1.
W ogóle nie płakała. Ani nie krzyczała. Wcale. Tuż po
swych narodzinach nabrała powietrza w płuca i otworzyła swoje poważne i smutne
szare oczy, zachowując milczenie. Dziewczynka spojrzała matce prosto w oczy, a
ta odniosła wrażenie, że jej córka wie o wiele więcej od niej, króla i całego
dworu łącznie. Lilia czuła, że pierworodne dziecko obecnej pary królewskiej
Grodenii, które właśnie trzyma w ramionach, z pewnością nie będzie kimś
przeciętnym.
Jednocześnie świeżo upieczona matka widziała jak na
dłoni, że jej dziecka nie można, niestety, zaliczyć do zdrowych noworodków.
Dziewczynka ważyła na oko ze trzy kilogramy, była mała i wątła. Mimo tego, iż
pierwszy jej oddech był naprawdę zdrowy i głęboki, następne tchnienia były
bardzo płytkie. Niepokoiła też bladość noworodka. Dziecko zamknęło oczy, jakby
było zmęczone i ułożyło swą główkę na ramieniu matki.
Lilia poczuła wielkie współczucie skierowane ku swej
córce, choć właściwie nie wiedziała, dlaczego je odczuwa. Królowa miała jednak
wrażenie, że nie jest w stanie w żaden sposób pomóc dziewczynce.
Jednak już po chwili akuszerka stojąca przy łóżku
musiała szybko przejąć noworodka i położyć go w kołysce, gdyż bliźniacza
siostra nowo narodzonej królewny także domagała się przyjścia na ten świat. Po
kilku ciężkich, zwłaszcza dla rodzącej, chwilach druga córka pary królewskiej
nabrała powietrza w płuca i, dla odmiany, przywitała się ze wszystkimi głośnym
krzykiem i płaczem.
To dziecko miało oczka w innym kolorze, identycznym do
barwy oczu swej matki, czyli ciepłym odcieniu brązu, podobnym do zabarwienia
kasztanów. Było wyraźnie zdrowsze od starszej o paręnaście minut siostry i
ważyło więcej. Noworodek był po prostu prześliczny - cały różowiutki od pyzatej
buzi po pulchne stópki i pocieszny aż do granic możliwości. Lilia mogłaby się
założyć, iż gdyby dziewczynka potrafiła to robić, z pewnością kąciki ust
dzieciątka podniosłyby się w szerokim uśmiechu.
Młoda matka wiedziała o tym, że nie powinna jednego
dziecka obdarzać większą miłością i sympatią niż drugiego, jednak roześmiała
się i przytuliła właśnie młodszą córeczkę, starszą zostawiając w kołysce. W
czasie, gdy Lilia kołysała i lulała młodsze dziecko, pierworodne powoli
otworzyło oczy i leżąc w bezruchu wpatrywała się w rodzicielkę i siostrę.
Trudno byłoby określić, o czym księżniczka myślała, gdyż jej twarz nie
zdradzała żadnych uczuć. Dziewczynka po prostu patrzyła się na nie,
zdystansowana, jak ktoś obcy obserwujący cudze rodzinne sprawy; jak ktoś, kto
doskonale wie, że jest obcy. Podejrzewam, że królewna była trochę zazdrosna o
miłość matkę (jeśli, oczywiście, półgodzinne dziecko może być zazdrosne), ale
nigdy do końca się nie dowiemy, co wtedy działo się w głowie dziewczynki.
Sytuację przerwało wkroczenie nadwornego medyka, który,
spóźniony o dobre dwa porody, jął się tłumaczyć i gorąco przepraszać za
zaistniałą sytuację, a zgaszony pogardliwym prychnięciem akuszerki, zakasał
rękawy i wyciągnął ręce w stronę kołyski.
- Najpierw umyj ręce – powiedziała Lilia.
- Miłościwa pani, skąd ten dziwaczny…
- Rób, co mówię – odpowiedziała władczo królowa. – Umyj
ręce. Proszę – dorzuciła.
Medyk wzniósł oczy do sufitu, a widząc stanowczą i
gniewną twarz władczyni, zaczerwienił się lekko i już bez protestów podszedł do
stojącego w rogu pokoju stolika, na którym stał pojemnik wypełniony wodą. Już
miał chwycić kawałek tkaniny i wytrzeć sobie nią ręce, gdy z drugiego końca
pokoju dobiegł go głos Lilii:
- Użyj mydła.
Grodeńskie mydło w przeciwieństwie tych z innych krajów
nie było zrobione z ugotowanego z tłuszczem zwierzęcym popiołu. Grodenia miała
swój sposób produkcji tego przydatnego specyfiku do higieny, która to receptura
była ściśle strzeżoną tajemnicą miejscowych aptekarzy. Mydło było białe i
łagodniejsze dla rąk, poza tym nie wysuszało tak potwornie skóry. Mimo tego
wszystkiego medyk niechętnie pokrył swe dłonie specyfikiem i szybko spłukał
niechciany produkt. Po chwili już z wytartymi rękoma podszedł do królewskiego
łoża i podniósł starszą dziewczynkę z kołyski. Przyglądał jej się przez jakiś
czas, po czym wydał odkrywczą opinię:
- To dziecko nie jest zbyt zdrowe.
Królowej przez głowę przemknęła myśl, że taki średnio
rozgarnięty facet o wątpliwym wykształceniu, który bynajmniej nie jest wybitnym
medykiem, otrzymuje przecież godziwe wynagrodzenie, a w mieście i na całym
świecie żyje mnóstwo ludzi, którzy mimo ciężkiej pracy są biedni i przymierają
głodem, jednak szybko otrząsnęła się i skupiła się na tym, co działo się przed
jej oczami.
W momencie, gdy mężczyzna odkładał pierworodną córkę pary
królewskiej do kołyski, drzwi pokoju otworzyły się i wszedł młody król i
ojciec, uśmiechnięty i dumny, co zdumiało obecnych w pomieszczeniu, ponieważ
Bolesław, delikatnie mówiąc, nie uśmiechał się zbyt często i jeszcze rzadziej
bywał z kogoś dumny. Mówiąc konkretniej, mąż Lilii uśmiechał się średnio raz na
dwa miesiące, a bywał z kogoś dumny co pięć. A mówiąc już całkiem szczerze,
król był ponurakiem i prawie wiecznie skwaszonym władcą. Więc dlatego jego
uśmiech i duma z powodu córek dziwiła.
Królowa ucieszyła się, widząc męża, mimo tego, że
prawie zawsze w parze z Bolesławem szły kłopoty i nieporozumienia. Uśmiechnęła
się do niego, a on odpowiedział jej tym samym. Król podszedł do kołyski i
popatrzył na swoją pierworodną córkę. Królewna otworzyła oczy i spojrzała na
swojego ojca. Mierzyli się wzrokiem przez kilka chwil. Mieli identyczny kolor
oczu – szary. W końcu po kilku minutach władca z trudem oderwał wzrok od
hipnotyzujących ślepek córki, a widząc, że wszyscy się na niego patrzyli,
odchrząknął głośno, by ukryć zmieszanie i powiedział lekko zachrypniętym
głosem:
- Dobrze, a to drugie dziecko? Słyszałem, że jest ich
dwójka…
Po tym komunikacie medyk w końcu wyciągnął ręce po
młodszą królewnę. Władczyni niechętnie mu ją oddała. Nie miała zaufania do tego
człowieka.
Tym razem medyk był zadowolony z dziecka. Nic zresztą
dziwnego – z młodszej córeczki Lilii pozytywna energia emanowała na dziesięć
metrów. Królewna popatrzyła przez chwilę grzecznie na swojego ojca, następnie
znudziwszy się odwróciła wzrok na mężczyznę, który właśnie trzymał ją w rękach.
Lilia nagle poczuła się nieswojo. Czuła się tak, jakby
coś jej zagrażało. Rozejrzała się szybko po pokoju, zerknęła do kołyski i
zamarła. Jej pierworodne dziecko patrzyło się na nią szeroko otwartymi oczami,
a jej mina była tak wymowna, iż królowa wręcz słyszała, jak córka do niej
mówiła: ,,Uwaga! Niebezpieczeństwo!”. I nagle Lilia zrozumiała, przed czym
ostrzega ją córka i intuicja.
Prawie palnęła się w czoło.
,,Jak mogłam zapomnieć o tak ważnej sprawie!” – jęknęła
w myślach.
Królowa wstała z
łoża najszybciej jak potrafiła, jednak spóźniła się. Ledwo postawiła stopy na
ziemi, TO już się stało.
Młodsza królewna zamknęła oczy. Zaraz potem krzaczaste
brwi medyka stanęły w płomieniach. Ten
oczywiście wrzasnął, tak samo akuszerka, i wypuścił dziecko z rąk.
Lilia była przerażona obecną sytuacją, w dodatku tuż po
porodzie, jednak mimo tego wciąż była czujną matką, która prędzej umrze, niż
pozwoli na skrzywdzenie własnego dziecka. Widząc spadającą córkę, zerwała się i
ciągu kilku ułamków sekundy znalazła się odpowiednim miejscu i uchwyciła
dziecko w locie. W ostatniej chwili gdyż dziecko prawie dotknęło już podłogi.
Cała ta akcja była tak szybka, iż zdawać by się mogło, iż królowa wcale nie
biegła, a teleportowała się na miejsce spadania córki. W tym czasie medyk z
wrzaskiem podbiegł do stolika i jął gasić ogień wodą z naczynia.
Władczyni z wielkim trudem powstrzymała się od
walnięcia podpalonego pięścią w twarz.
- Idioto, mogłeś ją zabić! – ryknęła.
- Zabić?! To szatańskie dziecko chciało mnie spalić
żywcem , a ty na mnie wrzeszczysz i od idiotów wyzywasz, durna babo?! –
wrzasnął medyk, zapominając, że mówi do królowej.
Lilia nie wytrzymała. Machnęła ręką w powietrzu.
Niewidzialna siła zbiła mężczyznę z nóg i pchnęła go z całej siły na ścianę.
Medyk walnął głową o starą, kamienną ścianę i zaczął krwawić. Akuszerka
ponownie wrzasnęła i schowała się za królewskie łoże. Królowa, dysząc,
spojrzała na męża.
Z Bolesława bił strach. Król patrzył się na żonę z
przerażeniem i jeszcze jakimś uczuciem, którego Lilia nie mogła rozpoznać.
- Jesteś…. Jesteś…. – wyjąkał
- Kim? – przerwała ostro królowa, sama dziwiąc się
swoją ostrością.
- Czarownicą! – wyrzucił z siebie król.
- Nie bój się – powiedziała królowa spokojnie.
- To dziecko…. Ono też jest, prawda? – powiedział król
rozdygotanym głosem
Władczyni rozpoznała to uczucie. To było obrzydzenie.
Coś ją tknęło. Podeszła do kołyski i wzięła swoją drugą córkę w ramiona.
- Nie bój się, kochanie – powiedziała już całkiem
miękko, stojąc z dwoma córeczkami.
Bolesław spuścił głowę. Przez chwilę panowała cisza. Medyk
zaczął powoli wstawać z podłogi, rzucając ciche przekleństwa. Nagle król
podniósł głowę i spojrzał na żonę i córki. W jego oczach pojawił się dziwny
błysk, a twarz momentalnie zmieniła wyraz z przerażonej na drwiącą.
- Kochanie? – odpowiedział Bolesław dobrze znanym przez
wszystkich, którzy kiedykolwiek królowi podpadli, ironicznym tonem i twardym
jak skała głosem – Chyba nie sądzisz, że uznaję cię za swoją żonę, wiedźmo?
Czar prysł. Już nie było uśmiechniętego, dumnego z
dzieci młodego ojca – ten zniknął na zawsze. Był tylko drwiący, chciwy,
nienawidzący wszystkiego co magiczne i żądny krwi król Bolesław.
- Chyba nie sądzisz też, że te dwa noworodki, które
właśnie trzymasz, kiedykolwiek będę uznawać za moje dzieci – ciągnął władca,
chodząc wolno wokół Lilii. – Jesteś, a raczej jesteście, bo ta skaza jest dziedziczna,
czarownicami i zamierzam z wami postąpić tak jak z innymi tego typu szkodnikami
– i niby od niechcenia wyciągnął miecz z pochwy, której królowa wcześniej nie
dostrzegła.
- Chociaż… Jednak kiedyś coś mnie i ciebie łączyło,
więc będziesz miała wybór – stos, stryczek, wizyta u kata czy w sali tortur? –
dodał z paskudnym uśmiechem król.
Zaatakowali nagle, medyk od tyłu, a Bolesław z przodu.
Sądząc po ich ruchach, zamierzali ją związać i lekko zranić, by osłabić jej
zdolności magiczne, a co z dziećmi, tego królowa nie mogła wywnioskować.
Najprawdopodobniej spaliliby je żywcem. Jednak Lilia podjęła decyzję parę
dobrych minut wcześniej. Wiedziała, że chwilowo bez domu jakoś sobie poradzi, a
śmierci dziewczynek by nie przeżyła. Więc gdy dwaj mężczyźni rzucili się, by ją
obezwładnić, zamknęła oczy i już po ułamku sekundy w miejscu, w którym przed
chwilą stała, było tylko powietrze. Dwaj panowie, którzy dążyli do celu z dwóch
różnych stron, oczywiście w chwili zniknięcia celu powpadali na siebie, a medyk
prawie nadział się na miecz trzymany przez króla.
- Co…? – Bolesław przez chwilkę był
zdezorientowany, jednak zaraz potem już wszystkiego się domyślił. – No jasne –
teleportowała się, diablica! Nie stój tu jak głupiec, tylko jedź jej szukać! –
zakrzyknął, widząc stojącego bezczynnie medyka.
- Czemu ja? – obruszył się mężczyzna –
Jestem medykiem, nie twoim służącym! Masz ich przecież mnóstwo!
- A co ty się tak z władcą spoufalasz i
na ty przechodzisz? – zainteresował się Bolesław, od niechcenia bawiąc się
mieczem, a w jego oczach pojawił się niezdrowy błysk.
- Przepraszam Waszą Wysokość, ale… -
zaczerwienił się medyk.
- Może najlepiej od razu zawołać całą
służbę i wszystkich poddanych, niech razem z nami szukają swojej ukochanej
królowej! I przy okazji wybuchnie powstanie, bo przecież jak można stracić tak
doskonałą sposobność do obalenia władzy!
- Wybacz, o panie, ale…
- Co to jednej sprawy się z nią zgadzam
– powiedział król. – Jesteś idiotą.
I zanim medyk zdążył coś powiedzieć ani
chociażby mrugnąć, Bolesław wbił miecz w jego brzuch, a następnie, gdy
mężczyzna zaczął krwawić i tracić równowagę, zadał kolejny cios, tym razem
śmiertelny – w klatkę piersiową, łamiąc mu żebra i trafiając w serce.
Po morderstwie król spokojnie wyciągnął
z kieszeni zwykłego, codziennego kaftana (Bolesław nigdy nie lubił się stroić)
drewniany gwizdek i zagwizdał w niego dwukrotnie. Już miał wychodzić z pokoju,
gdy nagle usłyszał jakiś spazmatyczny szloch w drugim końcu pokoju. Podszedł
tam i zobaczył akuszerkę w nader żałosnym stanie. Bidulka nie mogła złapać
oddechu, szlochała, od czasu do czasu coś pojękiwała, z czego można było
zrozumieć tylko ,,pani” i ,,dziewczynki”. Nawet nie zauważyła, że podchodzi do
niej władca.
- Właściwie – pomyślał Bolesław, kiedy
jednym dźgnięciem miecza pozbawiał kobiecinę życia – to była litość –nie
wyszłaby z tego stanu, a jeszcze mogłaby wszystkim wypaplać i mnóstwo kłopotów
narobić.
Wreszcie, już całkowicie spokojny, król
wyszedł z komnaty, zostawiając tam dwa trupy, puste łoże królowej i takąż
kołyskę, i dokładnie zamknął drzwi na klucz.
OdpowiedzUsuńZapomniałam o tym wspomnieć, ale strasznie podoba mi się tytuł. Jest prosty i chwytliwy, ale jednocześnie po prostu... śliczny. Ma w sobie coś, co przykuwa uwagę. Tytułowa księżniczka, chociaż na razie bliżej nieokreślona, już intryguje. :)
Bolesław może i nie jest najsympatyczniejszą postacią, ale świetnie go wykreowałaś i jakoś tak... może nie lubić, ale po prostu nie mogę być wobec niego obojętna. :D Mam na myśli to, że jest okropnym człowiekiem, ale zrobiłaś z niego świetny czarny charakter.
Lilia z kolei z początku wydała mi się bardzo dobrą, ciepłą i delikatną kobietą. Nadal uważam, że jest dobra, ale raczej odważna i zdeterminowana, niż delikatna. Prędzej wrażliwa.
Prolog po prostu mi się podobał, ale pierwszy rozdział jest świetny. Wykreowałaś cudowny świat, który nie jest ani trochę papierowy, i oryginalnych bohaterów, którzy budzą najróżniejsze emocje. Naprawdę nie mogę doczekać się kolejnej części! :)
*O* Mogę powiedzieć dziękuję, ale to nie wyrazi w żadnym stopniu tego co teraz czuję. Twój komentarz tak bardzo mnie ucieszył, że prawdopodobnie motywacji starczy na kolejne 200 stron. DZIĘKUJĘ DZIĘKUJĘ DZIĘKUJĘ DZIĘKUJĘ S T O K R O T N I E!!!!!! :D
UsuńA co do Lilii, to nie zdradzę, co się będzie dalej działo ;)