piątek, 20 czerwca 2014

Część II rozdziału III ,,KW"

Dziękuję wszystkim, który to czytają :)



***

             Pierwszą rzeczą, jaką poczuła Iris, był gęsty dym wiszący w powietrzu. Królewna otworzyła oczy i krzyknęła. Cała komnata stała w płomieniach. Dziewczynka zerwała się z łóżka, przerażona, i wtedy zorientowała się, że pomieszczenie, w którym się znajdowała, nie jest wcale jej pokojem – nigdzie nie było widać ani Małgosinego łóżka, a tym bardziej samej Gosi;  pokój miał inne wyposażenie, a drzwi i okna  były w innych miejscach. To jeszcze bardziej przeraziło brązowowłosą. Dziewczynka wybiegła z komnaty, kaszląc nieustannie i starając się, by nie zajęła się jej długa koszula nocna, a następnie najszybciej, jak tylko się da, podążyła nieznajomym korytarzem. Gęsty dym jednak robił swoje. Iris zdążyła przebiec zaledwie kilkadziesiąt metrów korytarza, a już prawie się dusiła. Królewna padła na podłogę, wyczerpana. Przed utratą przytomności brązowowłosa zdążyła jeszcze dostrzec niewyraźną sylwetkę kobiety biegnącej w jej stronę, a potem już obraz całkowicie rozpadł się, a dziewczynka obudziła się, zlana potem.

 ***

             - Iris, wstawaj! – Małgosia systematycznie potrząsała ramieniem siostry. – Jest już prawie wpół do ósmej!

             Brązowowłosa w końcu obudziła się, dysząc spazmatycznie. Popatrzyła się na siostrę z przestrachem, a potem zamknęła oczy i padła na poduszki z ulgą.

             - Coś się stało? – spytała się Gosia, zaniepokojona.

             - Nie, to… To był tylko zły sen.

             - Aha – uspokoiła się Małgorzata i energicznie odeszła od łóżka siostry. – Ja bym na twoim miejscu już wstawała i ubierała się, za chwilę śniadanie – rzuciła znad toaletki, gdzie jęła przeczesywać swoje bujne, rude loki, które ostatnio zaczynały nieco brązowieć, co nadawało im kasztanowatej barwy.

             Brązowowłosa niechętnie usiadła na brzegu łóżka. Czuła się jak oklapnięty balonik, z którego niby powietrze uleciały wszystkie siły. Bolały ją wszystkie mięśnie i kości, mimo tego jednak wstała i przemyła twarz wodą z miski, którą przytargała tam kochająca czystość i higienę Gosia. Iris na chybił-trafił wyciągnęła jedną sukienkę z szafy, włożyła ją i przeczesała swoje rozczochrane, proste włosy. Po jakimś czasie szła już z radosną jak skowronek siostrą na poranny posiłek.

              Śniadanie dodało jej nieco energii i dziewczynka już z podniesioną głową dokończyła swój kawałek chleba z masłem. Dodatkowo podniósł ją na duchu fakt, iż była niedziela, a to znaczyło, że oprócz obowiązkowego udziału we Mszy Świętej w południe razem z Małgosią będą mogły robić przez cały dzień to, na co tylko mają ochotę, gdyż tego dnia nie było żadnych lekcji. Przywilej ten nadał dziewczynkom Bolesław, który po cichu obawiał się, że jego przybrane córki mogą się nauczyć zbyt wiele, a tym samym stać się mądrzejsze od niego samego. Mający już swoje lata i szybko męczący się profesor chętnie przystał na taką zmianę, nie mówiąc już o absolutnie uradowanych przybranych siostrach. 

             W niedziele po śniadaniu Gosia zwykle chwytała ulubioną miotełkę i brała się za sprzątanie, i to też zrobiła tamtego dnia. Tuż po posiłku dziewczynka zerwała się, podziękowała i jak najszybciej pobiegła korytarzem w stronę składziku dla służby, a Iris jak zwykle została sama. Szatynka prawie zawsze w takich sytuacjach szła do biblioteki, jednak tamtej niedzieli królewna wybitnie nie miała na to ochoty. Po krótkich rozmyślaniach przyszło jej do głowy, że miałaby w sumie ochotę pójść do miasta na mały spacer. To też uczyniła.

             Był ciepły majowy dzień. Słońce świeciło, a po niebie płynęły sobie spokojnie zwały bitej śmietany zbudowane ze skondensowanej pary wodnej, zwane chmurami. Lekki wietrzyk miło chłodził plecy mieszkańców, którzy właśnie zabierali się do pracy. Iris, szczerze mówiąc, nie przepadała za słońcem i latem. Dziewczynka szybko zgrzała się w swojej ciemnej sukience z długimi rękawami. Gdy zszedłszy z pałacowego wzgórza, królewna znalazła się na placu, była zlana potem. Dysząc, dziewczynka zgarnęła swoje gęste włosy z mokrego karku i związała je znalezioną w kieszeni wstążką, to pomogło jej odrobinę.

             Iris całkowicie już odzwyczaiła się od zabaw na świeżym powietrzu. Przed śmiercią Elżbiety i przygarnięciem przez Katarzynę razem z Małgosią wielokrotnie biegała po mieście nawet w cieplejsze dni i w zasadzie nigdy nie zmęczyła się tak jak wtedy, po zwykłym zejściu ze wzgórza. Królewna nie była tym zadowolona. Nieco zirytowana, dziewczynka zaczęła spacerować po placu.

         Już po kilku minutach poczuła się nieswojo. Wydawało jej się, że ktoś ją przez cały czas obserwuje. I miała rację – norhethańczycy byli zdumieni samotnym pojawieniem się nieletniej królewny w mieście, wśród zwykłych ludzi. Nigdy nie przepadali za oboma adoptowanymi córkami Katarzyny, a że tym razem jedna z nich pojawiła się sama na placu, bez żadnej ochrony lub towarzystwa, mieszkańcy nawet nie starali się ukrywać swojej złośliwości, bezwstydnie plotkując między sobą o dziewczynce tuż przed jej oczami i zerkając na nią szyderczo. Brązowowłosa była zbyt spostrzegawcza i inteligentna, by tego nie zauważyć. Iris podeszła do jednego z kramów. Handlarz przerwał na chwilę rozmowę z piekarzem i popatrzył się na dziewczynkę niechętnie.

         - Witaj, Wasza Wysokość, w czym mogę pomóc? – powitał ją ze sztucznym uśmiechem i doskonale słyszalną kpiną, zwłaszcza w drugim i trzecim wyrazie.

         - Mam na imię Iris – odpowiedziała dziewczynka.

         - Proszę? – zarówno handlarz, jak i piekarz byli szczerze zdumieni odpowiedzią dziewczynki.

         - Nie ma potrzeby, by zwracać się do mnie per ,,Wasza Wysokość”, wystarczy nazywać mnie po imieniu.

         Inni sprzedawcy, słysząc te słowa, przerwali rozmowy i podnieśli głowy znad kramów. Wszyscy dokładnie pamiętali sytuację sprzed kilku laty, gdy ukochana przez nich świętej pamięci Lilia wypowiedziała dokładnie te same słowa. Szczerze mówiąc, właśnie przez to     solidaryzowanie się z ludnością władczyni zyskała ich miłość.

         - Moja siostra także tego nie potrzebuje – kontynuowała dziewczynka.

         - Dobrze, Wasza… Dobrze, Iris – odpowiedział z przyzwyczajenia piekarz, jednak po chwili poprawił się.

         - Dziękuję – dziewczynka uśmiechnęła się szczerze. – A teraz, czy mogłabym pana poprosić o tamtą bułeczkę? – wskazała leżący na półce wypiek.

         - Oczywiście – odparł mężczyzna, jeszcze bardziej zdumiony, a po chwili podał królewnie torebkę z pieczywem. A gdy ze słowami ,,Reszty nie trzeba” brązowowłosa położyła na ladzie złotą monetę, piekarz był już całkowicie zszokowany.

         - Pani, ta bułka… Znaczy się… Iris, ta bułka kosztuje kilkanaście razy mniej!

         - Może i tak, ale widząc, ile takich smacznych bułeczek leży na twojej półce tak wcześnie rano, sądzę, że za tak ciężką pracę należy ci się to skromne wynagrodzenie. A teraz wybaczy pan, ale muszę już iść. Do widzenia! – i z tymi słowami dziewczynka odeszła od kramu i opuściła plac, wchodząc w jedną z ulic i nawet nie zauważyła, w jakim szoku pozostawiła wszystkich mieszkańców miasta.

***

 Cichy świergot ptaków. Delikatny dźwięk szemrzącego strumyka. Łagodne światło prostymi promieniami przebijające się przez korony drzew. Zapach wilgotnej trawy. Żadnych miejskich hałasów. Czysta rozkosz przebywać w takim miejscu. Iris w przypływie ogromnego szczęścia podbiegła do jednego ze świerków i czule go objęła, wtulając swój nos w pachnącą żywicą korę.

Dziewczynka chętnie opuściła miasto – z każdą minutą słońce prażyło coraz mocniej, nagrzewając kamienne ulice, a korony leśnych drzew przepuszczały niewiele światła. Gdy szatynka wychodziła z Norhethanu przez południową bramę, królewnę zdziwiło trochę to, że w okolicy nie widziała żadnych mieszkańców ani nawet strażników, jednak postanowiła się tym nie przejmować i z radością wkroczyła do cienistego boru. Było jeszcze przed dziesiątą i lśniące kropelki rosy pokrywające całe połacie roślinności nie zdążyły jeszcze wyparować, toteż buty Iris szybko przemokły, jednak i to nie powstrzymało królewny od dalszej wędrówki w głąb lasu. Można by powiedzieć, że bór nieco zahipnotyzował dziewczynkę. Z brązowowłosej wyparowało wszelkie zmęczenie i zirytowanie, a sama Iris, bezgranicznie szczęśliwa, z ufnością przekraczała kolejne strumyki, omijała kolejne polanki z leżącymi na nich głazami i torowała sobie drogę pomiędzy gałęziami iglastych drzew.  

Mijały godziny, ale królewna prawie całkowicie straciła poczucie czasu, podobnie rzecz się miała z orientacją w terenie. O tym, że dwunasta minęła i że szatynka spóźniła się na Mszę Świętą, Iris uświadomiła sobie dopiero około piątej. Prawda ta uderzyła w nią tak mocno i niespodziewanie, że aż przystanęła. Nagle las wydał się dziewczynce obcy, a dawne poczucie bezpieczeństwa zastąpił strach. Wtedy też uświadomiła sobie, że nie zna drogi do domu. Przestraszona i bezradna, królewna przycupnęła pod jednym z drzew i wtuliła swój nos między kolana. Cicho załkała nad swoim losem.

Minęło kilka godzin. Śpiew ptaków ucichł, może dlatego, że zbliżał się zachód słońca. Robiło się coraz chłodniej. W pewnym momencie Iris przezwyciężyła strach i otarła łzy. Postanowiła, że pójdzie przed siebie i zobaczy, dokąd dojdzie. Tak też zrobiła – zerwała się na nogi i podążyła w kierunku przeciwnego do tego, w którym (jak jej się wydało) szła przed jakimś czasem. Dopiero teraz dziewczynka zauważyła, jak górskie jest otoczenie, co jeszcze bardziej utwierdziło ją w przekonaniu, że zaszła zdecydowanie zbyt daleko. Po jakimś czasie nieustannej wędrówki szatynka z radością zauważyła, że las zaczyna się robić coraz gęstszy, ziemia nie jest już tak skalista, a więcej jest trawy, i że ogólnie teren się powoli, ale jednak obniża.

Tymczasem słońce zbliżało się już do linii horyzontu, a niebo nabrało pięknej czerwono-żółto-pomarańczowej barwy. Norhethańczycy, którzy w niedziele dzień pracy kończyli już koło czwartej, wracali rodzinami ze spacerów i modlitw do domów, by spożyć ciepłą wieczerzę. Iris w tym czasie ciągle błądziła po lesie. Gdy słońce schowało się za horyzont, niebo stało się granatowe i zapadł zmrok, dziewczynka była już naprawdę zdesperowana. Właściwie już nie przestawała biegać, torując sobie drogę podrapanymi od gałęzi i igieł rękoma. Opadała z sił, ale strach napędzał ją do działania. W pewnym momencie królewna zauważyła coś, co sprawiło, że uleciał z niej cały strach i poczuła ogromną ulgę.

         - Światło! – wykrzyknęła dziewczynka w euforii.

Był to zaledwie jeden maleńki punkcik światła, ale brązowowłosa i tak uznała go za dobry znak. Zaczęła biec w tamtym kierunku, nabierając nowej energii i wcale nie przyszło jej do głowy, że światełka w lesie bywają zwodne, a podążanie za nimi może się źle skończyć. Dziewczynka przystanęła na chwilę, by złapać oddech, gdy nagle gdzieś z boku usłyszała trzask łamanej gałązki i jeszcze jeden dźwięk, wydany chyba przez jakieś zwierzę, którego Iris nie była w stanie zidentyfikować.

Już po raz drugi tego dnia (trzeci, jeśli liczyć zły sen) królewnę sparaliżował strach. Choć teoretycznie nie było się czego bać, rzadko kiedy przecież jedynym celem zwierzęcia jest zabić i zjeść człowieka, to jednak gdy jest się w sercu starego boru po zmierzchu, wyobraźnia robi swoje. I dobrze – czasami przecież ma rację, zawsze jest te kilka procent szansy na spotkanie tej „gorszej wersji”, zarówno zwierzęcia, jak i człowieka…

Szatynka miała spory dylemat. Strach ciągnął dziewczynkę w stronę światełka, jak najdalej od stworzenia ukrytego pomiędzy drzewami, a jednocześnie ciekawość pchała ją w kierunku wprost przeciwnym, a że obie te siły się równoważyły, Iris stała w miejscu. W końcu po długich bojach toczonych pomiędzy tymi dwoma czynnikami wewnątrz jej umysłu wygrała ciekawość. Dziewczynka powoli podeszła do miejsca, z którego dobiegł dźwięk. Wzięła głęboki oddech, a następnie nerwowo wypuściła dwutlenek węgla z płuc. Jakiś cichy głosik w głębi umysłu królewny podpowiadał jej, by się wycofać, jednak ona odpędziła się od tych myśli krótkim potrząśnięciem głowy.

- Raz kozie śmierć – wyszeptała i w przypływie odwagi nagłym ruchem odgarnęła gałęzie i w końcu zerknęła na zwierzę za nimi ukryte.

Widok, jaki ujrzała, roztopił jej serce w kilka sekund. Na trawie leżało źrebię o ciemnej sierści z jasną łatką na czole, i to ono właśnie cicho rżało od czasu do czasu. Iris nie rozpoznała tego dźwięku, gdyż w Grodenii konie nie były aż tak popularne, korzystali z nich właściwie tylko ludzie z wyższych sfer do ciągnięcia karoc i ujeżdżania. Dziewczynka przyklęknęła.

- Co się stało, dlaczego tak tu leżysz i skomlesz, malutka? – spytała się zwierzęcia. Intuicja słusznie podpowiadała królewnie, że szatynka ma do czynienia z młodą klaczą, nie z ogierem.

Źrebię zarżało znacząco a rozpaczliwie i poruszyło jedną ze swych tylnych odnóży. Z początku dziewczynka niczego na niej nie dostrzegła, jednak po dłuższych oględzinach poznała dość mocno krwawiący powód cierpienia zwierzęcia. Nie zobaczyła wcześniej rany, gdyż przez wszechobecną ciemność mogła rozróżnić tylko to, czy kolor jest jasny, czy ciemny, a czerwień krwi na pierwszy rzut oka wydawała jej się granatową plamą na nodze źrebaka.

- Oj, biedaczko, już ci pomagam! – rzuciła się na ratunek Iris. Królewna wyciągnęła z kieszeni białą jak śnieg chustkę i zamoczyła ją w pobliskim strumyku, do którego doprowadziło dziewczynkę jego szemranie. Następnie szatynka obmyła ranę zwierzęcia i w nieco prymitywny sposób zabandażowała krwawiące miejsce, korzystając z tej samej chustki. Nietrwały i niezbyt higieniczny był to opatrunek.

- Nic innego w tej chwili nie potrafię dla ciebie zrobić, wybacz mi – przeprosiła dziewczynka, ocierając o sukienkę mokre od chustki dłonie.

Zwierzę, zrezygnowane, opuściło łeb i ukryło pysk przed wzrokiem królewny.

- Tylko proszę się na mnie nie obrażać! – obruszyła się Iris. – Ja naprawdę nic więcej nie jestem w stanie zrobić! Albo czekaj, może uda mi się… - do głowy dziewczynki nagle wpadł pewien pomysł, jednak już po chwili królewna wiedziała, że jest on do niczego – źrebak, któremu przy próbie podniesienia go wbito ręce w brzuch, zarżał głośno i potrząsnął tułowiem, by zrzucić z niego ręce Iris, natomiast samą brązowowłosą odrzuciło na dwa metry. Dziewczynka aż usiadła na ziemi z wrażenia, chuchając sobie na obolałe ręce.

- Owszem, jesteś trochę duża, ale nie sądziłam, że aż taka ciężka! – wykrzyknęła królewna, patrząc się na zwierzę zszokowana i jednocześnie z podziwem, pojękując od czasu do czasu i rozcierając sobie dłonie.

Źrebię, obrażone, odwróciło łeb od szatynki i z powrotem położyło pysk na trawie. Gdyby klaczka potrafiła mówić, pewnie powiedziałaby, żeby dziewczynka wyniosła się już i zostawiła ją w spokoju, bo tylko problemy stwarza.

- Przepraszam, to pewnie bolało, gdy cię tak złapałam – zreflektowała się Iris, zawstydzona. – Nie pomyślałam o tym, wybacz.

Szatynka zaczęła intensywnie myśleć. Nie miała serca zostawiać zwierzęcia samego z ranną nogą w środku lasu (mimo tego, że obecnie klaczka była na królewnę obrażona, w oczach źrebaka wciąż można było dostrzec strach i bezradność), a wszystko wskazywało na to, że nie ma żadnego sposobu, żeby zabrać kłopotliwego zwierzaka ze sobą, a samej dziewczynce niezbyt uśmiechało się nocowanie w ciemnej puszczy daleko od domu. Po chwili brązowowłosej przypomniało się coś, co było rozwiązaniem jej problemu, a szatynkę aż zdziwił fakt, że też wcześniej tak oczywista rzecz nie przyszła jej do głowy.

- Wiem! – zaczęła dziewczynka z uśmiechem. –Zanim cię spotkałam, widziałam światełko w oddali; ty tutaj chwilkę zaczekasz, a ja szybciutko tam pobiegnę i poproszę o pomoc!

Zwierzę wyraźnie się ożywiło, jednak ku zdziwieniu królewny wcale nie było to radosne ożywienie. Zaniepokojony źrebak rżał, parskał i prychał naprzemiennie, z trudem powstrzymując się od zerwania na obecnie niesprawne kończyny i zagrodzenia dziewczynce drogi.

- Co? Nie iść? Ale dlaczego? Niebezpieczeństwo? Jak to? – pytała się klaczki Iris, próbując odgadnąć, o co chodzi zwierzęciu. – Zwodnicze światełko? Zaraz, ty przecież możesz mieć rację! – zorientowała się brązowowłosa, aż zaniepokojona tym, że nie pomyślała wcześniej o tak istotnej rzeczy. – No to w takim razie już nie wiem, co robić, poddaję się! – uroczyście oświadczyła szatynka i oklapnięta jak balonik padła na trawę obok zwierzęcia. Dopiero teraz przypomniała sobie, jak bardzo jest wycieńczona.

Obawiając się o swoją sukienkę, dziewczynka podniosła się z pozycji leżącej do siedzącej i oparła plecy o pień drzewa. Do głowy nie przychodziły jej żadne pomysły na powrót do domu razem z klaczką i, szczerze mówiąc, królewna miała już tego wszystkiego serdecznie dosyć. Brązowowłosa za nic w świecie nie chciałaby zasnąć tam, w sercu puszczy, jednak jej zmęczenie było silniejsze. Szatynce coraz bardziej kleiły się oczy, a ona sama stopniowo traciła nad sobą kontrolę. W końcu gdy przerażony widokiem nagle wyłaniającej się z nicości postaci źrebak zarżał głośno i w ostatniej chwili powstrzymał się od zerwania się na nogi w celu ucieczki, Iris spała już smacznie i snem kamiennym, swoim zwyczajem pochrapując cicho od czasu do czasu.



                                                                    ***

             Katarzyna koło północy poszła w końcu spać, jednak nie było nawet mowy o tym, żeby władczyni spokojnie zasnęła, za bardzo się całą sytuacją denerwowała. Królową zdziwiło trochę, że Bolesław zdawał się kompletnie nieprzejęty tym, że jego przybrana córka nie wróciła na noc do zamku, ale Nerwanka nie miała ani czasu, ani ochoty na psychoanalizę podejścia męża – całkowicie pochłonięta była wypytywaniem służby, kiedy ostatni raz widziano jej adoptowane dziecko i czemu nikt na tym przeklętym dworze nie zwraca żadnej uwagi na samotnie szwendającą się ośmiolatkę. Na pierwsze pytanie służący zwykle odpowiadali, że na śniadaniu lub że wcale jej dzisiaj nie widzieli, a po zadaniu drugiego indagowani wbijali wzrok w podłogę lub próbowali jakoś się usprawiedliwiać, najczęściej dość niezdarnie. Nawet Małgosia nie potrafiła powiedzieć przybranej matce, gdzie poszła Iris. Przytłoczona tą całą sytuacją, królowa postanowiła położyć się spać, a służącym kazała siebie obudzić, gdyby odnaleziono dziewczynkę lub dowiedziano się czegokolwiek na ten temat.

             Nie muszę chyba wspominać, że okropnie jej się spało. Budziła się co pięć minut, zlana potem i nieprzytomna ze strachu, a potem znowu zapadała w burzliwy sen, a w każdym kolejnym koszmarze przewijał się ten sam obraz – rozrzucone po lesie kawałki ciała zgwałconej i rozszarpanej przez zbójców Iris. Z tego wątpliwego odpoczynku nocnego wyrwała ją tuż przez świtem w końcu jedna ze służących. Królowa, nieprzytomna z ulgi, natychmiast opuściła łoże i podążyła za pokojówką.

             - Gdzie ją znaleźli? – spytała się, prawie biegnąc korytarzem.

             - Nie znaleźli jej, sama przyszła – odparła posługaczka, również zaaferowana sytuacją.

             W tamtym momencie władczyni całkowicie zapomniała o dobrych manierach. Kopniakiem wyważyła drzwi do pokoju, w którym, jak ją poinformowała pokojówka, znajdowała się Iris, a potem rzuciła się na przybraną córkę jak lwica na antylopę.

             - Jak mogłaś mi to zrobić!? – ryknęła królowa, zalewając się momentalnie łzami.

             Dziewczynka patrzyła się na swoją matkę, zszokowana. Nigdy wcześniej nie widziała jej w takim stanie.

             - Ja nie chciałam, zgubiłam się w lesie… - zaczęła.

             - A czemu w ogóle tam poszłaś?! – kontynuowała tym samym płaczliwo-rykliwym tonem Katarzyna.

             - Było gorąco, a tam był cień, ja tylko chciałam pójść na spacer…

             - To czemu tak późno wróciłaś?! W ogóle, jak ty wyglądasz?! – jęknęła królowa, patrząc się na poszarpaną i brudną sukienkę dziewczynki.

             - Mówiłam przecież, że się zgubiłam. Przepraszam za sukienkę, wywróciłam się kilka razy…

             - Czemu nie powiedziałaś nikomu, gdzie idziesz? – władczyni powoli uspokajała się.

             - Zapomniałam, przepraszam…

             - Ech, grunt, że jesteś cała i zdrowa! – rzuciła królowa z ulgą po chwili ciszy. – Ale jak właściwie udało ci się zabłądzić w lesie?

             - Czy mogłabym opowiedzieć ci wszystko ze szczegółami jutro, to znaczy dzisiaj, ale po odpoczynku? Jestem bardzo zmęczona – poprosiła Iris, z trudem powstrzymując się od głośnego ziewnięcia.

             - Ach, no tak! Oczywiście, że możesz mi to opowiedzieć później! – zreflektowała się władczyni, przypominając sobie, że brązowowłosa po całym dniu spędzonym w lesie z pewnością jest wyczerpana. - Jadwigo, proszę przygotować kąpiel i łóżko dla królewny!

             - Dobrze, że wróciłaś – rzuciła na odchodnym Katarzyna i przytuliła Iris.

              Gdy za królową zatrzasnęły się drzwi, królewna po raz pierwszy od powrotu do zamku mogła spokojnie pomyśleć o tym, co jej się przydarzyło, bo sama nie do końca była wszystkiego świadoma. Szatynka próbowała jakoś to sobie wszystko wyjaśnić, ale po prostu nie potrafiła, była zbyt zdezorientowana. Jeszcze nie otrząsnęła się z szoku, którego doznała po tym, jak obudziła się W MARSZU, ciągnięta przez klaczkę, której noga była już całkowicie zdrowa i sprawna. Cała ta sytuacja wydawała się Iris mocno absurdalna (no bo w jaki niby sposób rana źrebięcia sama się zrosła?) i była daleko za granicą pojmowania i logicznego myślenia dziewczynki.

             - Królewno, kąpiel już gotowa – przerwała jej rozmyślania Jadwiga.

             Brązowowłosą od intensywnego, a jednocześnie bezskutecznego myślenia zaczęła boleć i tak już obolała głowa, dziewczynka postanowiła więc przestać się tym wszystkim tak przejmować.

             - Ostatecznie, nic złego mi się nie stało, prawda? Jestem cała w domu, a tamto biedne zwierzątko nie ma już swojej paskudnej rany – czego chcieć więcej? – powiedziała sama do siebie, ściągając brudną sukienkę.

             Weszła do balii. Dla jej wychłodzonego ciała ciepła woda była prawdziwym balsamem.

             - Mam nadzieję, że Katarzyna pozwoli mi zatrzymać tamtego konika, zawsze chciałam mieć jakieś zwierzątko. Przydałoby się też wymyślić mu jakieś imię – może Łatka?

             Pomyślała przez chwilę.

             - Tak, Łatka to dobre imię.

             Zamknęła oczy.

***

             Było kilkanaście minut przed ósmą, gdy Iris szła żwawym krokiem z grubą książką pod pachą w kierunku komnaty drzewnej. Zmierzała tam jeszcze przed śniadaniem, gdyż później na lekcji chciała się spytać pana profesora, jak to jest z tymi siłami, a nie opłacało jej się z ową ciężką fizyczną księgą iść najpierw na śniadanie, a dopiero potem do sali lekcyjnej – od pokoju dziewczynek do komnaty drzewnej było znacznie bliżej niż do jadalni, królewna tylko zmęczyłaby się niepotrzebnie, targając wolumin. W dodatku Katarzynie niezbyt podobało się, gdy brązowowłosa przychodziła z książką na śniadanie, a tym bardziej, kiedy dziewczynka ośmielała się ją czytać podczas jedzenia.

             Wskutek tych właśnie cyrkumstancji Iris szła żwawym krokiem koło ósmej rano korytarzem z grubą książką pod pachą. Jej wędrówka nie trwała długo – już po kilku minutach marszu szatynka dotarła na miejsce i nacisnęła klamkę. O tej porze pokój był jeszcze pusty, profesor przychodził do niego na lekcje razem z dziewczynkami, dopiero po śniadaniu. Królewna zamierzała tylko położyć książkę na stole, a potem od razu udać się do jadalni, jednak gdy pozbyła się ciężaru, zostawiając go na blacie biurka, odruchowo podniosła głowę i jej wzrok padł na drzewo genealogiczne, które po raz pierwszy od niecałych dwóch lat regularnego przebywania w komnacie niezwykle ją zaintrygował.

             Dziewczynka podeszła do ściany całkowicie pokrytej malowidłem. Drzewo było systematycznie uzupełniane, a prowadzone najprawdopodobniej od zbudowania zamku kilka wieków wcześniej rozrosło się tak, że trzeba było powoli przenosić się na sąsiednie ściany, gdyż na tej pierwszej brakowało już miejsca. Iris pamiętała jeszcze, jak w miarę niedawno na zamek przybył kuzyn Bolesława, który jako jedyny z całej rodziny potrafił posługiwać się pędzlem, i uzupełnił malowidło o wzmianki o Katarzynie, Helenie i Marii, a także na prośbę władczyni zaznaczył na drzewie Iris i Małgosię.

             - Nie było jeszcze u nas w rodzinie przypadku adopcji, sam więc wymyśliłem nowy typ gałęzi łączących przybrane dzieci i ich rodziców – są to szare, cienkie linie – tłumaczył się królowej samozwańczy genealog.

             Mężczyzna namalował też miniaturowy portret Katarzyny koło jej imienia. Nie umieszczano wizerunków dzieci na drzewie dopóty, dopóki nie stały się one pełnoletnie, a gdy pociecha swoich rodziców umierała wcześniej, malowano jej podobiznę tuż przed pogrzebem.

             Odszukanie najbliższej rodziny na drzewie zajęło Iris dobrych kilka minut, dziewczynka znalazła w końcu imiona Katarzyny, Heleny, Bolesława i Marii znajdujące się, jak się okazało, prawie pod samym stropem. Żeby przyjrzeć się z bliska portretowi swojej przybranej matki, królewna musiałaby wspiąć się na regał wypełniony książkami, a to obecnie znajdowało się poza jej możliwościami, brązowowłosa więc patrzyła się na malunek z odległości około trzech metrów, co jej zresztą wystarczało. Królewna przyglądała się właśnie wizerunkowi swojego ojca sprzed kilkunastu lat, kiedy jej wzrok padł na postać namalowaną obok niego i połączoną z nim wyblakłą złotą linią oznaczającą małżeństwo i obramowaną czarną informującą o śmierci. Była to młoda kobieta, szatynka, o ciemnych oczach i nieco buntowniczym wyrazie twarzy. Gdy dziewczynka przyglądała się portretowi, jej intuicja podpowiedziała królewnie, kim jest kobieta przedstawiona na drzewie.

             Gdy do Iris to dotarło, dziewczynkę przeszedł dreszcz. Wytężyła wzrok i spróbowała dostrzec, jaka data śmierci jest napisana pod imieniem kobiety. Był to listopad, dziewięć lat temu.

             - Wtedy się urodziłam! – pomyślała dziewczynka, nagle pojmując, dlaczego nigdy nie spotkała kobiety i swoje pierwsze lata życia przeżyła poza zamkiem.

             Nagle rozległ się dźwięk dzwonu. Szatynka musiała stracić drzewo z oczu i biec na śniadanie, jednak to nie robiło żadnej różnicy – przez cały dzień i tak nie mogła opędzić się od ciągle nawracającego i dręczącego ją obrazu brązowowłosej, ciemnookiej kobiety z buntowniczym wyrazem twarzy – swojej własnej, nieznanej mamy.