poniedziałek, 27 stycznia 2014

Część II i ostatnia rozdziału I

Druga część pierwszego rozdziału... Zapraszam do czytania! :)



***

Lilia podczas teleportacji cały czas wyrzucała sobie tak nierozważne postępowanie. Nie była w stanie pojąć, dlaczego zapomniała o tak ważnym fakcie, jakim było to, że WSZYSTKIE, co do jednej, czarownice nie potrafią kontrolować swych talentów aż do co najmniej piątego roku życia, a niektóre nie są w stanie panować nad nimi aż do Ceremonii Kryształu (z czarodziejami jest troszkę inaczej, ale to długa historia), przecież gdyby nie to, że była specjalistką od teleportacji (sztuczka z odpychaniem kogoś bez dotykania go jest tak podstawowa, że nie ma czarownicy, która by jej nie znała i nie potrafiła z niej korzystać), prawdopodobnie nie zdołałaby uciec. Choć może, gdyby się zajmowała iluzją, dałaby radę stać się niewidzialna, jednak wtedy nie mogłaby w ogóle biec (w magii obowiązuje zasada „coś za coś”, w przypadku niektórych trudniejszych zaklęć osoba rzucająca je nie może wykonywać innych czynności; podstawowym ograniczeniem jest to, że nie można spać podczas rzucania uroku )… W każdym wypadku, nieuwzględnienie tego faktu było wysoce niebezpieczne i mogło przynieść nieprzyjemne konsekwencje, z których utrata dachu nad głową była zdecydowanie najłagodniejszą.

Królowa nie mogła wrócić do swoich. Jako obecna żona (sakrament nie został przecież unieważniony) ludzkiego króla, który, łagodnie mówiąc, nie lubi stworzeń magicznych (a szczerze: wyrzyna je jak świnie w rzeźni przy każdej możliwej okazji), oczywiste było, że nie będzie u czarownic mile widziana, a bardzo możliwe, że skończyłaby swój właśnie uratowany żywot z ich właśnie rąk.

Lilii starczyło sił na przeniesienie się tylko o około trzydzieści metrów od murów Norhethanu. Zmaterializowała się we wschodnim lesie, czyli w miejscu, gdzie strażnicy zapuściliby się tylko w ostateczności. Dlaczego? Był to bardzo stary bór, znacznie starszy niż Norhethan ani nawet sama Grodenia – i był to las w pełni zamieszkiwany przez stworzenia magiczne. Podczas gdy na północnym zachodzie królestwa, przy granicy  z Rewalicją, Linden i Nerwanią, między kilkoma wioseczkami rósł zwykły, nudny las, to cały wschód i całe południe od Norhethanu opanowany był przez ogromny, czarodziejski bór. Bór typu takiego, do którego o wiele łatwiej wejść, niż się z niego wydostać., cały wschód i południe od Norhethanu pokrywał był ogromny, czarodziejski las, do którego jak człowiek wszedł, to już z niego nie wyszedł. Wiele lat wcześniej przez puszczę wiódł gościniec, jednak stopniowo zaczął on porastać drzewami i inną roślinnością, aż w końcu zarósł tak, iż trudno go było odróżnić od reszty lasu.

         Pierwszą rzeczą, jaką czarownica uświadomiła sobie po dotknięciu stopami ziemi, było to, że jej starsze dziecko przeraźliwie płacze. Lilia próbowała ululać i uciszyć niemowlę, ale nie przyniosło to żadnych skutków. Wniosek był jeden – królewna źle znosi teleportację, a to unieruchamiało królową. Czarownica nie znała dokładnie lasu, a w dodatku strażnicy stojący przy murach mogli usłyszeć płacz.

Zdesperowana, kobieta mimochodem wyciągnęła swój Kryształ. Trzymała go przy sobie zawsze, ukrywając go dobrze, rzecz jasna. Odkąd ostatnio go widziała, zmienił się – od prawie roku, kiedy nie korzystała z magii, wyglądał jak zwykły kawałek trochę tylko zabarwionego fioletem kwarcu, jednak teraz lśnił ciemnofioletowym blaskiem. Jednak to i tak było dość mało, bo w przypadku korzystania z czarów cały czas, kamień jaśniał tak mocno, iż kryształ wyglądał jak ametyst w najintensywniejszym odcieniu fioletu.

- Muszę wrócić do Norhethanu i iść do Elżbiety – postanowiła w końcu kobieta. – Mam nadzieję, że będzie u siebie w warsztacie, a nie na placu oczekując, aż wyjdę z dziewczynkami oraz mężem na balkon i pokażę im swoje dzieci!

              Elżbieta była najlepszą przyjaciółką władczyni i jedyną osobą, której Lilia zdradziła, kim jest. Szwaczka była bardzo tolerancyjna dla stworzeń magicznych, co było rzadkością wśród zwykle źle nastawionych na czarownice i inne stwory ludzi. Mało tego, kobieta sama miała w sobie odrobinę czarodziejskiej krwi po prababce. Elżbieta wyszła za mąż kilka miesięcy wcześniej od Lilii, lecz niestety jej mąż zmarł po połowie roku ugryziony przez psa ze wścieklizną, zostawiając żonę ciężarną. Mimo tragedii wdowa nie załamała się, wciąż pracowała i nie dalej jak trzy tygodnie przed porodem królowej urodziła córeczkę Małgorzatę.

              W istocie, przyjaciółka Lilii nie marnowała dnia pracy na sterczenie na dworze. Wciąż jeszcze młoda, starsza nieco od królowej kobieta z jasnymi włosami zaplecionymi w warkocz siedziała przy stole całkowicie zajęta szyciem sukni na zamówienie i na nagłe pojawienie się władczyni zareagowała lekkim okrzykiem i ukłuła się igłą.

              - Nie poszłaś zobaczyć mnie, jak wychodzę z dziećmi, no wiesz co? – powiedziała Lilia z uśmiechem i z przyjacielską przyganą.

              - Lilia, ty przecież właśnie rodzisz dziecko w zamku!

              - Już urodziłam. W dodatku, sytuacja się zmieniła – i królowa opowiedziała swojej przyjaciółce o sytuacji w pałacu.

              - A więc to te młode panny? – zadała pytanie Elżbieta, badawczo przyglądając się dwóm noworodkom w ramionach władczyni.

              - Czy mój kochany mąż mówił już coś ludowi? – spytała się Lilia.

              - Nie wiem, ale podejrzewam, że nie. Co zamierzasz zrobić? I po co tu przyszłaś?

              - Słuchaj, moje starsze dziecko nie jest zbyt zdrowe i bardzie źle znosi teleportację. Będę musiała zamieszkać w lesie, a ona może tego nie wytrzymać. Proszę, przygarnij ją. Ty masz dziecko, będziesz mogła po prostu zgłosić dwójkę dzieci zamiast jednego, spis nowo narodzonych dzieci będzie za miesiąc...

              - Mam trzymać młodą czarownicę u siebie w domu? Zwariowałaś? – obruszyła się Elżbieta. – Przecież na pewno ktoś to wykryje, przecież ona nie będzie tego kontrolować!  W dodatku, medyk i akuszerka, którzy u mnie byli przy porodzie, na pewno pamiętają, że urodziłam tylko Małgosię!

              - Nie – powiedziała Lilia, mając pewne doświadczenie z medykami. – Uwierz mi, że nie.

              Szwaczka jednak wciąż się nie zgadzała.

              - Naprawdę, chcesz mi oddać swoje własne dziecko? Co jest, nie kochasz go? – spytała w końcu cicho.

              W oczach królowej zalśniły łzy.

              - Nie rozumiesz? Ja ją kocham, kocham ponad życie i właśnie dlatego chcę, byś się nią zaopiekowała! – powiedziała Lilia, bliska całkowitego rozpłakania się. – Ona u mnie umrze, ja sobie przecież nie poradzę bez teleportacji! Wrócę do ciebie za pięć lat, jeśli do tej pory ona nie zginie, wezmę ją. Proszę, pomóż mi!

              Przez chwilę była cisza. Elżbieta, odwrócona od królowej plecami, nerwowo bawiła się swoim warkoczem, patrząc w podłogę. Nagle królowa dodała:

              - Wydaje mi się, że ona nie ma żadnej mocy.

              Elżbieta gwałtownie się odwróciła i spojrzała się na przyjaciółkę pytająco.

              - Jak to…

              - Myślę, że jej płytki oddech, mała waga i złe znoszenie teleportacji są spowodowane tym, że jest w jakiś sposób upośledzona i bardzo możliwe, że tyczy się to także magii - powiedziała Lilia poważnie, patrząc się na przyjaciółkę.

              Szwaczka spoglądała na królową przez chwilę, potem spuściła głowę i znowu jęła miętosić swój warkocz. W końcu powiedziała, patrząc na noworodki:

              - Która to z nich?

              Lilia podała jej starszą królewnę, a ta ostatnia otworzyła oczy i spojrzała na Elżbietę.

              - Jej oczy… Ona wygląda tak, jakby mnie normalnie widziała! – zdumiała się kobieta. – Moja Małgosia jest od niej starsza, a jeszcze nawet nie potrafi rozróżniać kolorów!

              - Czarownice tak mają.

              - W porządku… A jak nazwałaś swoje córki?

              - Ja? Szczerze mówiąc, jeszcze o tym nie myślałam – uświadomiła sobie czarownica i zamyśliła się, patrząc na trzymaną przez Elżbietę dziewczynkę. – Może Julia?

              - Julia? Nie pasuje. Może Tomira?

              - Żartujesz? – spytała się królowa, rozbawiona, i nagle coś jej podpowiedziało odpowiednie imię. – Iris.

              - Że niby jej imię ma być Iris? No, nie wiem…

              - Iris, tylko i wyłącznie.

              - Dla mnie w porządku – zgodziła się szwaczka. – Nawet ładne imię dla księżniczki.

              - Królewny – machinalnie poprawiła Lilia.

              - Jaka różnica… A tamta druga?

              - Terwinia – co do tego imienia władczyni była pewna.

              - Dziwne imię…

              - Dla ludzi tak. Dla czarownic jest jak najbardziej odpowiednie.

              - A, to jeśli tak, to zwracam honor.

              - No więc, bierzesz Iris, czy nie?

              Elżbieta jeszcze raz spojrzała na oczy królewny, po raz kolejny chwyciła swój warkocz i spuściła wzrok. Następnie znowu podniosła głowę. Hipnotyzujące oczka królewny działały bez zarzutu. Po chwili szwaczka pękła:

              - No dobra, zgadzam się!

              Królowa aż się rozpromieniła:

              - Dziękuję ci bardzo! Słuchaj, czy masz może jakąś pelerynę?

              -  Co? A, tak, jasne, jest jakaś w tamtej szafie w rogu.

              Lilia ubrała się w pelerynę, pożegnała się z przyjaciółką i wyszła z warsztatu. Budynek znajdował się w jednej z pobocznych uliczek, niedaleko północnej bramy. Ulice były puste, wszyscy byli na placu czekając na wieść o dziecku, nawet strażnicy, co dla królowej oczywiście było niewypełnianiem przez nich obowiązków, ale dla uciekinierki było szczęśliwym trafem. Lilia szybko przemknęła przez miasto do bramy i tam wydostała się z miasta.

              Tuż po przekroczeniu przez wrota królowa nagle doznała silnego uczucia, że źle postąpiła, zostawiając swoje dziecko u Elżbiety. Odwróciła się i nagle dostrzegła strażnika wychodzącego z jednej z uliczek. Szybko uciekła za najbliższe drzewa.

              - Nie, co to za wymysły… – przekonywała siebie samą Lilia. – Przecież jej będzie tam dobrze… Jeśli to wszystko przeżyje, na pewno po nią wrócę… - jednak wciąż coś jej ciągle mówiło, że powinna wrócić po Iris.

              - Doprawdy! – powiedziała gniewnie, zła na swoją intuicję. – Skończ już z tymi głupotami, dziewczyno! Twojej córce nic się złego u Elżbiety nie stanie! – następnie, po raz pierwszy w życiu ignorując swoje przeczucia, przycisnęła Terwinię, która przez cały ten czas roztropnie siedziała cicho, do swej piersi, zamknęła oczy i teleportowała się.


                                  ***
             Gdy wyszedł z komnaty, nagle zrobiło mu się trochę niedobrze. Rozbolała go głowa. Zachwiał się, a jego pole widoku na chwilę zasłoniła ciemność. Jednak już po kilkudziesięciu sekundach objawy ustąpiły, a Bolesław szybko doprowadził się do pionu, jednocześnie rozglądając się, czy nikt nie dostrzegł jego momentu słabości.

             Korytarz był pusty, zgodnie z jego życzeniem. Gdy królowa zaczęła rodzić, rozkazał wynieść się wszystkim z tego skrzydła pałacu – by jego żona miała spokój. Teraz natomiast, po zaistniałej sytuacji, która wymaga dyskretnego pozbycia się Lilii, pustka zapewniała komfortową drogę ucieczki z miejsca zdarzenia. Król więc spokojnie szedł sobie korytarzem, nie musząc odpowiadać na niewygodne pytania służby na temat żonki i dzieciaczków. Władca nie miał zwyczaju przejmować się chwilowymi napadami słabości, a winę za ból i zawroty głowy zrzucił na nieco stresującą sytuację z ukazaniem przez królową swego prawdziwego oblicza.

             Oni już tam byli, zgodnie z poleceniem. Gdy wszedł do swojego najosobistszego z najbardziej osobistych gabinetów, chłopcy już stali przy dębowym biurku, czekając na wytyczne. Byli to dwaj rośli, raczej brzydcy faceci, trochę młodsi od dwudziestosześcioletniego króla. Ubrani byli w obowiązkowe kostiumy norhethańskich strażników – z niebieską gwiazdą szesnastoramienną z czerwonym środkiem na piersi i w lekkich zbrojach.

             - Dobrze, że już jesteście, mam dla was robotę – powiedział król tonem łaskawego władcy. Mężczyźni stali, beznamiętnie patrząc na przełożonego. – W komnacie królowej znajdziecie dwa trupy, proszę je dyskretnie stamtąd usunąć. Po wykonaniu tej roboty pojedziecie po wioskach i po lesie… – za dźwięk słowa „las” chłopcy lekko drgnęli. – Dajcież spokój, to tylko zwykły las! Jedyne, co w nim niewłaściwego, to magiczne tałatajstwo, które i tak prędzej czy później wybijemy! – skarcił służących król, rozdrażniony. – No, o czym to ja.. Ach tak, poszukacie w lesie, czy i gdzie ta wiedźma się ukryła.

             - Jaka wiedźma? – spytał się jeden z typów. Głos miał szorstki, zachrypnięty i wybitnie nieprzyjemny.

             - No, moja była żona, rzecz jasna, a kto? Wiecie, jak wygląda – brązowe oczy i włosy, tuż po porodzie, całkiem niebrzydka.

             - A dziecko?

             - Dzieci? – zamyślił się król. – A tam, raz się żyje - jak będziecie mieli ochotę, to zabijcie na miejscu, ja wam nie bronię. Choć możecie też rzucić jakiemuś uroczemu zwierzaczkowi na pożarcie.

             Mężczyźni zmienili wyraz twarzy – z beznamiętności do ironicznego uśmieszku.

             - Każesz nam zamordować swoją własną żonę…

             - Byłą!

             - Jaka różnica… No więc, własną żonę i dzieci? W dodatku żonę - czarownicę? Serio? I jeszcze mamy narażać swoje życie w tym piekielnym lesie?

             - Moi drodzy, ja przecież zawsze dawałem i ciągle daję wam wybór – albo grzecznie i profesjonalnie wykonujecie moje polecenia, albo trafiacie na stryczek za popełnione morderstwa. Czego chcieć więcej? – powiedział Bolesław zbolałym głosem, w rzeczywistości jednak wyraźnie czując swoją przewagę nad knypkami.

             Trafił w czuły punkt. „Chłopcy” mieli już dużo morderstw i przestępstw na swoim sumieniu (z czego zdecydowana większość była tymi zleconymi przez jaśnie pana i władcę) i groźba powieszeniem była jak najbardziej realna.

             - Tym bardziej – ciągnął król – że to też wlicza się w wynagrodzenie. Za tę robotę będzie dwa razy wyższe – dyskretnie podkreślił.

             Zawsze dawali się schwytać na pieniężny haczyk. Już po chwili kłaniali się z czymś podobnym do uśmiechu i mówili:

             - Dla ciebie wszystko, Wasza Wysokość!

             - Dziękuję wam, chłopcy, możecie iść! – powiedział Bolesław tonem łaskawego władcy i również się do nich uśmiechnął. – Przy okazji, wezwijcie do mnie Mirosławę. – dodał, gdy już wychodzili.

             Gdy w końcu był sam, usiadł za swym dębowym biurkiem i po raz pierwszy od dobrych paru chwil w spokoju pomyślał o minionym zdarzeniu. Pierwszych uczuciem, jakie go ogarnęła, była wściekłość. Już miał rzucić o ścianę porcelanową figurkę należącą do Lilii, którą kiedyś tutaj postawiła, ale w ostatniej chwili się opamiętał. W zamian wyrzucił laleczkę za okno, a ta roztrzaskała się o skały na brzegu jeziora u stóp zamku.

             Rozległo się pukanie do drzwi. Bolesław błyskawicznie zmienił wyraz twarzy z wściekłego na smutny, usiadł za biurkiem i rzekł słabym głosem:

             - Proszę!

             Gdy ciemnowłosa i krępa Mirosława będąca już w średnim i nieco skłaniającym się już do starości wieku, czyli główna gospodyni królewskiego dworu i najważniejsza służąca, weszła do komnaty, ujrzała władcę w głębokiej depresji. Bolesław podpierał swoją ręką głowę, trzymając łokieć na blacie biurka i ze zbolałym wyrazem twarzy patrzył się beznamiętnie w dębową deskę.

             - Co się stało, Wasza Wysokość? – spytała się służąca, przerażona.

             Władca wstał powoli i rzekł:

             - Idź za mną.

             Wyszli z komnaty i przez kilkadziesiąt sekund przemierzali ciemne zamkowe korytarze. Gdy opuścili skrzydło pałacu, na korytarzach zaczęły się pojawiać twarze lokajów i pokojówek. Co jakiś czas do orszaku dołączał kolejny służący, zaniepokojony stanem króla. Nic dziwnego – Bolesław rewelacyjnie odgrywał rolę zrozpaczonego człowieka. Gdy dotarł na miejsce, za nim gęsiego szedł już prawie cały dwór.

             Król otworzył drzwi i wyszedł na wielki, marmurowy balkon. Już prawie zapadał zmierzch, jednak poddani wciąż wiernie czekali na wieści o dziecku, podnieceni i nieustannie konwersujący między sobą. Gdy władca pokazał się bez potomka, a tym bardziej bez królowej, gwar zaczął cichnąć. Uśmiechy powoli zaczęły znikać z twarz Grodeńczyków. Kiedy już wszyscy Norhethańczycy patrzyli się uważnie i z powagą na twarz Bolesława, wypowiedział on dwa zdania, dwa krótkie zdania, które całkowicie i na zawsze zmieniły życie wielu Grodeńczyków, kilku Rewalitan oraz jednej Nerwanki:

             - Dzieci są martwe. Królowa nie żyje.
            

1 komentarz:

  1. Ja... aż normalnie brak mi słów! To było...... G E N I A L N E! Ten komentarz pisze chyba z pół godziny. To jest ekscytujące, wciągające i już nie mogę się doczekać drugiego rozdziału.

    Postaci się tak wyraziste...że.....normalnie...........och! Zwariuje! To jest leprze od Harry 'ego Potter 'a! Najbardziej do gustu przypadł mi Bolesław, nie wiem czemu, ale..........no p oprostu nie da się go nie lubić! Jesteś genialna w pisaniu opowiadań! Widać, że nie robisz tego ot tak, czytając to ma się wrażenie że jest się w środku! POWALAJĄCE!!!!!

    Widać, że piszesz z pasją(nawet jeśli nie jest to prawdą)! Uwielbiam ! Masz wielką wyobraźnię i talent, bo inaczej tego nazwać nie można. Podziwiam Cię za to, szczególnie, że w dzisiejszych czasach tak nam jej brakuje. Mam nadzieję, że dalej będziesz pisać. :-) I jeszcze raz S Z A C U N!

    OdpowiedzUsuń