***
Pierwszą rzeczą, jaką poczuła Iris,
był gęsty dym wiszący w powietrzu. Królewna otworzyła oczy i krzyknęła. Cała
komnata stała w płomieniach. Dziewczynka zerwała się z łóżka, przerażona, i
wtedy zorientowała się, że pomieszczenie, w którym się znajdowała, nie jest
wcale jej pokojem – nigdzie nie było widać ani Małgosinego łóżka, a tym
bardziej samej Gosi; pokój miał inne
wyposażenie, a drzwi i okna były w innych
miejscach. To jeszcze bardziej przeraziło brązowowłosą. Dziewczynka wybiegła z
komnaty, kaszląc nieustannie i starając się, by nie zajęła się jej długa
koszula nocna, a następnie najszybciej, jak tylko się da, podążyła nieznajomym
korytarzem. Gęsty dym jednak robił swoje. Iris zdążyła przebiec zaledwie
kilkadziesiąt metrów korytarza, a już prawie się dusiła. Królewna padła na
podłogę, wyczerpana. Przed utratą przytomności brązowowłosa zdążyła jeszcze
dostrzec niewyraźną sylwetkę kobiety biegnącej w jej stronę, a potem już obraz
całkowicie rozpadł się, a dziewczynka obudziła się, zlana potem.
***
- Iris, wstawaj! – Małgosia
systematycznie potrząsała ramieniem siostry. – Jest już prawie wpół do ósmej!
Brązowowłosa w końcu obudziła się,
dysząc spazmatycznie. Popatrzyła się na siostrę z przestrachem, a potem
zamknęła oczy i padła na poduszki z ulgą.
- Coś się stało? – spytała się
Gosia, zaniepokojona.
- Nie, to… To był tylko zły sen.
- Aha – uspokoiła się Małgorzata i
energicznie odeszła od łóżka siostry. – Ja bym na twoim miejscu już wstawała i ubierała
się, za chwilę śniadanie – rzuciła znad toaletki, gdzie jęła przeczesywać swoje
bujne, rude loki, które ostatnio zaczynały nieco brązowieć, co nadawało im kasztanowatej
barwy.
Brązowowłosa niechętnie usiadła na
brzegu łóżka. Czuła się jak oklapnięty balonik, z którego niby powietrze
uleciały wszystkie siły. Bolały ją wszystkie mięśnie i kości, mimo tego jednak
wstała i przemyła twarz wodą z miski, którą przytargała tam kochająca czystość
i higienę Gosia. Iris na chybił-trafił wyciągnęła jedną sukienkę z szafy,
włożyła ją i przeczesała swoje rozczochrane, proste włosy. Po jakimś czasie
szła już z radosną jak skowronek siostrą na poranny posiłek.
Śniadanie dodało jej nieco energii i
dziewczynka już z podniesioną głową dokończyła swój kawałek chleba z masłem.
Dodatkowo podniósł ją na duchu fakt, iż była niedziela, a to znaczyło, że
oprócz obowiązkowego udziału we Mszy Świętej w południe razem z Małgosią będą
mogły robić przez cały dzień to, na co tylko mają ochotę, gdyż tego dnia nie
było żadnych lekcji. Przywilej ten nadał dziewczynkom Bolesław, który po cichu
obawiał się, że jego przybrane córki mogą się nauczyć zbyt wiele, a tym samym
stać się mądrzejsze od niego samego. Mający już swoje lata i szybko męczący się
profesor chętnie przystał na taką zmianę, nie mówiąc już o absolutnie
uradowanych przybranych siostrach.
W niedziele po śniadaniu Gosia
zwykle chwytała ulubioną miotełkę i brała się za sprzątanie, i to też zrobiła
tamtego dnia. Tuż po posiłku dziewczynka zerwała się, podziękowała i jak
najszybciej pobiegła korytarzem w stronę składziku dla służby, a Iris jak
zwykle została sama. Szatynka prawie zawsze w takich sytuacjach szła do
biblioteki, jednak tamtej niedzieli królewna wybitnie nie miała na to ochoty.
Po krótkich rozmyślaniach przyszło jej do głowy, że miałaby w sumie ochotę
pójść do miasta na mały spacer. To też uczyniła.
Był ciepły majowy dzień. Słońce
świeciło, a po niebie płynęły sobie spokojnie zwały bitej śmietany zbudowane ze
skondensowanej pary wodnej, zwane chmurami. Lekki wietrzyk miło chłodził plecy
mieszkańców, którzy właśnie zabierali się do pracy. Iris, szczerze mówiąc, nie
przepadała za słońcem i latem. Dziewczynka szybko zgrzała się w swojej ciemnej
sukience z długimi rękawami. Gdy zszedłszy z pałacowego wzgórza, królewna
znalazła się na placu, była zlana potem. Dysząc, dziewczynka zgarnęła swoje
gęste włosy z mokrego karku i związała je znalezioną w kieszeni wstążką, to
pomogło jej odrobinę.
Iris całkowicie już odzwyczaiła się
od zabaw na świeżym powietrzu. Przed śmiercią Elżbiety i przygarnięciem przez
Katarzynę razem z Małgosią wielokrotnie biegała po mieście nawet w cieplejsze
dni i w zasadzie nigdy nie zmęczyła się tak jak wtedy, po zwykłym zejściu ze
wzgórza. Królewna nie była tym zadowolona. Nieco zirytowana, dziewczynka
zaczęła spacerować po placu.
Już po kilku minutach poczuła się
nieswojo. Wydawało jej się, że ktoś ją przez cały czas obserwuje. I miała rację
– norhethańczycy byli zdumieni samotnym pojawieniem się nieletniej królewny w
mieście, wśród zwykłych ludzi. Nigdy nie przepadali za oboma adoptowanymi
córkami Katarzyny, a że tym razem jedna z nich pojawiła się sama na placu, bez
żadnej ochrony lub towarzystwa, mieszkańcy nawet nie starali się ukrywać swojej
złośliwości, bezwstydnie plotkując między sobą o dziewczynce tuż przed jej
oczami i zerkając na nią szyderczo. Brązowowłosa była zbyt spostrzegawcza i
inteligentna, by tego nie zauważyć. Iris podeszła do jednego z kramów. Handlarz
przerwał na chwilę rozmowę z piekarzem i popatrzył się na dziewczynkę
niechętnie.
- Witaj, Wasza Wysokość, w czym mogę
pomóc? – powitał ją ze sztucznym uśmiechem i doskonale słyszalną kpiną,
zwłaszcza w drugim i trzecim wyrazie.
- Mam na imię Iris – odpowiedziała
dziewczynka.
- Proszę? – zarówno handlarz, jak i
piekarz byli szczerze zdumieni odpowiedzią dziewczynki.
- Nie ma potrzeby, by zwracać się do
mnie per ,,Wasza Wysokość”, wystarczy nazywać mnie po imieniu.
Inni sprzedawcy, słysząc te słowa, przerwali
rozmowy i podnieśli głowy znad kramów. Wszyscy dokładnie pamiętali sytuację
sprzed kilku laty, gdy ukochana przez nich świętej pamięci Lilia wypowiedziała
dokładnie te same słowa. Szczerze mówiąc, właśnie przez to solidaryzowanie się z ludnością
władczyni zyskała ich miłość.
- Moja siostra także tego nie
potrzebuje – kontynuowała dziewczynka.
- Dobrze, Wasza… Dobrze, Iris – odpowiedział
z przyzwyczajenia piekarz, jednak po chwili poprawił się.
- Dziękuję – dziewczynka uśmiechnęła
się szczerze. – A teraz, czy mogłabym pana poprosić o tamtą bułeczkę? –
wskazała leżący na półce wypiek.
- Oczywiście – odparł mężczyzna,
jeszcze bardziej zdumiony, a po chwili podał królewnie torebkę z pieczywem. A
gdy ze słowami ,,Reszty nie trzeba” brązowowłosa położyła na ladzie złotą
monetę, piekarz był już całkowicie zszokowany.
- Pani, ta bułka… Znaczy się… Iris, ta
bułka kosztuje kilkanaście razy mniej!
- Może i tak, ale widząc, ile takich
smacznych bułeczek leży na twojej półce tak wcześnie rano, sądzę, że za tak
ciężką pracę należy ci się to skromne wynagrodzenie. A teraz wybaczy pan, ale
muszę już iść. Do widzenia! – i z tymi słowami dziewczynka odeszła od kramu i
opuściła plac, wchodząc w jedną z ulic i nawet nie zauważyła, w jakim
szoku pozostawiła wszystkich mieszkańców miasta.
***
Cichy świergot ptaków. Delikatny dźwięk
szemrzącego strumyka. Łagodne światło prostymi promieniami przebijające się
przez korony drzew. Zapach wilgotnej trawy. Żadnych miejskich hałasów. Czysta
rozkosz przebywać w takim miejscu. Iris w przypływie ogromnego szczęścia
podbiegła do jednego ze świerków i czule go objęła, wtulając swój nos w
pachnącą żywicą korę.
Dziewczynka chętnie opuściła miasto
– z każdą minutą słońce prażyło coraz mocniej, nagrzewając kamienne ulice, a
korony leśnych drzew przepuszczały niewiele światła. Gdy szatynka wychodziła z
Norhethanu przez południową bramę, królewnę zdziwiło trochę to, że w okolicy
nie widziała żadnych mieszkańców ani nawet strażników, jednak postanowiła się
tym nie przejmować i z radością wkroczyła do cienistego boru. Było jeszcze przed
dziesiątą i lśniące kropelki rosy pokrywające całe połacie roślinności nie
zdążyły jeszcze wyparować, toteż buty Iris szybko przemokły, jednak i to nie
powstrzymało królewny od dalszej wędrówki w głąb lasu. Można by powiedzieć, że
bór nieco zahipnotyzował dziewczynkę. Z brązowowłosej wyparowało wszelkie
zmęczenie i zirytowanie, a sama Iris, bezgranicznie szczęśliwa, z ufnością
przekraczała kolejne strumyki, omijała kolejne polanki z leżącymi na nich
głazami i torowała sobie drogę pomiędzy gałęziami iglastych drzew.
Mijały godziny, ale królewna prawie
całkowicie straciła poczucie czasu, podobnie rzecz się miała z orientacją w
terenie. O tym, że dwunasta minęła i że szatynka spóźniła się na Mszę Świętą,
Iris uświadomiła sobie dopiero około piątej. Prawda ta uderzyła w nią tak mocno
i niespodziewanie, że aż przystanęła. Nagle las wydał się dziewczynce
obcy, a dawne poczucie bezpieczeństwa zastąpił strach. Wtedy też uświadomiła
sobie, że nie zna drogi do domu. Przestraszona i bezradna, królewna przycupnęła
pod jednym z drzew i wtuliła swój nos między kolana. Cicho załkała nad swoim
losem.
Minęło kilka godzin. Śpiew ptaków
ucichł, może dlatego, że zbliżał się zachód słońca. Robiło się coraz chłodniej.
W pewnym momencie Iris przezwyciężyła strach i otarła łzy. Postanowiła, że
pójdzie przed siebie i zobaczy, dokąd dojdzie. Tak też zrobiła – zerwała się
na nogi i podążyła w kierunku przeciwnego do tego, w którym (jak jej się
wydało) szła przed jakimś czasem. Dopiero teraz dziewczynka zauważyła, jak górskie
jest otoczenie, co jeszcze bardziej utwierdziło ją w przekonaniu, że zaszła
zdecydowanie zbyt daleko. Po jakimś czasie nieustannej wędrówki szatynka z
radością zauważyła, że las zaczyna się robić coraz gęstszy, ziemia nie jest już
tak skalista, a więcej jest trawy, i że ogólnie teren się powoli, ale jednak
obniża.
Tymczasem słońce zbliżało się już do
linii horyzontu, a niebo nabrało pięknej czerwono-żółto-pomarańczowej barwy.
Norhethańczycy, którzy w niedziele dzień pracy kończyli już koło czwartej, wracali rodzinami ze spacerów i modlitw do domów, by spożyć ciepłą wieczerzę. Iris
w tym czasie ciągle błądziła po lesie. Gdy słońce schowało się za horyzont,
niebo stało się granatowe i zapadł zmrok, dziewczynka była już naprawdę
zdesperowana. Właściwie już nie przestawała biegać, torując sobie drogę
podrapanymi od gałęzi i igieł rękoma. Opadała z sił, ale strach napędzał ją do
działania. W pewnym momencie królewna zauważyła coś, co sprawiło, że uleciał z
niej cały strach i poczuła ogromną ulgę.
-
Światło! – wykrzyknęła dziewczynka w euforii.
Był to zaledwie jeden maleńki
punkcik światła, ale brązowowłosa i tak uznała go za dobry znak. Zaczęła biec w
tamtym kierunku, nabierając nowej energii i wcale nie przyszło jej do głowy, że
światełka w lesie bywają zwodne, a podążanie za nimi może się źle skończyć.
Dziewczynka przystanęła na chwilę, by złapać oddech, gdy nagle gdzieś z boku
usłyszała trzask łamanej gałązki i jeszcze jeden dźwięk, wydany chyba przez
jakieś zwierzę, którego Iris nie była w stanie zidentyfikować.
Już po raz drugi tego dnia (trzeci,
jeśli liczyć zły sen) królewnę sparaliżował strach. Choć teoretycznie nie było
się czego bać, rzadko kiedy przecież jedynym celem zwierzęcia jest zabić i
zjeść człowieka, to jednak gdy jest się w sercu starego boru po zmierzchu,
wyobraźnia robi swoje. I dobrze – czasami przecież ma rację, zawsze jest te
kilka procent szansy na spotkanie tej „gorszej wersji”, zarówno zwierzęcia, jak
i człowieka…
Szatynka miała spory dylemat. Strach
ciągnął dziewczynkę w stronę światełka, jak najdalej od stworzenia ukrytego
pomiędzy drzewami, a jednocześnie ciekawość pchała ją w kierunku wprost
przeciwnym, a że obie te siły się równoważyły, Iris stała w miejscu. W końcu po
długich bojach toczonych pomiędzy tymi dwoma czynnikami wewnątrz jej umysłu
wygrała ciekawość. Dziewczynka powoli podeszła do miejsca, z którego dobiegł
dźwięk. Wzięła głęboki oddech, a następnie nerwowo wypuściła dwutlenek węgla z
płuc. Jakiś cichy głosik w głębi umysłu królewny podpowiadał jej, by się
wycofać, jednak ona odpędziła się od tych myśli krótkim potrząśnięciem głowy.
- Raz kozie śmierć – wyszeptała i w
przypływie odwagi nagłym ruchem odgarnęła gałęzie i w końcu zerknęła na zwierzę za nimi ukryte.
Widok, jaki ujrzała, roztopił jej
serce w kilka sekund. Na trawie leżało źrebię o ciemnej sierści z jasną łatką
na czole, i to ono właśnie cicho rżało od czasu do czasu. Iris nie rozpoznała
tego dźwięku, gdyż w Grodenii konie nie były aż tak popularne, korzystali z
nich właściwie tylko ludzie z wyższych sfer do ciągnięcia karoc i ujeżdżania. Dziewczynka
przyklęknęła.
- Co się stało, dlaczego tak tu
leżysz i skomlesz, malutka? – spytała się zwierzęcia. Intuicja słusznie
podpowiadała królewnie, że szatynka ma do czynienia z młodą klaczą, nie z
ogierem.
Źrebię zarżało znacząco a
rozpaczliwie i poruszyło jedną ze swych tylnych odnóży. Z początku dziewczynka
niczego na niej nie dostrzegła, jednak po dłuższych oględzinach poznała dość
mocno krwawiący powód cierpienia zwierzęcia. Nie zobaczyła wcześniej rany, gdyż
przez wszechobecną ciemność mogła rozróżnić tylko to, czy kolor jest jasny, czy
ciemny, a czerwień krwi na pierwszy rzut oka wydawała jej się granatową plamą
na nodze źrebaka.
- Oj, biedaczko, już ci pomagam! –
rzuciła się na ratunek Iris. Królewna wyciągnęła z kieszeni białą jak śnieg
chustkę i zamoczyła ją w pobliskim strumyku, do którego doprowadziło
dziewczynkę jego szemranie. Następnie szatynka obmyła ranę zwierzęcia i w nieco
prymitywny sposób zabandażowała krwawiące miejsce, korzystając z tej samej
chustki. Nietrwały i niezbyt higieniczny był to opatrunek.
- Nic innego w tej chwili nie
potrafię dla ciebie zrobić, wybacz mi – przeprosiła dziewczynka, ocierając o
sukienkę mokre od chustki dłonie.
Zwierzę, zrezygnowane, opuściło łeb
i ukryło pysk przed wzrokiem królewny.
- Tylko proszę się na mnie nie
obrażać! – obruszyła się Iris. – Ja naprawdę nic więcej nie jestem w stanie
zrobić! Albo czekaj, może uda mi się… - do głowy dziewczynki nagle wpadł pewien
pomysł, jednak już po chwili królewna wiedziała, że jest on do niczego –
źrebak, któremu przy próbie podniesienia go wbito ręce w brzuch, zarżał głośno
i potrząsnął tułowiem, by zrzucić z niego ręce Iris, natomiast samą
brązowowłosą odrzuciło na dwa metry. Dziewczynka aż usiadła na ziemi z
wrażenia, chuchając sobie na obolałe ręce.
- Owszem, jesteś trochę duża, ale
nie sądziłam, że aż taka ciężka! – wykrzyknęła królewna, patrząc się na zwierzę
zszokowana i jednocześnie z podziwem, pojękując od czasu do czasu i rozcierając
sobie dłonie.
Źrebię, obrażone, odwróciło łeb od
szatynki i z powrotem położyło pysk na trawie. Gdyby klaczka potrafiła mówić,
pewnie powiedziałaby, żeby dziewczynka wyniosła się już i zostawiła ją w
spokoju, bo tylko problemy stwarza.
- Przepraszam, to pewnie bolało, gdy
cię tak złapałam – zreflektowała się Iris, zawstydzona. – Nie pomyślałam o tym,
wybacz.
Szatynka zaczęła intensywnie myśleć.
Nie miała serca zostawiać zwierzęcia samego z ranną nogą w środku lasu (mimo
tego, że obecnie klaczka była na królewnę obrażona, w oczach źrebaka wciąż można
było dostrzec strach i bezradność), a wszystko wskazywało na to, że nie ma
żadnego sposobu, żeby zabrać kłopotliwego zwierzaka ze sobą, a samej
dziewczynce niezbyt uśmiechało się nocowanie w ciemnej puszczy daleko od domu.
Po chwili brązowowłosej przypomniało się coś, co było rozwiązaniem jej
problemu, a szatynkę aż zdziwił fakt, że też wcześniej tak oczywista rzecz nie
przyszła jej do głowy.
- Wiem! – zaczęła dziewczynka z
uśmiechem. –Zanim cię spotkałam, widziałam światełko w oddali; ty tutaj chwilkę
zaczekasz, a ja szybciutko tam pobiegnę i poproszę o pomoc!
Zwierzę wyraźnie się ożywiło, jednak
ku zdziwieniu królewny wcale nie było to radosne ożywienie. Zaniepokojony
źrebak rżał, parskał i prychał naprzemiennie, z trudem powstrzymując się od
zerwania na obecnie niesprawne kończyny i zagrodzenia dziewczynce drogi.
- Co? Nie iść? Ale dlaczego?
Niebezpieczeństwo? Jak to? – pytała się klaczki Iris, próbując odgadnąć, o co
chodzi zwierzęciu. – Zwodnicze światełko? Zaraz, ty przecież możesz mieć rację!
– zorientowała się brązowowłosa, aż zaniepokojona tym, że nie pomyślała
wcześniej o tak istotnej rzeczy. – No to w takim razie już nie wiem, co
robić, poddaję się! – uroczyście oświadczyła szatynka i oklapnięta jak balonik
padła na trawę obok zwierzęcia. Dopiero teraz przypomniała sobie, jak bardzo
jest wycieńczona.
Obawiając się o swoją sukienkę,
dziewczynka podniosła się z pozycji leżącej do siedzącej i oparła plecy o pień
drzewa. Do głowy nie przychodziły jej żadne pomysły na powrót do domu razem z
klaczką i, szczerze mówiąc, królewna miała już tego wszystkiego serdecznie
dosyć. Brązowowłosa za nic w świecie nie chciałaby zasnąć tam, w sercu puszczy,
jednak jej zmęczenie było silniejsze. Szatynce coraz bardziej kleiły się oczy,
a ona sama stopniowo traciła nad sobą kontrolę. W końcu gdy przerażony widokiem
nagle wyłaniającej się z nicości postaci źrebak zarżał głośno i w ostatniej
chwili powstrzymał się od zerwania się na nogi w celu ucieczki, Iris spała już
smacznie i snem kamiennym, swoim zwyczajem pochrapując cicho od czasu do czasu.
***
Katarzyna koło północy poszła w
końcu spać, jednak nie było nawet mowy o tym, żeby władczyni spokojnie zasnęła,
za bardzo się całą sytuacją denerwowała. Królową zdziwiło trochę, że
Bolesław zdawał się kompletnie nieprzejęty tym, że jego przybrana córka nie
wróciła na noc do zamku, ale Nerwanka nie miała ani czasu, ani ochoty na
psychoanalizę podejścia męża – całkowicie pochłonięta była wypytywaniem służby,
kiedy ostatni raz widziano jej adoptowane dziecko i czemu nikt na tym
przeklętym dworze nie zwraca żadnej uwagi na samotnie szwendającą się ośmiolatkę.
Na pierwsze pytanie służący zwykle odpowiadali, że na śniadaniu lub że wcale
jej dzisiaj nie widzieli, a po zadaniu drugiego indagowani wbijali wzrok w podłogę
lub próbowali jakoś się usprawiedliwiać, najczęściej dość niezdarnie. Nawet
Małgosia nie potrafiła powiedzieć przybranej matce, gdzie poszła Iris.
Przytłoczona tą całą sytuacją, królowa postanowiła położyć się spać, a służącym
kazała siebie obudzić, gdyby odnaleziono dziewczynkę lub dowiedziano się
czegokolwiek na ten temat.
Nie muszę chyba wspominać, że
okropnie jej się spało. Budziła się co pięć minut, zlana potem i nieprzytomna
ze strachu, a potem znowu zapadała w burzliwy sen, a w każdym kolejnym koszmarze
przewijał się ten sam obraz – rozrzucone po lesie kawałki ciała zgwałconej i
rozszarpanej przez zbójców Iris. Z tego wątpliwego odpoczynku nocnego wyrwała
ją tuż przez świtem w końcu jedna ze służących. Królowa, nieprzytomna z ulgi,
natychmiast opuściła łoże i podążyła za pokojówką.
- Gdzie ją znaleźli? – spytała się,
prawie biegnąc korytarzem.
- Nie znaleźli jej, sama przyszła –
odparła posługaczka, również zaaferowana sytuacją.
W tamtym momencie władczyni
całkowicie zapomniała o dobrych manierach. Kopniakiem wyważyła drzwi do pokoju,
w którym, jak ją poinformowała pokojówka, znajdowała się Iris, a potem rzuciła
się na przybraną córkę jak lwica na antylopę.
- Jak mogłaś mi to zrobić!? –
ryknęła królowa, zalewając się momentalnie łzami.
Dziewczynka patrzyła się na swoją
matkę, zszokowana. Nigdy wcześniej nie widziała jej w takim stanie.
- Ja nie chciałam, zgubiłam się w
lesie… - zaczęła.
- A czemu w ogóle tam poszłaś?! –
kontynuowała tym samym płaczliwo-rykliwym tonem Katarzyna.
- Było gorąco, a tam był cień, ja
tylko chciałam pójść na spacer…
- To czemu tak późno wróciłaś?! W
ogóle, jak ty wyglądasz?! – jęknęła królowa, patrząc się na poszarpaną i brudną
sukienkę dziewczynki.
- Mówiłam przecież, że się zgubiłam.
Przepraszam za sukienkę, wywróciłam się kilka razy…
- Czemu nie powiedziałaś nikomu,
gdzie idziesz? – władczyni powoli uspokajała się.
- Zapomniałam, przepraszam…
- Ech, grunt, że jesteś cała i
zdrowa! – rzuciła królowa z ulgą po chwili ciszy. – Ale jak właściwie udało ci
się zabłądzić w lesie?
- Czy mogłabym opowiedzieć ci
wszystko ze szczegółami jutro, to znaczy dzisiaj, ale po odpoczynku? Jestem
bardzo zmęczona – poprosiła Iris, z trudem powstrzymując się od głośnego
ziewnięcia.
- Ach, no tak! Oczywiście, że
możesz mi to opowiedzieć później! – zreflektowała się władczyni, przypominając
sobie, że brązowowłosa po całym dniu spędzonym w lesie z pewnością jest
wyczerpana. - Jadwigo, proszę przygotować kąpiel i łóżko dla królewny!
- Dobrze, że wróciłaś – rzuciła na
odchodnym Katarzyna i przytuliła Iris.
Gdy za królową zatrzasnęły się drzwi, królewna
po raz pierwszy od powrotu do zamku mogła spokojnie pomyśleć o tym, co jej się
przydarzyło, bo sama nie do końca była wszystkiego świadoma. Szatynka próbowała
jakoś to sobie wszystko wyjaśnić, ale po prostu nie potrafiła, była zbyt
zdezorientowana. Jeszcze nie otrząsnęła się z szoku, którego doznała po tym,
jak obudziła się W MARSZU, ciągnięta przez klaczkę, której noga była już
całkowicie zdrowa i sprawna. Cała ta sytuacja wydawała się Iris mocno
absurdalna (no bo w jaki niby sposób rana źrebięcia sama się zrosła?) i była
daleko za granicą pojmowania i logicznego myślenia dziewczynki.
- Królewno, kąpiel już gotowa –
przerwała jej rozmyślania Jadwiga.
Brązowowłosą od intensywnego, a
jednocześnie bezskutecznego myślenia zaczęła boleć i tak już obolała głowa,
dziewczynka postanowiła więc przestać się tym wszystkim tak przejmować.
- Ostatecznie, nic złego mi się nie
stało, prawda? Jestem cała w domu, a tamto biedne zwierzątko nie ma już swojej
paskudnej rany – czego chcieć więcej? – powiedziała sama do siebie, ściągając
brudną sukienkę.
Weszła do balii. Dla jej
wychłodzonego ciała ciepła woda była prawdziwym balsamem.
- Mam nadzieję, że Katarzyna
pozwoli mi zatrzymać tamtego konika, zawsze chciałam mieć jakieś zwierzątko.
Przydałoby się też wymyślić mu jakieś imię – może Łatka?
Pomyślała przez chwilę.
- Tak, Łatka to dobre imię.
Zamknęła oczy.
***
Było kilkanaście minut przed ósmą,
gdy Iris szła żwawym krokiem z grubą książką pod pachą w kierunku komnaty
drzewnej. Zmierzała tam jeszcze przed śniadaniem, gdyż później na lekcji
chciała się spytać pana profesora, jak to jest z tymi siłami, a nie opłacało
jej się z ową ciężką fizyczną księgą iść najpierw na śniadanie, a dopiero potem
do sali lekcyjnej – od pokoju dziewczynek do komnaty drzewnej było znacznie
bliżej niż do jadalni, królewna tylko zmęczyłaby się niepotrzebnie, targając
wolumin. W dodatku Katarzynie niezbyt podobało się, gdy brązowowłosa
przychodziła z książką na śniadanie, a tym bardziej, kiedy dziewczynka
ośmielała się ją czytać podczas jedzenia.
Wskutek tych właśnie cyrkumstancji Iris
szła żwawym krokiem koło ósmej rano korytarzem z grubą książką pod pachą. Jej
wędrówka nie trwała długo – już po kilku minutach marszu szatynka dotarła na
miejsce i nacisnęła klamkę. O tej porze pokój był jeszcze pusty, profesor
przychodził do niego na lekcje razem z dziewczynkami, dopiero po śniadaniu.
Królewna zamierzała tylko położyć książkę na stole, a potem od razu udać się do
jadalni, jednak gdy pozbyła się ciężaru, zostawiając go na blacie biurka,
odruchowo podniosła głowę i jej wzrok padł na drzewo genealogiczne, które po
raz pierwszy od niecałych dwóch lat regularnego przebywania w komnacie
niezwykle ją zaintrygował.
Dziewczynka podeszła do ściany
całkowicie pokrytej malowidłem. Drzewo było systematycznie uzupełniane, a
prowadzone najprawdopodobniej od zbudowania zamku kilka wieków wcześniej
rozrosło się tak, że trzeba było powoli przenosić się na sąsiednie ściany, gdyż
na tej pierwszej brakowało już miejsca. Iris pamiętała jeszcze, jak w miarę
niedawno na zamek przybył kuzyn Bolesława, który jako jedyny z całej rodziny
potrafił posługiwać się pędzlem, i uzupełnił malowidło o wzmianki o Katarzynie,
Helenie i Marii, a także na prośbę władczyni zaznaczył na drzewie Iris i
Małgosię.
- Nie było jeszcze u nas w rodzinie
przypadku adopcji, sam więc wymyśliłem nowy typ gałęzi łączących przybrane
dzieci i ich rodziców – są to szare, cienkie linie – tłumaczył się królowej samozwańczy
genealog.
Mężczyzna namalował też miniaturowy
portret Katarzyny koło jej imienia. Nie umieszczano wizerunków dzieci na
drzewie dopóty, dopóki nie stały się one pełnoletnie, a gdy pociecha swoich
rodziców umierała wcześniej, malowano jej podobiznę tuż przed pogrzebem.
Odszukanie najbliższej rodziny na
drzewie zajęło Iris dobrych kilka minut, dziewczynka znalazła w końcu imiona
Katarzyny, Heleny, Bolesława i Marii znajdujące się, jak się okazało, prawie
pod samym stropem. Żeby przyjrzeć się z bliska portretowi swojej przybranej
matki, królewna musiałaby wspiąć się na regał wypełniony książkami, a to
obecnie znajdowało się poza jej możliwościami, brązowowłosa więc patrzyła się
na malunek z odległości około trzech metrów, co jej zresztą wystarczało.
Królewna przyglądała się właśnie wizerunkowi swojego ojca sprzed kilkunastu
lat, kiedy jej wzrok padł na postać namalowaną obok niego i połączoną z nim
wyblakłą złotą linią oznaczającą małżeństwo i obramowaną czarną informującą o
śmierci. Była to młoda kobieta, szatynka, o ciemnych oczach i nieco
buntowniczym wyrazie twarzy. Gdy dziewczynka przyglądała się portretowi, jej intuicja
podpowiedziała królewnie, kim jest kobieta przedstawiona na drzewie.
Gdy do Iris to dotarło, dziewczynkę
przeszedł dreszcz. Wytężyła wzrok i spróbowała dostrzec, jaka data śmierci jest
napisana pod imieniem kobiety. Był to listopad, dziewięć lat temu.
- Wtedy się urodziłam! – pomyślała dziewczynka,
nagle pojmując, dlaczego nigdy nie spotkała kobiety i swoje pierwsze lata życia
przeżyła poza zamkiem.
Nagle rozległ się dźwięk dzwonu.
Szatynka musiała stracić drzewo z oczu i biec na śniadanie, jednak to nie robiło
żadnej różnicy – przez cały dzień i tak nie mogła opędzić się od ciągle nawracającego
i dręczącego ją obrazu brązowowłosej, ciemnookiej kobiety z buntowniczym wyrazem twarzy – swojej własnej, nieznanej mamy.