poniedziałek, 31 marca 2014

Część I rozdziału II ,,KW"

Z góry dziękuję wszystkim, którzy to czytają ;)
Miłej lektury!


2.

             Był ciepły, wrześniowy dzień. Cały Norhethan skąpany był w promieniach zachodzącego słońca. Mieszkańcy miasta powoli kończyli swój dzień pracy, zamykano warsztaty i zwijano kramy, żegnano się ze znajomymi i udawano się do domów na kolację. Od czasów żałoby po śmierci królowej nic się wielkiego nie wydarzyło w Grodenii, toteż życie w stolicy płynęło wolno i sennie. Nawet król niespecjalnie dbał o regularne podwyższanie danin. Jednak cały ten niezmącony spokój miał się wkrótce skończyć przez nadchodzące wielkimi krokami wydarzenie, którego sprawczyni właśnie spacerowała sobie po norhethańskich uliczkach.

             Katarzyna, bo tak jej było na imię, królewna nerwańska, powolnym spacerkiem przemierzała stolicę Grodenii. Uśmiech nie znikał z jej twarzy. Była zauroczona miłymi mieszkańcami, zabawnymi kupcami i rozkosznymi dziećmi, raz po raz przebiegającymi koło niej. Będąc w trakcie konsumpcji słodkiej bułeczki drożdżowej, zakupionej w jednej z piekarni, w myślach zachwalała umiejętności norhethańskich piekarzy.

             Królewna spacerowała tak sobie spokojnie, czerpiąc radość z życia, gdy nagle poczuła silne uderzenie w kolana. Zaniepokojona, szybko spojrzała w dół.

             - Oj, pszeplasiam! – pisnęła, sepleniąc, jedna z dwóch, może trzyletnich dziewuszek. Jej cechą charakterystyczną były długie do pasa, kręcone, kasztanowate włosy. Druga dziewczynka była trochę wyższa i miała krótsze, proste, jasnobrązowe włosy.

             - Mamy problem! – powiedziała, zaaferowana, ciemnowłosa dziewuszka. Ta natomiast nie miała żadnych kłopotów z wymawianiem głoski „r”, co dziwiło u dziecka w tak młodym wieku.

             Przez chwilę Katarzyna stała bez ruchu, zdumiona ufnością dwóch nieletnich norhethanek do, jakby nie było, królewny obcego królestwa, jednak po chwili wszystko zrozumiała. Całkowicie zapomniała, że rano postanowiła, że nie będzie ubierać się w strojną suknię i ubierać diademu na podróż do Grodenii, by nie obnosić się swoim urodzeniem spacerując wśród prostych ludzi i by nie peszyć ewentualnych rozmówców w mieście. Zamiast tego założyła prostą, ciemnozieloną suknię i czarną pelerynę, które równie dobrze mogłyby należeć do średnio zamożnej mieszczanki, przez co dziewczynki uznały ją za zwykłą norhethańską dziewczynę (Katarzyna miała zaledwie dwadzieścia cztery lata, a i tak wyglądała na trochę młodszą).

             - Co się stało? – królewna szybko weszła w rolę pomocnej dziewczyny, pochylając się nad dziewuszkami ze szczerym niepokojem.

             - Nasza mama… - urwała ruda w najciekawszym momencie, szukając odpowiedniego słowa.

             - Jest chora – dokończyła za siostrę brunetka.

             - Baldzo! – krzyknęła ruda, machając rękami i podskakując.

             - Na co?

             - Do końca nie wiemy, ale na pewno jest to jakaś choroba.

             - Zawołałyście już po medyka? – spytała Katarzyna, jednocześnie wiedząc, że dzieci w tym wieku raczej nie potrafią jeszcze samodzielnie wzywać pomocy lekarskiej.

             - Poszłybyśmy do niego, gdybyśmy wiedziały, gdzie mieszka.

             - Przepraszam, czy wie pani, gdzie obecnie znajduje się medyk? – spytała Katarzyna przypadkową mieszkankę przechodzącą właśnie koło nich.

             - Raczej w swoim domu, przy Ceglanej. Za chwilę przecież będzie już ciemno – odpowiedziała kobieta, zatrzymując się na chwilę.

             Zanim dziewczyna zdążyła zareagować w jakikolwiek sposób, poczuła silne szarpnięcie i już po chwili biegła, zgarbiona, ciągnięta przez dziewczynki za ręce. Dziewuszki miały doskonałe tempo i znały miasto jak własną kieszeń (jak widać, prócz jednego małego szczególiku, a mianowicie miejsca zamieszkania medyka). Po zaledwie kilkudziesięciu sekundach ruda wraz z brunetką natarczywie pukały w drzwi ładnego domu. Na wybawiciela dziewczynki musiały czekać ponad pięć minut – medyk nie był najpracowitszym człowiekiem w Norhethanie, a gdy już wrócił do domu po dniu pracy, tak łatwo nie dawał się z niego wyciągnąć. Gdy mężczyzna w końcu zaszczycił czekające swoją obecnością, chwilę pomarudził, że już późno, dopiero po nieco ostrym komunikacie Katarzyny  zgodził się na udzielenie pomocy chorej kobiecie.

         ***

             - Co się pani stało?! – krzyknął medyk, przerażony.

             Szwaczka, zaskoczona ich nagłym wejściem, starała przykryć się kołdrą, jednak wszyscy już zdążyli zobaczyć, co chciałaby ukryć. Cała twarz i całe ręce kobiety były pokryte strupami, bliznami i pęcherzykami wyglądającymi jak ziarnka ryżu wbite w skórę. Oczy Elżbiety były całe czerwone, a powieki sine, najprawdopodobniej od długotrwałego płaczu.

             - Gdzie się pani tym zaraziła? – drążył temat medyk, oglądając kobietę ze wszystkich niezakrytych kołdrą stron. – I kiedy to się zaczęło?

             - Dwa tygodnie temu – odpowiedziała Iris. – Przyszedł wtedy do jej warsztatu jakiś służący z podobną, ale o wiele mniejszą wysypką, miał tylko parę takich pryszczy, i składał zamówienie na suknię dla swojej pani. Parę razy kaszlnął…

             - On nie był śtąd, na podwólku stała kaleta z tą jego panią! – wysepleniła ruda, podniecona, machając obiema łapkami z całej siły.

             - Kilka dni później mamusia zaczęła się źle czuć, a tydzień temu zamknęła się w swoim pokoju i nie chciała wyjść.

             - Pukałyśmy, ksycałyśmy, ale ona nic! – żaliła się Małgorzatka.

             - Myślałyśmy z Małgosią, że po prostu głowa ją boli, ale dzisiaj., gdy jeszcze spała, cichutko weszłam do jej pokoju i odsłoniłam kołdrę. Krzyknęłam, a ona się obudziła…

             - Ilis psybiegła, potem lazem pobiegłyśmy po pomoc…

             - Rozumiem, ale ja nie mam żadnego lekarstwa na ospę (bo jest to ospa prawdziwa, bez dwóch zdań), zwłaszcza na tak zaawansowaną! Z tego, co mówicie, wynika, że choroba jest już na końcowym etapie rozwoju, a to znaczy, że nic nie jest w stanie jej uleczyć!

             - Przepraszam bardzo – wtrąciła się Katarzyna surowym tonem – ale czy chce pan przez to powiedzieć, że WCALE nie zamierza pan im pomóc i mają po prostu czekać, aż ich matka zginie w cierpieniu?!

             - Nie potrafię jej uleczyć – odburknął mężczyzna.

             - Więc widocznie jest pan kiepskim medykiem!

             - Jeśli szanowna pani tak uważa, to proszę poszukać innego! Jestem pewien, że powie to samo!

             - Patrzcie – powiedziała Iris nieswoim głosem, wskazując na łóżko swojej matki, na co wszyscy się w tamtą stronę odwrócili.

             Elżbieta puściła kołdrę i zamknęła oczy. Po chwili przestał być również słyszalny jej oddech. Katarzyna pierwsza otrząsnęła się z szoku i, niewiele myśląc, pobiegła w stronę łoża. Było już jednak za późno. Organizm szwaczki, od dwóch tygodni wyniszczany i męczony ospą prawdziwą, przestał funkcjonować. Elżbieta leżała bez oddechu i bez tętna, osierocając swoje dzieci. Innymi słowy, po prostu nie żyła.

***

             Było już dobrze po północy. Tłum gapiów, jaki zebrał się, gdy wynoszono zwłoki szwaczki i odwożono je do grabarza, dawno już rozszedł się do domów. Katarzyna natomiast ciągle siedziała w kuchni domu z dziewczynkami, ponieważ najzwyczajniej w świecie im współczuła. Biedaczki, nie mogły przestać płakać i były roztrzęsione. Szczerze mówiąc, była zaskoczona, że nikt się córkami szwaczki nie zainteresował.

             - I co teraz z wami będzie? – zadała pytanie Małgosi i Iris, gdy te już trochę się uspokoiły.

             - Będzie nas pani mogła zaprowadzić do sierocińca, jest na drugim końcu miasta – powiedziała Iris. – Tylko musimy poczekać na świt. Jednak ja wolałabym tam nie iść.

             - Dddddo sielocińca? – wyjąkała Małgorzatka, a następnie znowu wybuchnęła płaczem.

             Iris była młodsza o parę tygodni od swojej przybranej siostry, ale to ona zawsze pełniła funkcję tej starszej i dojrzalszej. Przytuliła Małgosię i powiedziała:

             - Małgosiu, wiem, że nie chcesz tam iść, ja też, ale musimy, nie ma dla nas innego schronienia.

             - Lozumiem -  odpowiedziała dziewczynka, ocierając łzy i również przytulając się do siostry

             Katarzynie ścisnęło się serce. Nigdy w życiu jeszcze do nikogo nie czuła tak ogromnego współczucia. Postanowiła jednak, że pójdzie z dziewczynkami do sierocińca już teraz, by obejrzeć miejsce i ocenić warunki.

             - Może dziewczynki tylko dramatyzują…? – zastanawiała się królewna, po cichu wątpiąc jednak w tą wersję. Postanowiła jednak mimo wszystko udać się do tego miejsca.

             Gdy dotarły na miejsce, było około trzeciej nad ranem. Katarzyna z lekką niechęcią patrzyła się na brzydki, niski budynek, który chyba nie był remontowany od dobrych kilkudziesięciu lat. Właśnie miały wejść do środka, gdy usłyszały jakiś krzyk i fragment rozmowy, w której dominował skrzeczący, kobiecy głos, najprawdopodobniej należący do przełożonej:

             -  Co to za łażenie w nocy?! Co ty sobie, dziecko, wyobrażasz?!

             - Potrzebowałem się załatwić… - powiedział cichutko jakiś chłopczyk, może ośmioletni.

             - Ja ci dam się załatwić! O trzeciej nad ranem wszyscy mają spać i nie zamierzam tolerować żadnych buntowników! – wrzasnęła kobieta, następnie Katarzyna usłyszała plaśnięcie i płacz dziecka.

             - I żeby mi się to więcej nie powtarzało! – wrzasnęła przełożona raz jeszcze, kontynuując bicie podopiecznego. Dziewczynki zaczęły cichutko płakać, wyobrażając sobie podobne sytuacje w swojej przyszłości. Lepszej antyreklamy sierocińca Katarzyna nie mogła sobie wyobrazić.

             - Nie, tego już za wiele! – szepnęła, a następnie chwyciła dłonie dziewczynek i pociągnęła je za sobą, pchana instynktem macierzyńskim. W życiu nie pozwoliła by na traktowanie jakiekolwiego dziecka w taki sposób, dlatego postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce.

             Całe szczęście kareta wciąż stała w tym samym miejscu, w którym Katarzyna ją opuściła. Po raz kolejny miała okazję do pochwalenia lojalności swojego woźniczego. Tymczasem on, który przez ten cały czas siedział na koźle, widząc zbliżającą się panią zszedł z niego i spytał się z wyraźną ulgą:

             - Co się stało, dlaczego Wasza Wysokość nie przyszła o zmierzchu, tak jak pani zapowiedziała? Nie wiedziałem, co mam robić, więc zostałem tutaj…

             - Dobrze zrobiłeś. Nie przybyłam na czas, gdyż opiekowałam się tymi oto młodymi pannami, które właśnie straciły swoją matkę, a że jestem mocno zdegustowana standardami w tutejszym sierocińcu, zamierzam przygarnąć dziewczynki i objąć je pełną opieką – Katarzyna w obecności służby z przyzwyczajenia zaczęła mówić tak, jak ją tego uczono – po królewsku, pełnymi i pięknymi zdaniami.

             Woźniczy nawet się tą decyzją królewny nie zdziwił. Doskonale znał dobre serce jedynej córki nerwańskiego króla Stanisława, a nawet gdyby tak nie było, i tak nie miałby za dużo do gadania. W końcu był tylko służącym. Natomiast Małgorzatka zdawała się być całkowicie skonfundowana całą sytuacją, bidulka nie rozumiała kompletnie, o co Katarzynie chodzi, o czym mówiła do woźniczego i skąd się ten woźniczy w ogóle wziął.  Otworzyła więc tylko buźkę i patrzyła nabożnie na nową opiekunkę. Iris, która co prawda zrozumiała każde zdanie, nadal nie mogła do końca połączyć wszystkich faktów i spoglądała się na królewnę pytająco. Dziewczyna szybko wyjaśniła dziewczynkom, kim jest i skąd pochodzi, co na początku zdziwiło Małgorzatkę.

             - Skolo jesteś klólewną, to dlacego nie nosiś kolony? – dziwowała się rudowłosa.

             - Bo jest niewygodna – palnęła Katarzyna bez namysłu. Ku jej zdziwieniu, Małgorzatka miała taką minę, jakby właśnie wtajemniczono ją w jedną z największych prawd ludzkości. Śmiesznie ten szkrab wyglądał, z poważną buźką i dziecięcą twarzyczką.

             Iris natomiast, nie wiedzieć czemu, wydawała się jednocześnie szczęśliwa i zestresowana.

             - Hmm… Nie wiem… No, bo… Mamusia zawsze mówiła, że nie wolno jeździć karetami z obcymi ludźmi… - dziewczynka wyrzucała z siebie urywki zdań, zatroskana i jakby niezdecydowana, i cały czas kołysała się, przenosząc ciężar ciała z pięt na palce i z powrotem.

             - Kochanie, obiecuję ci, że jeśli kiedykolwiek skrzywdzę was w jakikolwiek sposób, będziesz mogła mnie zbić, wyzwać od potwora i uczynić mi mnóstwo innych rzeczy, które wyrażą, jak bardzo gardzisz moim zachowaniem – uroczyście przysięgła Katarzyna, biorąc tą przysięgę całkowicie na serio.

             Iris zaczerwieniła się jak burak.

             - Nie o to mi chodziło, nie chcę pani bić! – jęknęła, zestresowana. – Tylko, że… No, rozumie pani…

             - Tak, rozumiem – powiedziała królewna łagodnie i kucnęła, by mieć twarz na tej samej wysokości co twarz swojej rozmówczyni. – Bezpieczeństwo i pewna nieufność wobec obcych to bardzo ważne sprawy i świetnie, że o nich pamiętałaś. Po prostu bardzo wam obu współczuję i dlatego chciałabym się wami zaopiekować. Nigdy nie pozwoliłabym, żeby jakiekolwiek dziecko było traktowane tak brutalnie, jak tamten chłopiec i zamierzam też wkrótce się tym zająć. Rozumiecie?

             Temu łagodnemu, matczynemu głosowi nie można było nie ufać. Iris, pchnięta dziecięcą miłością i zaufaniem, mocno przytuliła się do swojej nowej opiekunki. Małgorzatka, niewiele myśląc, poszła w ślady siostry, mimo że z wywodu królewny prawie niczego nie zrozumiała. Katarzynie ścisnęło się serce ze wzruszenia. Ledwo powstrzymała się od płaczu. Już po chwili wszystkie trzy wsiadały do karety.

             - Do pałacu, jeśli łaska – zadecydowała o kierunku jazdy królewna, na co woźniczy popędził konie batem i pojazd ruszył. W głowie Iris jednak pojawiło się kolejne pytanie – co sprowadziło Katarzynę do Grodenii i dlaczego król ją u siebie ugościł? Jednak wkrótce już znała odpowiedzi na swoje pytania.

              Królewna współczuła dziewczynkom, ponieważ sama niedawno straciła matkę. Stary król, który po śmierci żony zaczął chorować, bardzo się martwił, co stanie się z jego niezamężną córką, gdy jego samego zabraknie, dlatego zaczął szukać dla niej męża. Niestety, żaden z nieżonatych nerwańskich książąt nie spodobał się jego córce, a nie zamierzał jej do niczego zmuszać. Linden było trochę dziwnym królestwem i, szczerze mówiąc, Stanisław trochę się bał wydawać swojego dziecka za Lindeńczyka. Rewalitański królewicz miał wtedy dopiero pięć lat, a nieżonatych książąt to tam nie było żadnych. Król Grodenii zwrócił uwagę Stanisława dlatego, że był jeszcze w miarę młody i nieżonaty; konkretniej był wdowcem. Po pierwszym spotkaniu Bolesława z Katarzyną potencjalni narzeczeni dogadali się i nawet wzajemnie się polubili. Uszczęśliwiony król szybko ustalił więc datę ślubu. Miał mieć on miejsce w listopadzie, a Katarzyna obecnie była w trakcie kilkudniowego pobytu w grodeńskim pałacu w towarzystwie kilku swych służących, podczas którego chciała poznać ludność Norhethanu i dwór królewski.

             Zamek nie był daleko, ale jego położenie utrudniało do niego dojazd. Potężny, stary, kamienny gmach w towarzystwie stajni i innych budynków gospodarczych wzniesiono na wzgórzu, u którego stóp po jednej stronie znajdowało się jezioro, a po drugiej plac, który służył do wszelkiego rodzaju zgromadzeń. Od strony placu z zamku wystawał duży, marmurowy balkon z kamienną poręczą (niejedyny zresztą, było jeszcze kilka tarasów od strony zbiornika wodnego, ale znacznie mniejszych). To właśnie na nim król ogłaszał ludowi wszystkie swoje decyzje. Za jeziorem z kolei miasto już się kończyło, brzeg był otoczony murem obronnym. Na tym odcinku wału znajdowała się całkowicie nieużywana brama południowo-wschodnia, do której można było dotrzeć lądem tylko wąskim kawałkiem ziemi przy brzegu stawu.

             Kareta w jakiś sposób wtoczyła się na wzgórze i nieco chwiejnie podjechała w stronę stajni, a tymczasem powoli zaczęło wschodzić słońce. Jak to przed świtem bywa, zrobiło się potwornie zimno, więc Katarzyna wraz z dziewczynkami, okryte tylko cienkimi pelerynami, drżąc z zimna pokłusowały w stronę drzwi frontowych i zapukały energicznie. Odtworzył im odźwierny z nocnej zmiany, wielce zdumiony przybyciem królowej o takiej porze.

             - Pani, dlaczego tak wcześnie… - zaczął, jednak królewna szybko mu przerwała:

             - Nic nie mów, wszystkiego się dowiesz w swoim czasie. Teraz są pilniejsze rzeczy do zrobienia. Obudź, proszę, moją służbę i poproś ich, by rozpalili ogień w kominku u mnie w pokoju, przynieśli coś do jedzenia dla dziewczynek, najlepiej ciepłego i przygotowali dla nich kąpiel. Powiedz im również, że zostaną wynagrodzeni za pracę tak wcześnie rano.

             - Dobrze, zaraz wykonam pani polecenie – odpowiedział odźwierny, nieco zaskoczony i szybko podążył korytarzem w stronę pokojów dla służby.

             - Żeby wszystko było jasne – ja mieszkam tutaj tylko przez kilka dni, później pojedziecie ze mną do domu, do Nerwanii – zwróciła się do dziewczynek Katarzyna.

             Małgosia wydawała się podniecona tym, że znajduje się w zamku – z zapałem oglądała obrazy i gobeliny wiszące na ścianach, podziwiała nawet zimną, kamienną posadzkę. Iris natomiast nie zdradzała żadnych emocji – stała spokojnie, patrząc się na jeden z portretów przedstawiających jakąś królową sprzed lat. Katarzyna dopiero teraz zwróciła uwagę na oczy brązowowłosej; miała wrażenie, że identyczne już kiedyś widziała. Nie mogła sobie jednak przypomnieć, do kogo należały, więc przestała o tym myśleć.

             Tymczasem podeszła do nich zdyszana pokojówka.

             - Pani, pokój już gotowy, za chwilę będzie jedzenie i ciepła woda – poinformowała, zasapana, jednocześnie uśmiechając się do dziewczynek.

             - Świetnie, dziękuję za informację, Jadwigo! – ucieszyła się Katarzyna – No, to za chwilkę coś zjecie, umyjecie się, a potem może uda się nam jeszcze pospać choć kilka godzin – powiedziała do dziewczynek królewna, następnie złapała je za ręce i razem podążyły na piętro, do komnaty Katarzyny.

***

             Nie minęło dziesięć minut od jej zmaterializowania się, a już poczuła, że jest śledzona. Choć jej prześladowcy bardzo zwinnie i bezszelestnie przemieszczali się pomiędzy drzewami, Lilia była w stanie dostrzec cienie ich bezkształtnych sylwetek. Nie pokazywała jednak po sobie, że ich widzi, by uzyskać trochę przewagi dzięki zaskoczeniu przeciwników. Po kilkudziesięciu sekundach królowa zauważyła, że mężczyźni podchodzą coraz bliżej, nie ukrywając już się tak skrzętnie za drzewami, co znaczyło, że szykują się do ataku. W końcu zbliżyli się na tyle, że Lilia kątem oka mogła dostrzec ich twarze. Byli raczej brzydcy, krępi, bardziej jednak dziwiło ich uzbrojenie – po dwa miecze, po jednej tarczy i kuszy oraz z pięć sztyletów na łeb.

             - Oni się chyba naprawdę mnie boją! – pomyślała królowa i uśmiechnęła się pod nosem.

             Po imieniu ich nie kojarzyła, jednak zawsze wiedziała, że jej kochany mąż ma kilku tego typu pachołków, którym zlecał brudną robotę. Wydawało jej się, że widziała kiedyś któregoś z nich w zbroi norhethańskiego strażnika, ale nie była tego pewna. W każdym razie, kobieta nie miała wątpliwości, iż faceci byli przysłani tu przez jej męża i ich zadaniem jest pozbawienie jej życia.

             Tymczasem mężczyźni zaczęli atak. Jeden z knypków nałożył strzałę i naciągnął kuszę. Jednak w miejscu, w którym przed chwilą stała Lilia, było już tylko powietrze. Królowa dosłownie ułamek sekundy przed wbiciem się strzały w jej szyję teleportowała się o kilka metrów. Terwinia, która do tej pory spała, wskutek nagłego szarpnięcia obudziła się, przerażona, i zaczęła płakać. Jej matka jednak nie miała czasu na opiekowanie się córką. Już cztery razy w ostatniej chwili zrobiła unik przed strzałą i za pomocą magii wytrąciła jednemu atakującemu tarczę z dłoni. Kolejna strzała świsnęła i o włos minęła policzek noworodka. Terwinia krzyknęła i machnęła rączkami ze strachu, a kusza stanęła w płomieniach. Mężczyzna oczywiście natychmiast wypuścił broń z rąk, wrzeszcząc. Lilia skorzystała z chwili nieuwagi przeciwnika i powaliła go magią na ziemię. Drugi popatrzył na swoją kuszę z przestrachem, odrzucił ją i dobył miecza, jednak już po chwili wył z bólu. Żelazo, rozżarzone do czerwoności boleśnie oparzyło mu dłoń. Królowa z zaskoczeniem spojrzała na swoją córkę. Nie sądziła, że w tak młodym wieku jest ona w stanie korzystać ze swojego talentu w tak skuteczny sposób.

              Choć mężczyźni mieli się jeszcze jak bronić, jednak widać było po nich, że woleliby stamtąd uciec. Lilia z córką wygrały ten pojedynek. Faceci, wcześniej tak pewni siebie, siedzieli teraz na ziemi, trzęsąc się ze strachu i patrząc się na czarownicę z pierwotnym wręcz lękiem. Lilia natomiast perfekcyjnie weszła w rolę silniejszej władczyni. Z godnością podeszła do przeciwników, a ci wycofali się o metr, przestraszeni.

              - Wiem, kto was tu wysłał – powiedziała władczo i donośnie królowa. -  Niestety, nie udało wam się wykonać zadania zleconego wam przez króla i nie sądzę, by kiedykolwiek wam się to udało. Nie zamierzam was jednak teraz zabijać – złoczyńcom widocznie ulżyło. Z pewną odwagą wstali, jednak szybko znów ulegli przerażeniu pod wpływem surowego spojrzenia władczyni.

             - Nie tak prędko! – zganiła ich królowa. – Mam dla was zadanie. Powiedzcie królowi, że jeśli chce mnie zabić, to ma to zrobić osobiście – powiedziała Lilia jadowicie. – A teraz uciekajcie!

             Facetów długo nie trzeba było do tego namawiać. Wystrzelili jak z procy, zostawiając swoje kusze i miecze, właściwie nawet nie patrząc, gdzie biegną, przez co cały czas obijali się o drzewa. Lilia natomiast powoli się uspokajała. Na co dzień żyła raczej spokojnie, nie była głośna ani agresywna w żaden sposób, jednak gdy przychodziło jej bronić siebie, a tym bardziej swojego dziecka, diabeł w nią wstępował. Zazwyczaj później była lekko zaskoczona swoją siłą lub umiejętnościami magicznymi. Tym razem natomiast była pod wrażeniem talentu swojej zaledwie kilkugodzinnej córki.

             - Jeśli ty teraz potrafisz podpalić brew albo kuszę swoimi myślami, to czego będziesz w stanie dokonać, gdy będziesz już dorosła? – spytała się swojej córki, w rzeczywistości jednak nie oczekiwała na odpowiedź. Popatrzyła tylko na swoje dziecko i nagle przypomniała jej się Iris. Pomyślała o tym, że jej starsza córeczka jest chora, słaba i najprawdopodobniej nie ma żadnego talentu. Od razu zrzedła jej mina. Bolało ją to, że musi być rozdzielona ze swoim dzieckiem, ale jednocześnie nie widziała żadnego innego rozwiązania.

             - Wrócę po nią wkrótce, na pewno! Muszę! – postanowiła Lilia twardo. Jednocześnie uświadomiła sobie, że na razie nawet nie ma gdzie spać ani się ukryć i że musi znaleźć jakieś miejsce oraz zorganizować sobie jakiś dom. Wzięła z ziemi jeden z mieczów pozostawionych przez prześladowców ze świadomością, że może się on przydać.

             Królowa, niestety, była trochę zapominalska. Gdy myślała o jednej rzeczy,  z głowy wylatywała jej druga, toteż na razie Iris wypadła z jej toku myślenia. Zastanawiała się tylko nad tym, gdzie ulokować swoją siedzibę. Muszę tutaj przypomnieć, że Grodenia była górzystym krajem, a im dalej na południowy wschód, tym wzniesienia były wyższe, a że Lilia właśnie w tym kierunku zmierzała, nie chodziła po płaskim terenie. Na ziemi leżało prawdziwe mnóstwo głazów, krajobraz ogólnie był bardziej skalisty. Nagle królowa zauważyła coś w rodzaju wąskiej, skalnej bramy i przeszła przez nią.

             Znajdowała się w malutkiej kotlinie, w całości otoczoną skalistymi górami, które z tamtego punktu wyglądały jak skalne ściany z licznymi wnękami. Na ziemi rosła trawa oraz kilka drzew, z gór spływał też mały strumyczek, formując miniaturowe jeziorko. Miejsce było odcięte od reszty lasu i bardzo ładne.

             - Tak, tu jest w porządku – powiedziała Lilia, zadowolona. – Nawet bardzo w porządku.