle
dziewczynka, nie odrywając oczu od tarczy księżyca. Książę prawie podskoczył z
zaskoczenia. Nie sądził, że ona w ogóle go zauważyła, tak była skupiona na
niebie.
- Tak, mam na imię Ryszard, a ty? –
odpowiedział królewicz nieco niepewnie, ale życzliwie.
- Iris.
- Co Iris? – nie załapał Rysiu.
- Mam na imię Iris – powtórzyła
dziewczynka, cały czas nie odrywając wzroku od nocnego nieba.
- Aha. Kim jest dla ciebie
Katarzyna?
- Przybraną mamą. Przygarnęła mnie
i moją siostrę Małgosię dwa miesiące temu, gdy nasza prawdziwa mama zmarła.
- A gdzie jest teraz Małgosia?
- Śpi.
- Nawiasem mówiąc, czy ty też nie
powinnaś?
- Nie – odpowiedziała mistrzyni
lakonicznych wypowiedzi.
Zapadła cisza. Rysiu nie wiedział,
co ma powiedzieć. Iris wydawała mu się bardzo dziwna.
- Dzisiaj są moje czwarte urodziny
– wtrąciła dziewczynka, a królewicz westchnął z ulgą. W końcu było coś, o czym
mogliby normalnie porozmawiać!
- Wszystkiego najlepszego! – złożył
życzenia Ryszard. Był bardzo dobrze wychowany. – Ja niedługo będę mieć szóste! –
pochwalił się.
- Kiedy? – spytała Iris z umiarkowanym
zainteresowaniem.
- W kwietniu!
- To fajnie – odpowiedziała dziewczynka.
Dopiero teraz królewicz zauważył, że Iris jest smutna.
Potem zrobiło się jakoś
niezręcznie. Przybrana córka Katarzyny ciągle wpatrywała się w niebo
smutnymi oczyma, nie odzywając się, a Rysiu gdzieś w głębi serca poczuł, że nie
jest tu mile widziany. Odwrócił się od dziewczynki i spojrzał na ciemny
korytarz. Wtedy sobie uświadomił, że nie ma zielonego pojęcia, gdzie jest tamta
komnata, w której rodziła jego mama. Stanął więc na środku holu, bezradny.
Nagle usłyszał głos Iris:
- Mogę cię tam zaprowadzić.
Ryszard odwrócił się i zdumiał –
dziewczynka nie patrzyła się już na niebo, tylko prosto w jego stronę. Doznał
dziwnego uczucia, kiedy popatrzył prosto w jej smutne, szare oczy.
- Naprawdę, wiesz, że przyszedłem
spod komnaty na rogu przy sali jadalnej?
- Tak – odpowiedziała krótko Iris.
- Skąd? – chciał jednak wiedzieć królewicz
- Powiedziałeś mi to przed chwilą.
Teraz już, proszę, o nic się nie pytaj, tylko po prostu za mną idź – i dziewczynka ruszyła
odcinkiem korytarza jeszcze Ryszardowi nie znanemu, biegnąc w kierunku, w jakim on zmierzał podczas swojej
wcześniejszej wędrówki. Po kilkudziesięciu sekundach weszli do jednej z komnat.
Była ona pusta, w rogu leżał tylko jeden skrawek tkaniny przykrywający podłogę.
Iris odsłoniła płachtę, a oczom dzieci ukazała się spora klapa, którą dziewczynka
otworzyła. Pod drewnem ukryty był tunel o wymiarach około siedemdziesiąt na osiemdziesiąt centymetrów, z drabiną przyłożoną
do jednej ze ścian.
- Dziwne – pomyślał królewicz. –
Nie przypominam sobie, żebym wchodził po jakichkolwiek schodach, a ten tunel
wygląda na długi… - jednak musiał już skończyć rozmyślania, ponieważ Iris jęła
schodzić po drabinie i poleciła mu zamknąć za sobą klapę, co też Ryszard
uczynił. Schodzili tak oboje przez dłuższy czas, aż nagle królewicz ocknął się
jakby z transu i zdał sobie sprawę, że zamiast w dół, porusza się do góry.
Zatrzymał się, zdezorientowany.
- No, dalej! – popędziła go Iris,
a Rysiu posłusznie wykonał polecenie.
Po kilkunastu sekundach tunel się
skończył, a królewicz otworzył klapę i wyszedł z szybu. Chwilę później także i
Iris zeszła z drabiny, a potem przeszła z Ryszardem kawałek korytarza,
pokazując mu punkt na jego końcu. Królewicz z radością rozpoznał swojego ojca i
charakterystyczny róg korytarza. Zaczął biec w tamtym kierunku, jednak po
chwili przypomniał sobie o czymś.
- Dzięki za po… - zaczął,
odwracając się i urwał. Korytarz za jego plecami był pusty. Po Iris nie było
nawet śladu.
Królewicz odwrócił się z powrotem w
kierunku komnaty, dostrzegł, że ktoś otwiera jej drzwi, zbiera się jakieś
zbiegowisko, toteż szybko tam pobiegł, by dowiedzieć się, o co chodzi.
***
Annę obudziły jakieś hałasy w
pokoju. Przetarła oczy, przeciągnęła się i zauważyła, że patrzą się na nią,
przerażeni, akuszerka, służące, jej mąż i syn. Służących było cztery, w tym
jedna z Olgarden.
- Co się stało? – spytała się
zaniepokojona.
- Wasza Wysokość spała przez ten
cały czas? – zapytała akuszerka nieswoim głosem.
- Tak, to przecież nic złego…
- Pani, dziś wieczorem stało się
coś dziwnego. Wszystkie pamiętamy, jak wchodziła pani tutaj, do komnaty, i jak
się pani położyła. Natomiast później… - zaczęła jedna ze służących, ale nie
miała odwagi dokończyć.
- Czarna plama – dopowiedziała za
nią akuszerka. – Nie mam pojęcia, jak to się stało, ale przez niespełna
trzydziestoma minutami ocknęłam się na korytarzu na drugim piętrze, dosłownie
włócząc się bez celu… Podobnie było ze służącymi…
- Mnie też zmorzył sen, chwilę później, jak
Ryszard poszedł sobie na przechadzkę... – przyznał Jan.
Na chwilę zapanowała cisza. Królowa
powoli przyswajała sobie fakty.
- Co pamiętasz jako ostatnie,
kochanie? – spytał się ją Henryk, zaaferowany.
- Jak… kładłam się do łóżka…
- Nie obudziłaś się ani razu, nawet
na chwilkę?
Maria wysiliła swój umysł, ale
naprawdę nie pamiętała, żeby się budziła.
- To w takim razie jakim cudem pani
dziecko pojawiło w kołysce, skoro pani spała, a żadna z nas nie była wtedy świadoma?
– zadała najciekawsze pytanie akuszerka.– Żadnej z nas przecież nie brakuje.
- Może któraś z was zrobiła to nieświadomie,
w czasie tego transu? – wysunęła przypuszczenie królowa.
Zapadła tajemnicza cisza. Nikt nie umiał
odpowiedzieć na to pytanie, w ogóle cała ta sytuacja była mocno dziwna.
Tymczasem Anna podeszła do kołyski i podniosła swoje dziecko. Był to
czarnowłosy, pulchny chłopiec. Matka przytuliła swojego syna i powiedziała:
- Nie dociekajmy już, kto co
zrobił, bo żaden z nas nie jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Ważne, że
wszyscy żyjemy i jesteśmy zdrowi.Więc po prostu zapomnijmy o tym.
Na to też wszyscy przystali. Henryk
podszedł ze starszym synem do żony i obejrzał swoje drugie dziecko, dumny.
Służące i akuszerka też wychodziły już z szoku i zaczęły zajmować się poporodowym
łóżkiem. Niebawem wszystko wróciło już do normy.
Anna, akuszerka ani żadna ze
służących nie kłamały. Było teraz o jedną służącą z Olgarden mniej, jednak nikt
tego nie dostrzegał. Po jakimś czasie para królewska wróciła do domu, a tam
również nikt nie zauważył braku jednej pokojówki. Nikt też nie pamiętał, żeby
ktokolwiek taki istniał. No cóż, co wszyscy mogli poradzić na to, że z głów wyparowały
im wszystkie wspomnienia dotyczące właśnie tej służącej, wszystkie jej
wizerunki i każda o niej wiedza? A raczej, dokładniej mówiąc, że wspomnienia o
niej zostały im z głów wyparowane przez osobę zainteresowaną?