Miłej lektury!
2.
Był
ciepły, wrześniowy dzień. Cały Norhethan skąpany był w promieniach zachodzącego
słońca. Mieszkańcy miasta powoli kończyli swój dzień pracy, zamykano warsztaty
i zwijano kramy, żegnano się ze znajomymi i udawano się do domów na kolację. Od
czasów żałoby po śmierci królowej nic się wielkiego nie wydarzyło w Grodenii,
toteż życie w stolicy płynęło wolno i sennie. Nawet król niespecjalnie dbał o
regularne podwyższanie danin. Jednak cały ten niezmącony spokój miał się
wkrótce skończyć przez nadchodzące wielkimi krokami wydarzenie, którego
sprawczyni właśnie spacerowała sobie po norhethańskich uliczkach.
Katarzyna, bo tak jej było na imię,
królewna nerwańska, powolnym spacerkiem przemierzała stolicę Grodenii. Uśmiech
nie znikał z jej twarzy. Była zauroczona miłymi mieszkańcami, zabawnymi kupcami
i rozkosznymi dziećmi, raz po raz przebiegającymi koło niej. Będąc w trakcie
konsumpcji słodkiej bułeczki drożdżowej, zakupionej w jednej z piekarni, w
myślach zachwalała umiejętności norhethańskich piekarzy.
Królewna spacerowała tak sobie
spokojnie, czerpiąc radość z życia, gdy nagle poczuła silne uderzenie w
kolana. Zaniepokojona, szybko spojrzała w dół.
- Oj, pszeplasiam! – pisnęła,
sepleniąc, jedna z dwóch, może trzyletnich dziewuszek. Jej cechą charakterystyczną
były długie do pasa, kręcone, kasztanowate włosy. Druga dziewczynka była trochę
wyższa i miała krótsze, proste, jasnobrązowe włosy.
- Mamy problem! – powiedziała,
zaaferowana, ciemnowłosa dziewuszka. Ta natomiast nie miała żadnych kłopotów z
wymawianiem głoski „r”, co dziwiło u dziecka w tak młodym wieku.
Przez chwilę Katarzyna stała bez
ruchu, zdumiona ufnością dwóch nieletnich norhethanek do, jakby nie było,
królewny obcego królestwa, jednak po chwili wszystko zrozumiała. Całkowicie
zapomniała, że rano postanowiła, że nie będzie ubierać się w strojną suknię i
ubierać diademu na podróż do Grodenii, by nie obnosić się swoim urodzeniem
spacerując wśród prostych ludzi i by nie peszyć ewentualnych rozmówców w
mieście. Zamiast tego założyła prostą, ciemnozieloną suknię i czarną pelerynę,
które równie dobrze mogłyby należeć do średnio zamożnej mieszczanki, przez co
dziewczynki uznały ją za zwykłą norhethańską dziewczynę (Katarzyna miała
zaledwie dwadzieścia cztery lata, a i tak wyglądała na trochę młodszą).
- Co się stało? – królewna szybko
weszła w rolę pomocnej dziewczyny, pochylając się nad dziewuszkami ze szczerym
niepokojem.
- Nasza mama… - urwała ruda w
najciekawszym momencie, szukając odpowiedniego słowa.
- Jest chora – dokończyła za
siostrę brunetka.
- Baldzo! – krzyknęła ruda,
machając rękami i podskakując.
- Na co?
- Do końca nie wiemy, ale na pewno
jest to jakaś choroba.
- Zawołałyście już po medyka? –
spytała Katarzyna, jednocześnie wiedząc, że dzieci w tym wieku raczej nie
potrafią jeszcze samodzielnie wzywać pomocy lekarskiej.
- Poszłybyśmy do niego, gdybyśmy
wiedziały, gdzie mieszka.
- Przepraszam, czy wie pani, gdzie
obecnie znajduje się medyk? – spytała Katarzyna przypadkową mieszkankę
przechodzącą właśnie koło nich.
- Raczej w swoim domu, przy
Ceglanej. Za chwilę przecież będzie już ciemno – odpowiedziała kobieta,
zatrzymując się na chwilę.
Zanim dziewczyna zdążyła zareagować
w jakikolwiek sposób, poczuła silne szarpnięcie i już po chwili biegła,
zgarbiona, ciągnięta przez dziewczynki za ręce. Dziewuszki miały doskonałe
tempo i znały miasto jak własną kieszeń (jak widać, prócz jednego małego
szczególiku, a mianowicie miejsca zamieszkania medyka). Po zaledwie
kilkudziesięciu sekundach ruda wraz z brunetką natarczywie pukały w drzwi
ładnego domu. Na wybawiciela dziewczynki musiały czekać ponad pięć minut –
medyk nie był najpracowitszym człowiekiem w Norhethanie, a gdy już wrócił do
domu po dniu pracy, tak łatwo nie dawał się z niego wyciągnąć. Gdy mężczyzna w
końcu zaszczycił czekające swoją obecnością, chwilę pomarudził, że już późno,
dopiero po nieco ostrym komunikacie Katarzyny zgodził się na udzielenie pomocy chorej
kobiecie.
***
-
Co się pani stało?! – krzyknął medyk, przerażony.
Szwaczka, zaskoczona ich nagłym
wejściem, starała przykryć się kołdrą, jednak wszyscy już zdążyli zobaczyć, co
chciałaby ukryć. Cała twarz i całe ręce kobiety były pokryte strupami, bliznami
i pęcherzykami wyglądającymi jak ziarnka ryżu wbite w skórę. Oczy Elżbiety były
całe czerwone, a powieki sine, najprawdopodobniej od długotrwałego płaczu.
- Gdzie się pani tym zaraziła? –
drążył temat medyk, oglądając kobietę ze wszystkich niezakrytych kołdrą stron.
– I kiedy to się zaczęło?
- Dwa tygodnie temu – odpowiedziała
Iris. – Przyszedł wtedy do jej warsztatu jakiś służący z podobną, ale o wiele
mniejszą wysypką, miał tylko parę takich pryszczy, i składał zamówienie na
suknię dla swojej pani. Parę razy kaszlnął…
- On nie był śtąd, na podwólku
stała kaleta z tą jego panią! – wysepleniła ruda, podniecona, machając obiema
łapkami z całej siły.
- Kilka dni później mamusia zaczęła
się źle czuć, a tydzień temu zamknęła się w swoim pokoju i nie chciała wyjść.
- Pukałyśmy, ksycałyśmy, ale ona
nic! – żaliła się Małgorzatka.
- Myślałyśmy z Małgosią, że po
prostu głowa ją boli, ale dzisiaj., gdy jeszcze spała, cichutko weszłam do jej
pokoju i odsłoniłam kołdrę. Krzyknęłam, a ona się obudziła…
- Ilis psybiegła, potem lazem
pobiegłyśmy po pomoc…
- Rozumiem, ale ja nie mam żadnego
lekarstwa na ospę (bo jest to ospa prawdziwa, bez dwóch zdań), zwłaszcza na tak
zaawansowaną! Z tego, co mówicie, wynika, że choroba jest już na końcowym
etapie rozwoju, a to znaczy, że nic nie jest w stanie jej uleczyć!
- Przepraszam bardzo – wtrąciła się
Katarzyna surowym tonem – ale czy chce pan przez to powiedzieć, że WCALE nie
zamierza pan im pomóc i mają po prostu czekać, aż ich matka zginie w
cierpieniu?!
- Nie potrafię jej uleczyć –
odburknął mężczyzna.
- Więc widocznie jest pan kiepskim
medykiem!
- Jeśli szanowna pani tak uważa, to
proszę poszukać innego! Jestem pewien, że powie to samo!
- Patrzcie – powiedziała Iris
nieswoim głosem, wskazując na łóżko swojej matki, na co wszyscy się w tamtą
stronę odwrócili.
Elżbieta puściła kołdrę i zamknęła
oczy. Po chwili przestał być również słyszalny jej oddech. Katarzyna pierwsza
otrząsnęła się z szoku i, niewiele myśląc, pobiegła w stronę łoża. Było już
jednak za późno. Organizm szwaczki, od dwóch tygodni wyniszczany i męczony ospą
prawdziwą, przestał funkcjonować. Elżbieta leżała bez oddechu i bez tętna,
osierocając swoje dzieci. Innymi słowy, po prostu nie żyła.
***
Było
już dobrze po północy. Tłum gapiów, jaki zebrał się, gdy wynoszono zwłoki
szwaczki i odwożono je do grabarza, dawno już rozszedł się do domów. Katarzyna
natomiast ciągle siedziała w kuchni domu z dziewczynkami, ponieważ
najzwyczajniej w świecie im współczuła. Biedaczki, nie mogły przestać płakać i
były roztrzęsione. Szczerze mówiąc, była zaskoczona, że nikt się córkami
szwaczki nie zainteresował.
- I co teraz z wami będzie? –
zadała pytanie Małgosi i Iris, gdy te już trochę się uspokoiły.
- Będzie nas pani mogła zaprowadzić
do sierocińca, jest na drugim końcu miasta – powiedziała Iris. – Tylko musimy
poczekać na świt. Jednak ja wolałabym tam nie iść.
- Dddddo sielocińca? – wyjąkała
Małgorzatka, a następnie znowu wybuchnęła płaczem.
Iris była młodsza o parę tygodni od
swojej przybranej siostry, ale to ona zawsze pełniła funkcję tej starszej i
dojrzalszej. Przytuliła Małgosię i powiedziała:
- Małgosiu, wiem, że nie chcesz tam
iść, ja też, ale musimy, nie ma dla nas innego schronienia.
- Lozumiem - odpowiedziała dziewczynka, ocierając łzy i
również przytulając się do siostry
Katarzynie ścisnęło się serce.
Nigdy w życiu jeszcze do nikogo nie czuła tak ogromnego współczucia.
Postanowiła jednak, że pójdzie z dziewczynkami do sierocińca już teraz, by
obejrzeć miejsce i ocenić warunki.
- Może dziewczynki tylko
dramatyzują…? – zastanawiała się królewna, po cichu wątpiąc jednak w tą wersję.
Postanowiła jednak mimo wszystko udać się do tego miejsca.
Gdy dotarły na miejsce, było około
trzeciej nad ranem. Katarzyna z lekką niechęcią patrzyła się na brzydki, niski
budynek, który chyba nie był remontowany od dobrych kilkudziesięciu lat.
Właśnie miały wejść do środka, gdy usłyszały jakiś krzyk i fragment rozmowy, w
której dominował skrzeczący, kobiecy głos, najprawdopodobniej należący do przełożonej:
- Co to za łażenie w nocy?! Co ty sobie,
dziecko, wyobrażasz?!
- Potrzebowałem się załatwić… -
powiedział cichutko jakiś chłopczyk, może ośmioletni.
- Ja ci dam się załatwić! O
trzeciej nad ranem wszyscy mają spać i nie zamierzam tolerować żadnych
buntowników! – wrzasnęła kobieta, następnie Katarzyna usłyszała plaśnięcie i
płacz dziecka.
- I żeby mi się to więcej nie
powtarzało! – wrzasnęła przełożona raz jeszcze, kontynuując bicie
podopiecznego. Dziewczynki zaczęły cichutko płakać, wyobrażając sobie podobne
sytuacje w swojej przyszłości. Lepszej antyreklamy sierocińca Katarzyna nie
mogła sobie wyobrazić.
- Nie, tego już za wiele! –
szepnęła, a następnie chwyciła dłonie dziewczynek i pociągnęła je za sobą,
pchana instynktem macierzyńskim. W życiu nie pozwoliła by na traktowanie
jakiekolwiego dziecka w taki sposób, dlatego postanowiła wziąć sprawy w swoje
ręce.
Całe szczęście kareta wciąż stała w
tym samym miejscu, w którym Katarzyna ją opuściła. Po raz kolejny miała okazję
do pochwalenia lojalności swojego woźniczego. Tymczasem on, który przez ten
cały czas siedział na koźle, widząc zbliżającą się panią zszedł z niego i
spytał się z wyraźną ulgą:
- Co się stało, dlaczego Wasza
Wysokość nie przyszła o zmierzchu, tak jak pani zapowiedziała? Nie wiedziałem,
co mam robić, więc zostałem tutaj…
- Dobrze zrobiłeś. Nie przybyłam na
czas, gdyż opiekowałam się tymi oto młodymi pannami, które właśnie straciły
swoją matkę, a że jestem mocno zdegustowana standardami w tutejszym sierocińcu,
zamierzam przygarnąć dziewczynki i objąć je pełną opieką – Katarzyna w
obecności służby z przyzwyczajenia zaczęła mówić tak, jak ją tego uczono – po
królewsku, pełnymi i pięknymi zdaniami.
Woźniczy nawet się tą decyzją
królewny nie zdziwił. Doskonale znał dobre serce jedynej córki nerwańskiego króla
Stanisława, a nawet gdyby tak nie było, i tak nie miałby za dużo do gadania. W
końcu był tylko służącym. Natomiast Małgorzatka zdawała się być całkowicie
skonfundowana całą sytuacją, bidulka nie rozumiała kompletnie, o co
Katarzynie chodzi, o czym mówiła do woźniczego i skąd się ten woźniczy w ogóle
wziął. Otworzyła więc tylko buźkę i
patrzyła nabożnie na nową opiekunkę. Iris, która co prawda zrozumiała każde
zdanie, nadal nie mogła do końca połączyć wszystkich faktów i spoglądała się na
królewnę pytająco. Dziewczyna szybko wyjaśniła dziewczynkom, kim jest i skąd
pochodzi, co na początku zdziwiło Małgorzatkę.
- Skolo jesteś klólewną, to dlacego
nie nosiś kolony? – dziwowała się rudowłosa.
- Bo jest niewygodna – palnęła
Katarzyna bez namysłu. Ku jej zdziwieniu, Małgorzatka miała taką minę, jakby
właśnie wtajemniczono ją w jedną z największych prawd ludzkości. Śmiesznie ten
szkrab wyglądał, z poważną buźką i dziecięcą twarzyczką.
Iris natomiast, nie wiedzieć czemu,
wydawała się jednocześnie szczęśliwa i zestresowana.
- Hmm… Nie wiem… No, bo… Mamusia
zawsze mówiła, że nie wolno jeździć karetami z obcymi ludźmi… - dziewczynka
wyrzucała z siebie urywki zdań, zatroskana i jakby niezdecydowana, i cały czas
kołysała się, przenosząc ciężar ciała z pięt na palce i z powrotem.
- Kochanie, obiecuję ci, że jeśli
kiedykolwiek skrzywdzę was w jakikolwiek sposób, będziesz mogła mnie zbić,
wyzwać od potwora i uczynić mi mnóstwo innych rzeczy, które wyrażą, jak bardzo
gardzisz moim zachowaniem – uroczyście przysięgła Katarzyna, biorąc tą
przysięgę całkowicie na serio.
Iris zaczerwieniła się jak burak.
- Nie o to mi chodziło, nie chcę
pani bić! – jęknęła, zestresowana. – Tylko, że… No, rozumie pani…
- Tak, rozumiem – powiedziała
królewna łagodnie i kucnęła, by mieć twarz na tej samej wysokości co twarz
swojej rozmówczyni. – Bezpieczeństwo i pewna nieufność wobec obcych to bardzo
ważne sprawy i świetnie, że o nich pamiętałaś. Po prostu bardzo wam obu współczuję
i dlatego chciałabym się wami zaopiekować. Nigdy nie pozwoliłabym, żeby
jakiekolwiek dziecko było traktowane tak brutalnie, jak tamten chłopiec i
zamierzam też wkrótce się tym zająć. Rozumiecie?
Temu łagodnemu, matczynemu głosowi
nie można było nie ufać. Iris, pchnięta dziecięcą miłością i zaufaniem, mocno
przytuliła się do swojej nowej opiekunki. Małgorzatka, niewiele myśląc, poszła
w ślady siostry, mimo że z wywodu królewny prawie niczego nie zrozumiała.
Katarzynie ścisnęło się serce ze wzruszenia. Ledwo powstrzymała się od płaczu.
Już po chwili wszystkie trzy wsiadały do karety.
- Do pałacu, jeśli łaska –
zadecydowała o kierunku jazdy królewna, na co woźniczy popędził konie batem i
pojazd ruszył. W głowie Iris jednak pojawiło się kolejne pytanie – co
sprowadziło Katarzynę do Grodenii i dlaczego król ją u siebie ugościł? Jednak
wkrótce już znała odpowiedzi na swoje pytania.
Królewna współczuła dziewczynkom, ponieważ sama
niedawno straciła matkę. Stary król, który po śmierci żony zaczął
chorować, bardzo się martwił, co stanie się z jego niezamężną córką, gdy jego
samego zabraknie, dlatego zaczął szukać dla niej męża. Niestety, żaden z
nieżonatych nerwańskich książąt nie spodobał się jego córce, a nie
zamierzał jej do niczego zmuszać. Linden było trochę dziwnym królestwem i,
szczerze mówiąc, Stanisław trochę się bał wydawać swojego dziecka za
Lindeńczyka. Rewalitański królewicz miał wtedy dopiero pięć lat, a nieżonatych
książąt to tam nie było żadnych. Król Grodenii zwrócił uwagę Stanisława dlatego,
że był jeszcze w miarę młody i nieżonaty; konkretniej był wdowcem. Po pierwszym
spotkaniu Bolesława z Katarzyną potencjalni narzeczeni dogadali się i nawet
wzajemnie się polubili. Uszczęśliwiony król szybko ustalił więc datę ślubu. Miał
mieć on miejsce w listopadzie, a Katarzyna obecnie była w trakcie kilkudniowego
pobytu w grodeńskim pałacu w towarzystwie kilku swych służących, podczas
którego chciała poznać ludność Norhethanu i dwór królewski.
Zamek nie był daleko, ale jego
położenie utrudniało do niego dojazd. Potężny, stary, kamienny gmach w
towarzystwie stajni i innych budynków gospodarczych wzniesiono na wzgórzu, u
którego stóp po jednej stronie znajdowało się jezioro, a po drugiej plac, który
służył do wszelkiego rodzaju zgromadzeń. Od strony placu z zamku wystawał duży,
marmurowy balkon z kamienną poręczą (niejedyny zresztą, było jeszcze kilka
tarasów od strony zbiornika wodnego, ale znacznie mniejszych). To
właśnie na nim król ogłaszał ludowi wszystkie swoje decyzje. Za jeziorem z
kolei miasto już się kończyło, brzeg był otoczony murem obronnym. Na tym odcinku
wału znajdowała się całkowicie nieużywana brama południowo-wschodnia, do której
można było dotrzeć lądem tylko wąskim kawałkiem ziemi przy brzegu stawu.
Kareta w jakiś sposób wtoczyła się
na wzgórze i nieco chwiejnie podjechała w stronę stajni, a tymczasem powoli
zaczęło wschodzić słońce. Jak to przed świtem bywa, zrobiło się potwornie
zimno, więc Katarzyna wraz z dziewczynkami, okryte tylko cienkimi pelerynami,
drżąc z zimna pokłusowały w stronę drzwi frontowych i zapukały energicznie.
Odtworzył im odźwierny z nocnej zmiany, wielce zdumiony przybyciem królowej o
takiej porze.
- Pani, dlaczego tak wcześnie… -
zaczął, jednak królewna szybko mu przerwała:
- Nic nie mów, wszystkiego się
dowiesz w swoim czasie. Teraz są pilniejsze rzeczy do zrobienia. Obudź, proszę,
moją służbę i poproś ich, by rozpalili ogień w kominku u mnie w pokoju,
przynieśli coś do jedzenia dla dziewczynek, najlepiej ciepłego i przygotowali
dla nich kąpiel. Powiedz im również, że zostaną wynagrodzeni za pracę tak
wcześnie rano.
- Dobrze, zaraz wykonam pani
polecenie – odpowiedział odźwierny, nieco zaskoczony i szybko podążył
korytarzem w stronę pokojów dla służby.
- Żeby wszystko było jasne – ja
mieszkam tutaj tylko przez kilka dni, później pojedziecie ze mną do domu, do
Nerwanii – zwróciła się do dziewczynek Katarzyna.
Małgosia wydawała się
podniecona tym, że znajduje się w zamku – z zapałem oglądała obrazy i gobeliny
wiszące na ścianach, podziwiała nawet zimną, kamienną posadzkę. Iris natomiast
nie zdradzała żadnych emocji – stała spokojnie, patrząc się na jeden z
portretów przedstawiających jakąś królową sprzed lat. Katarzyna dopiero teraz
zwróciła uwagę na oczy brązowowłosej; miała wrażenie, że identyczne już kiedyś
widziała. Nie mogła sobie jednak przypomnieć, do kogo należały, więc przestała
o tym myśleć.
Tymczasem podeszła do nich
zdyszana pokojówka.
- Pani, pokój już gotowy, za chwilę
będzie jedzenie i ciepła woda – poinformowała, zasapana, jednocześnie
uśmiechając się do dziewczynek.
- Świetnie, dziękuję za informację,
Jadwigo! – ucieszyła się Katarzyna – No, to za chwilkę coś zjecie, umyjecie
się, a potem może uda się nam jeszcze pospać choć kilka godzin – powiedziała do
dziewczynek królewna, następnie złapała je za ręce i razem podążyły na piętro,
do komnaty Katarzyny.
***
Nie minęło dziesięć minut od jej
zmaterializowania się, a już poczuła, że jest śledzona. Choć jej prześladowcy
bardzo zwinnie i bezszelestnie przemieszczali się pomiędzy drzewami, Lilia była
w stanie dostrzec cienie ich bezkształtnych sylwetek. Nie pokazywała jednak po
sobie, że ich widzi, by uzyskać trochę przewagi dzięki zaskoczeniu
przeciwników. Po kilkudziesięciu sekundach królowa zauważyła, że mężczyźni
podchodzą coraz bliżej, nie ukrywając już się tak skrzętnie za drzewami, co
znaczyło, że szykują się do ataku. W końcu zbliżyli się na tyle, że Lilia kątem
oka mogła dostrzec ich twarze. Byli raczej brzydcy, krępi, bardziej jednak dziwiło
ich uzbrojenie – po dwa miecze, po jednej tarczy i kuszy oraz z pięć sztyletów na
łeb.
- Oni się chyba naprawdę mnie boją!
– pomyślała królowa i uśmiechnęła się pod nosem.
Po imieniu ich nie kojarzyła,
jednak zawsze wiedziała, że jej kochany mąż ma kilku tego typu pachołków,
którym zlecał brudną robotę. Wydawało jej się, że widziała kiedyś któregoś z
nich w zbroi norhethańskiego strażnika, ale nie była tego pewna. W każdym razie,
kobieta nie miała wątpliwości, iż faceci byli przysłani tu przez jej męża i ich
zadaniem jest pozbawienie jej życia.
Tymczasem mężczyźni zaczęli atak.
Jeden z knypków nałożył strzałę i naciągnął kuszę. Jednak w miejscu, w którym
przed chwilą stała Lilia, było już tylko powietrze. Królowa dosłownie ułamek
sekundy przed wbiciem się strzały w jej szyję teleportowała się o kilka metrów.
Terwinia, która do tej pory spała, wskutek nagłego szarpnięcia obudziła się,
przerażona, i zaczęła płakać. Jej matka jednak nie miała czasu na opiekowanie
się córką. Już cztery razy w ostatniej chwili zrobiła unik przed strzałą i za
pomocą magii wytrąciła jednemu atakującemu tarczę z dłoni. Kolejna strzała świsnęła
i o włos minęła policzek noworodka. Terwinia krzyknęła i machnęła rączkami ze
strachu, a kusza stanęła w płomieniach. Mężczyzna oczywiście natychmiast wypuścił
broń z rąk, wrzeszcząc. Lilia skorzystała z chwili nieuwagi przeciwnika i
powaliła go magią na ziemię. Drugi popatrzył na swoją kuszę z przestrachem,
odrzucił ją i dobył miecza, jednak już po chwili wył z bólu. Żelazo, rozżarzone
do czerwoności boleśnie oparzyło mu dłoń. Królowa z zaskoczeniem spojrzała na
swoją córkę. Nie sądziła, że w tak młodym wieku jest ona w stanie korzystać ze
swojego talentu w tak skuteczny sposób.
Choć mężczyźni mieli się jeszcze jak bronić,
jednak widać było po nich, że woleliby stamtąd uciec. Lilia z córką wygrały ten
pojedynek. Faceci, wcześniej tak pewni siebie, siedzieli teraz na ziemi,
trzęsąc się ze strachu i patrząc się na czarownicę z pierwotnym wręcz lękiem. Lilia
natomiast perfekcyjnie weszła w rolę silniejszej władczyni. Z godnością
podeszła do przeciwników, a ci wycofali się o metr, przestraszeni.
- Wiem, kto was tu wysłał – powiedziała władczo
i donośnie królowa. - Niestety, nie
udało wam się wykonać zadania zleconego wam przez króla i nie sądzę, by
kiedykolwiek wam się to udało. Nie zamierzam was jednak teraz zabijać –
złoczyńcom widocznie ulżyło. Z pewną odwagą wstali, jednak szybko znów ulegli
przerażeniu pod wpływem surowego spojrzenia władczyni.
- Nie tak prędko! – zganiła ich
królowa. – Mam dla was zadanie. Powiedzcie królowi, że jeśli chce mnie zabić, to
ma to zrobić osobiście – powiedziała Lilia jadowicie. – A teraz uciekajcie!
Facetów długo nie trzeba było do
tego namawiać. Wystrzelili jak z procy, zostawiając swoje kusze i miecze,
właściwie nawet nie patrząc, gdzie biegną, przez co cały czas obijali się o
drzewa. Lilia natomiast powoli się uspokajała. Na co dzień żyła raczej
spokojnie, nie była głośna ani agresywna w żaden sposób, jednak gdy
przychodziło jej bronić siebie, a tym bardziej swojego dziecka, diabeł w nią
wstępował. Zazwyczaj później była lekko zaskoczona swoją siłą lub
umiejętnościami magicznymi. Tym razem natomiast była pod wrażeniem talentu
swojej zaledwie kilkugodzinnej córki.
- Jeśli ty teraz potrafisz podpalić
brew albo kuszę swoimi myślami, to czego będziesz w stanie dokonać, gdy
będziesz już dorosła? – spytała się swojej córki, w rzeczywistości jednak nie
oczekiwała na odpowiedź. Popatrzyła tylko na swoje dziecko i nagle przypomniała
jej się Iris. Pomyślała o tym, że jej starsza córeczka jest chora, słaba i najprawdopodobniej
nie ma żadnego talentu. Od razu zrzedła jej mina. Bolało ją to, że musi być
rozdzielona ze swoim dzieckiem, ale jednocześnie nie widziała żadnego innego
rozwiązania.
- Wrócę po nią wkrótce, na pewno!
Muszę! – postanowiła Lilia twardo. Jednocześnie uświadomiła sobie, że na razie
nawet nie ma gdzie spać ani się ukryć i że musi znaleźć jakieś miejsce oraz
zorganizować sobie jakiś dom. Wzięła z ziemi jeden z mieczów pozostawionych
przez prześladowców ze świadomością, że może się on przydać.
Królowa, niestety, była trochę
zapominalska. Gdy myślała o jednej rzeczy,
z głowy wylatywała jej druga, toteż na razie Iris wypadła z jej toku
myślenia. Zastanawiała się tylko nad tym, gdzie ulokować swoją siedzibę. Muszę
tutaj przypomnieć, że Grodenia była górzystym krajem, a im dalej na południowy
wschód, tym wzniesienia były wyższe, a że Lilia właśnie w tym kierunku zmierzała, nie chodziła po płaskim terenie. Na ziemi leżało prawdziwe mnóstwo
głazów, krajobraz ogólnie był bardziej skalisty. Nagle królowa zauważyła coś w
rodzaju wąskiej, skalnej bramy i przeszła przez nią.
Znajdowała się w malutkiej
kotlinie, w całości otoczoną skalistymi górami, które z tamtego punktu
wyglądały jak skalne ściany z licznymi wnękami. Na ziemi rosła trawa oraz kilka
drzew, z gór spływał też mały strumyczek, formując miniaturowe jeziorko. Miejsce było
odcięte od reszty lasu i bardzo ładne.
- Tak, tu jest w porządku –
powiedziała Lilia, zadowolona. – Nawet bardzo w porządku.